Przygotowania do ślubu cz.1 – trzeba schudnąć!

Tak, wiem, albo się zastanawiacie nad tytułem notki, albo się pukacie w czoło.

Po co się odchudzać, przecież dobrze wyglądasz, szczupła jesteś, do ślubu ponad rok, pogięło Cię, co za problem kupić większe ciuchy, gdzie Ty niby masz nadwagę… Co najmniej jeden z tych tekstów słyszę za każdym razem, kiedy opowiadam komuś o tym, że jestem na diecie.

Owszem, jestem na diecie. Od dwóch tygodni.

A dzisiaj Was podenerwuję gadaniem o tym. 😉

 Odkryłam nowy blog na Tumblru. Uwielbiam obrazki motywacyjne!

Ślub w październiku przyszłego roku. Powiem Wam szczerze, na chwilę obecną wiszą mi wszystkie sprawy związane z moim strojem. Już mam coś niebieskiego i jest to labret do wargi*, poza tym kompletnie nic. Poza paroma pomysłami na sukienkę i fryzurę nic mi się nie udało uzbierać, na to mam czas.

Swoim ciałem i tym, jak będzie wyglądało w tej sukience nie przejmowałam się do momentu, kiedy jakoś w trakcie urlopu weszłam na wagę.

70,3 kilo.

Spojrzałam raz, drugi, za trzecim był wrzask. Zerknęłam w lustro i ujrzałam swoją opuchniętą twarz, ręce i nogi jak kłody, tego dnia było dość ciepło i spuchłam od nadmiaru soli i upału.

Owszem, od jakiegoś miesiąca bez przerwy biegałam w spódnicach, bo się nie mieściłam w większość spodni (dopięcie się to były tortury), czułam się ciężka i tak dalej, ale nie miałam pojęcia, że jest aż tak źle!

Ochłonęłam po chwili i stwierdziłam, że jestem opuchnięta. Więc mam sporo wody w organizmie. W kółko żrę chrupki, więc więcej piję i puchnę. Jak ograniczę sól, to woda zejdzie. Spadnie mi coś około kilograma…

Wrzask po raz drugi. 69 to fajna i dość interesująca liczba, ale nie w przypadku, kiedy Ci ją pokazuje waga!!!

Wściekła na siebie postanowiłam – od najbliższego poniedziałku się odchudzam. Koniec, kurde, jak tak dalej pójdzie, to na własnym ślubie będę wyglądać jak słoń. Niedoczekanie! Wyjadłam wszystkie słodycze w domu (by mnie nie kusiło), a w poniedziałek rano zaczęłam wdrażać w życie zasadę „Pięć posiłków dziennie”.

Głodówki znam z autopsji, są dobre, kiedy jestem kłębkiem nerwów i kiedy i tak nic nie zjem, bo mi sę cofa. Dojechałam chyba do sześćdziesięciu kilo ponad rok temu, kiedy zaczynałam pracę – wiecie, Kuba się oświadczył, licencjat, nowa praca, ślub siostry, wyprowadzka.. Było czym się denerwować. Eniłej, w innych sytuacjach głodówki u mnie nie działają. Nie, że mam efekt jojo, po prostu nie chudnę i nie da się ze mną wytrzymać.

Pomyślałam, że dobrze będzie zobaczyć, jak będę funkcjonowała przy pięciu małych posiłkach dziennie i zwiększonej ilości ruchu. Zero chrupek i słonych przekąsek (chlip), jak najmniejsza ilość słodyczy (pogodziłam się z gorzką czekoladą) oraz kombinowanie, co by tu zjeść, nie wyjałowić organizmu i nie wydać miliona monet.

Moi drodzy, żyję. Na takiej diecie da się żyć. Początki były ciężkie, przez pierwsze kilka dni chodziłam wściekle głodna, organizm nie chciał się przestawić. Zanim podniesiecie larum, że się pewnie głodzę, wytrzymajcie do przykładowego jadłospisu. Między posiłkami myślałam, że kogoś rozniosę, pomagała woda z cytryną. W okolicach czwartego dnia żołądek wreszcie się uspokoił, a teraz źle reaguje na za duże porcje. Raz zjadłam sporo sałatki z tortellini, bo ją uwielbiam, i potem brzuch mnie bolał. Autentycznie! Nie miałam pojęcia, że przestawienie się na te pięć posiłków tak szybko działa.

Przykładowy jadłospis: 

7:00 – pół dużego jogurtu naturalnego z musli lub płatkami, słonecznikiem i co mi tam z nasion wejdzie pod ręce plus kawa z mlekiem i cukrem. Bo bez tego się nie obudzę;

10:00 – trzy kawałki pieczywa żytniego z jakimś serkiem;

13:00 – porcja sałatki (np. takiej z tortellini);

16:00 – dwa banany;

19:00 – 2-3 wafle ryżowe z czymś tam, pomidorkiem, marchewką, co mam w lodówce.

Dużo gotuję, dzisiaj na przykład zrobiłam zupę oraz pierś z indyka z kurkami i makaronem.

Do diety dorzuciłam prawie codzienną jazdę na rowerze (jadę sobie kawałek na Veturilo z pracy do Parku Praskiego) oraz bieganie. Kupiłam sobie buty i spodnie w Lidlu i biegam. Powinnam co drugi dzień, wychodzi różnie.

Dzisiaj weszłam z ciekawości na wagę i jak wół stało 67,7.

Spodnie się dopinają. Sprawdzałam dwie pary.

Opuchlizna twarzy i kończyn zeszła, pojawiła się po zjedzeniu dwóch kabanosów. Chyba muszę odstawić sól na dobre…

Tym razem moim marzeniem nie jest ważyć 60 kilo lub mniej. Bardziej zależy mi na tym, żeby dobrze wyglądać i poprawić sobie kondycję. Bym nie klęła, patrząc w lustro i widząc wystający brzuch, na którym nic mi się nie dopina.

Za jakieś pół roku pomyślę nad kursem tańca dla opornych, by powalić gości na ślubie nie tylko sylwetką, ale też i sposobem poruszania się. 😉

Wasza czekająca na porę piątego posiłku i podbudowana,

Cathryn

PS W pracy patrzą się na mnie jak na debila, kiedy opowiadam o tym, że mam nadwagę. W sensie technicznym ja tej nadwagi nie mam i wszyscy mi o tym mówią. Zdaję sobie sprawę z tego, że wagę mam OK, jeżeli chodzi o mój wzrost. Ale według mojego rozumowania wystający brzuch i za duży tyłek to już objaw nadwagi. Jak zrzucę jeszcze 3-4 kilo, to będzie cacy. 🙂

* szkoda, że nie widzieliście miny mojej mamy, jak go zobaczyła. Myślałam, że padnie xD

Reklamy

6 thoughts on “Przygotowania do ślubu cz.1 – trzeba schudnąć!

  1. Eeee… a ile masz wzrostu? Bo 70 kg byłoby ok u kobiety przy wzroście w okolicach 180 cm. O.o I uwierz mi – to kobieta już dość zdrowo wyglądająca.

  2. Ja Cię rozumiem i całym sercem popieram i motywuję! Ja sama jestem niezadowolna ze swojego ciała (nie tyle z samej wagi), dlatego też bardzo często jestem na diecie (tylko u mnie ta ‚dieta’ to po prostu całkowita eliminacja przekąsek, pieczywa, makaronów (T__T), słodyczy i tak nie jem). Biegam też, albo ćwiczę zumbę, między marcem a czerwcem schudłam 5 kg. Na wakacje trochę sobie pofolgowałam, ale teraz znów się za siebie biorę. Nie mam nadwagi według BMI, ale po prostu wkurzają mnie boczki i uda, także walczę. I walczę z Tobą! 🙂

    • Ja nie zrezygnowałam z makaronu, bo nie miałabym, co jeść… Planuję się przerzucić na ciemny makaron, ponoć jest zdrowszy. Pieczywa poza tostowym pełnoziarnistym nie jem.
      Dziękuję za słowa wsparcia, bardzo dużo dla mnie znaczą 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s