„Umieram… I co mnie to obchodzi” – o „Romantykach” w Teatrze Dramatycznym.

Na samym wstępie ślę Wam pozdrowienia z Pragi. Może niezbyt słonecznej, ale pełnej niespodzianek, w tym dobrego i taniego jedzenia w bibliotece Klementinum. Na Facebooku żaliłam się, że udało mi się rozchorować tuż przed samym wyjazdem. Obecnie kuruję się nabytą w czeskiej aptece aspiryną i czuję, że jest lepiej. 😉

Sesja is ending. Potrzebowałam się od niej i myśli o zaliczeniach oderwać chociaż na chwilę. Udało mi się w tamtym tygodniu wyrwać do kina (Zostań, jeśli kochasz – popłakałam się w kilku momentach, to naprawdę dobry film), a kilka dni później do Teatru Dramatycznego na Romantyków Hanocha Levina.

Wybór spektaklu nie był przypadkowy. Zdecydowałam się to zobaczyć nie dlatego, że bohaterami jest trójka Żydów, bardziej chodziło mi o samego autora. Przyznam się Wam, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z Levinem i z jego dziełami… Z jednej strony trochę mi wstyd, bo powinnam go chociaż kojarzyć, z drugiej jednak podeszłam do sprawy dość spokojnie i z ciekawością, bo wreszcie miałam okazję sprawdzić, o co z tym panem chodzi.

Co z tego wynikło? Zobaczcie sami.

Dopiero po obejrzeniu spektaklu dostrzegłam,
jak bardzo ten plakat do niego pasuje. Czytaj dalej

Reklamy
Moje skojarzenia z Powstaniem Warszawskim.

Moje skojarzenia z Powstaniem Warszawskim.

Niektórzy z Was pewnie pamiętają mój wpis sprzed roku, gdzie pisałam o tym, jak bardzo zazdroszczę innym ojców. Tego, co mogą robić ze swoim tatą. W tym miejscu chcę opowiedzieć Wam o chwili, gdy zapomniałam o zazdrości i dzieliłam chwilę z ojcem. Czytaj dalej

„I hate it when you see me cry…”

Już po sesji. Prawie, bo jeszcze przede mną dwie prace zaliczeniowe oraz jak największy fragment magisterki (w ciągu ostatnich dwóch dni stan zaawansowania zmienił się z pięciu zdań na trzy strony). Egzaminy mam za sobą, nic nie muszę poprawiać we wrześniu (o dziwo).

Sesja poszła mi całkiem nieźle, obyło się bez zbędnych stresów. Do momentu, gdy zdawałam egzamin ustny z bułgarskiego, przy którym dopadły mnie wszystkie możliwe lęki naraz. Poryczałam się, ponieważ nagle nie potrafiłam wykrztusić ani jednego prostego zdania po bułgarsku i miałam wrażenie, że wychodzę na skończoną idiotkę.

Z kanciapy doktorskiej wyszłam z czwórką, ale też z zastanowieniem, po co mi właściwie te łzy były. Nie tylko w trakcie tego egzaminu, ale w ogóle, w wielu sytuacjach na studiach i nie tylko.

Porozmawiajmy o tym, dlaczego płacz jest mi (i nam) potrzebny.


Niech dzisiejszym podkładem muzycznym będzie ta piosenka Halestorm
(oni ogólnie mają bardzo życiowe teksty). Czytaj dalej

„Shalom, do you speak Hebrew?” – przygód z pracy ciąg dalszy.

Zauważyłam, że wpis dotyczący słowackich pasażerów na czeskiej infolinii czytaliście (i komentowaliście) chętnie. W związku z czym nie mogłam sobie odpuścić mojej najukochańszej grupie etniczno-narodowościowej!!!

Przyznajcie się, czekaliście na notkę o pasażerach z Izraela.

 


TLV. Tel Aviv Ben Gurion Airport. I wszystko jasne. _^_ Czytaj dalej

Ciężko jest być erudytą w dzisiejszych czasach, czyli zaległości czytelnicze.

Do napisania tej notki natchnął mnie artykuł autorstwa Tomasza Pindela* na portalu Lubimy Czytać (link tutaj). Tekst, co prawda, traktuje o różnych rzeczach, ale moją uwagę przykuł przedostatni akapit, który pozwolę sobie tu zacytować:

Albo inny format, konkurs dla zwykłych czytelników. W momencie, kiedy uczestnik nie umie odpowiedzieć na pytanie, kto napisał Panią Bovary, albo w jakim mieście rozgrywa się akcja Miasta i psów, publiczność wyje ze śmiechu, a w stronę uczestnika leci wielki tort z bitą śmietaną i wisienką. Uczestnik zlizuje sobie śmietanę z nosa i wyjmuje wisienkę z oka, oczywiście śmiejąc się prawie naturalnie,
i przechodzi do kolejnej rundy pytań.

Zaiste, to by było ciekawe.

Wiele razy przechodziła mi przez głowę myśl, że nie ważne, jak wielkim erudytą jesteś i za jak wielkiego erudytę Cię ludzie uważają, i tak znajdzie się ktoś, kto będzie chciał spojrzeć na Ciebie z politowaniem, mówiąc „Ojej, nie czytałeś tego?” albo „Czemu jeszcze tego nie przeczytałeś?”, rzucając w Ciebie takim słownym tortem.

A czasami tego kogoś nie trzeba szukać daleko, wystarczy spojrzeć w lustro.


Ile razy rzucałam takim tekstem po wejściu do biblioteki xD
A potem zawsze marudziłam, że tylu rzeczy jeszcze nie znam… Czytaj dalej

Ja i mój pracoholizm.

Jestem dziwnym przypadkiem człowieka, co raz się leni i wiecznie wtedy narzeka, że nic mu się nie chce, prace zaliczeniowe takie straszne, bo trzeba nad nimi siedzieć i tak dalej. Innym razem zamieniam się w tytana pracy, robię pięćset rzeczy naraz i po standardowych ośmiu godzinach w firmie jeszcze coś posprzątam w mieszkaniu, pójdę na zakupy i napiszę notki na oba blogi.

Coraz częściej jednak słyszę, że mam opinię pracoholika – w pracy kilka osób już się nawet tak do mnie odezwało, co wpierw mnie bawiło, a teraz lekko przeraża. Wszystko przez to, że przez ileś tam tygodni bywałam w call center praktycznie codziennie – braki kadrowe na czeskiej infolinii, opowiadałam już.

Jakby zareagował przeciętny Kowalski? Łeeee, każą pracować, i to prawie codziennie, niech się w dupę pocałują.

Jak ja zareagowałam? Pierwsza myśl (ech, żydołactwo), że będzie więcej pieniędzy, coś sobie odłożę (w sumie dzięki tej nadwyżce było mnie stać na tatuaż), nie umrzemy z głodu*. I zrobię coś pożytecznego. Czytaj dalej

Jak ciężko jest czasem się obudzić.

Środa, ósma trzydzieści rano. Nastawiłam sobie budzik specjalnie na tę godzinę, by wstać wcześniej i wykorzystać to, że pierwsze zajęcia mam na trzynastą piętnaście. Wreszcie nie pracuję dzień w dzień, chaos w firmie został w miarę opanowany, mogę wrócić do normalnego studiowania (i nadrabiania zaległości).

Tymczasem przestawiałam godzinę chyba z pięć razy, by pospać kilka dodatkowych minut (a położyłam się o północy), aż w końcu dałam sobie spokój. O której wstanę, o tej wstanę.

Godzina dziesiąta, półprzytomna robię sobie kawę i kanapki.

Godzina dziesiąta pięćdziesiąt, kończę pić kawę, kanapki dawno zjedzone, fejs przejrzany, blogi przejrzane, maile przejrzane. Nic specjalnego się nie dzieje.

I ja się pytam – gdzie te czasy, kiedy potrafiłam wstać wcześnie i zrobić pierdyliard rzeczy z poczuciem winy, że i tak robię za mało, bo moi rówieśnicy/rodzina robią więcej. Czytaj dalej