„Umieram… I co mnie to obchodzi” – o „Romantykach” w Teatrze Dramatycznym.

Na samym wstępie ślę Wam pozdrowienia z Pragi. Może niezbyt słonecznej, ale pełnej niespodzianek, w tym dobrego i taniego jedzenia w bibliotece Klementinum. Na Facebooku żaliłam się, że udało mi się rozchorować tuż przed samym wyjazdem. Obecnie kuruję się nabytą w czeskiej aptece aspiryną i czuję, że jest lepiej. 😉

Sesja is ending. Potrzebowałam się od niej i myśli o zaliczeniach oderwać chociaż na chwilę. Udało mi się w tamtym tygodniu wyrwać do kina (Zostań, jeśli kochasz – popłakałam się w kilku momentach, to naprawdę dobry film), a kilka dni później do Teatru Dramatycznego na Romantyków Hanocha Levina.

Wybór spektaklu nie był przypadkowy. Zdecydowałam się to zobaczyć nie dlatego, że bohaterami jest trójka Żydów, bardziej chodziło mi o samego autora. Przyznam się Wam, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z Levinem i z jego dziełami… Z jednej strony trochę mi wstyd, bo powinnam go chociaż kojarzyć, z drugiej jednak podeszłam do sprawy dość spokojnie i z ciekawością, bo wreszcie miałam okazję sprawdzić, o co z tym panem chodzi.

Co z tego wynikło? Zobaczcie sami.

Dopiero po obejrzeniu spektaklu dostrzegłam,
jak bardzo ten plakat do niego pasuje.

To tak: jak już wspomniałam, jest troje bohaterów. Ona, Pogorelka oraz dwóch bliskich jej mężczyzn, Chajczik i Bonbonel. Na samym początku przedstawia się widzom właśnie Pogorelka, opowiadając właściwie o wszystkim, co jej ślina na język przyniesie – o chorobach, śmierci, mężczyznach, o sobie samej. Potem pojawiają się mężczyźni i dopełniają wyznania kobiety swoimi historiami. Trójkąt miłosny po przejściach.

Na stronie teatru można wyczytać, że „Romantycy” Hanocha Levina to komedia o starości, o oswajaniu śmierci, ale też wzruszająca opowieść o przywiązaniu i miłości. Z początku ciężko mi było uwierzyć w to, że mam do czynienia z komedią… xD

Imaginujcie sobie: na środku sceny łóżko. Wokół łóżka jakieś pudła, szpargały, bałagan jak nic. Obok kręci się starsza pani w halce i opowiada o „urokach” starości. O tym, że tu ją boli, tam ją boli, była u tego i tego lekarza, zdrowie już nie to, rozsypuje się i tak dalej. Momentami można było się pośmiać, ale mi bardziej robiło się nieciekawie na widok tej kobiety. Odpychała mnie swoim podejściem, narzekaniem, alienacją. Tym ostatnim najbardziej, ponieważ niby czekała na gości, a w praktyce odrzucała ich już na samym wstępie.

Wątki, które bardziej kojarzyły mi się z komedią, pojawiły się po wejściu Chajczika: poczciwiny, poturbowanego przez życie, schorowanego, spragnionego miłości. Wzbudzał śmiech i litość nie tylko we mnie, ale też w innych widzach. Chórem ryczeliśmy przy jego żartach (ta postać sponsoruje tytuł tejże notki).

Bonbonel to mocno podstarzały playboy, ledwo chodzący. Boryka się z dolegliwościami (ciekawie wyglądało, jak mówił o cewnikowaniu i dawkowaniu leków) i z tym, że jego stara matka do tej pory nie ma ochoty opuścić tego łez padołu, czym doprowadza go do złości.

Wszyscy troje to postaci tragiczne. Według mnie tragiczne, ponieważ nie spotka ich już nic dobrego w życiu, nie starają się o to. Śmiałam się na sztuce, nie ukrywam tego, jednakże cały czas gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że to trochę śmiech przez łzy.

Starość to rzecz dla mnie abstrakcyjna. W sensie tak zaawansowana starość. Nie mam dziadków, pogrzeb ostatniego z nich przeżyłam kilka dni po moich czternastych urodzinach. Nie wiem, jak wygląda to, co reprezentowali sobą bohaterowie sztuki Levina. Ciężko mi było wczuć się w ich sytuację, jedyne, co mi przychodziło z łatwością, to śmiech.

Bardzo uderzyło mnie to, że de facto bohaterowie nie są już nikomu potrzebni. Dzieci nie mają, wnuków też, jedynie Bonbonel użera się ze starą, schorowaną matką, poza tym wszyscy troje właściwie nie mają już celu w życiu. Najbardziej doprecyzowany z całego tego towarzystwa wydaje mi się Chajczik, szukający miłości.

Dla mnie Romantycy to sztuka o tęsknocie za młodością, próbie pogodzenia się z tym, że ciało z wiekiem staje się coraz brzydsze, a dawny urok mogą przywrócić jedynie na chwilę garnitur, kolorowe buty na obcasie oraz peruka. Jednocześnie spektakl daje odrobinę nadziei, że człowiek wraz z wiekiem nie straci poczucia humoru i będzie umiał się zdystansować do swojej sytuacji, co czasami bohaterom wychodziło.

Wychodzi na to bowiem, że to starość jest najgorsza, a nie sam moment śmierci.

Warto się na to przejść. Wiem, że mój wpis nie nastraja zbyt pozytywnie, ale spektakl naprawdę jest wart uwagi. Chociażby dlatego, że zastanawiam się nad nim do tej pory, spacerując ulicami praskiego Starego Miasta i próbując się dobić na zamknięty z powodu świąt żydowski cmentarz.

Powiem więcej. Mam wrażenie, że Praga wywołuje we mnie tego typu rozmyślania, ponieważ jest świetnym symbolem przemijania. Te piękne budowle, święty Wit górujący nad Małą Straną, wszystko to przeżyło swoich twórców. O ile w to wszystko nie pierdyknie bomba, zabytki przeżyją również mnie.

A mimo tego nie boję się śmierci, przynajmniej nie w tej chwili. Z każdym dniem bowiem zbliżam się do końca coraz bardziej i bardziej.

Umieram.

I co mnie to obchodzi xD

Wasza już mniej zachorzała

Cathryn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s