Kosmos, szop i metafory, czyli słów kilka o „Strażnikach Galaktyki”

Razem z Kubą uwielbiamy oglądać filmy na podstawie komiksów Marvela. Nie spotkacie nas w kinie na komediach romantycznych, horrorach czy jakimś mordobiciu, ale jeśli chodzi o produkcje związane z tym universum, możecie się spodziewać, że polecimy do Arkadii bądź Złotych Ku… Tarasów w te pędy. Zresztą, pamiętacie pewnie, że dzień po zaręczynach wybraliśmy się na Iron Mana 3.

Tak też było w przypadku Strażników Galaktyki. Co prawda, nie wiedziałam o fabule kompletnie nic (chciałam zrobić sobie niespodziankę), ale to nie szkodzi. Opłaciło się iść do kina, mówię Wam!

Dzisiaj o tym, czemu nie żałuję pójścia na ten film.


Na Tumblru można znaleźć masę świetnych obrazków i gifów dotyczących GOTG.
Niech kilka z nich będzie ilustracjami do notki.

 Guardians of the Galaxy różni się od poprzedników ze stadniny Marvela tym, że akcja nie dzieje się na Ziemi. No dobra, poprawka, dzieje się, ale tylko przez pierwsze kilka-kilkanaście minut, potem na dobre przenosimy się w kosmos. Coś, o czym już parę razy wspominano w innych tytułach, co wprowadzono przy Thorze i tak dalej.

Najśmieszniejsze w tym universum jest, że w kosmosie znajduje się pierdyliard planet. Na wielu z nich rozwija się życie, powstają miasta, całe imperia. I właśnie gdzieś tam między takimi planetami ląduje Peter, porwany z Ziemi człowiek. Dorasta poza rodzinnymi stronami, staje się złodziejem i najemnikiem.

Poznajemy go jako dorosłego faceta w momencie, gdy jest w trakcie realizacji pewnego zlecenia. Nagle okazuje się, że to, co chce ukraść, jest cholernie pożądane przez masę istot. Często dość potężnych…

Fabuła niby łatwa do przewidzenia – okej, pojawia się artefakt, zaraz bohatera zaczną gonić źli ludzie (lub kosmici, jak kto woli), przypałętają się nie wiadomo skąd jego towarzysze i będzie wielka bitwa.

Zaraz, zaraz… Kto powiedział, że schemat musi być utarty od początku do końca? A co, jeśli w którymś momencie pojawi się gadający szop ze skłonnościami do robienia demolki, maniak chcący pomścić swoją rodzinę, humanoidalne drzewo mówiące w kółko jedno zdanie? Plus świetnie wyszkolona przybrana córka jednego z głównych złych, ale do wszystkiego dojdziemy. W każdym razie – schemat schematem, ale jak taka tragicznie dobrana paczka ma chronić galaktykę?


Powyższy gif powinien być podpisany: ‚Hej, przyszliśmy Ci wpierdzielić’.

Uwielbiam ten film. Nie jest jakiś super ekstra inteligentny, przemyślany i wzniosły, ale autentycznie w czasie seansu zapomniałam o tym, że następnego dnia muszę iść do pracy, że magisterka leży odłogiem i trzeba pranie zrobić. Albo szykować się do szalonego urlopu. To były ponad dwie godziny czystej rozrywki, świetnie napisanych dialogów i genialnych scen walki. Plus to poszerzanie horyzontów, jeśli chodzi o poznawanie światów Marvela. Coś pięknego, mówię Wam.

Pozwólcie, że wymienię elementy, które podbiły moje serce, w podpunktach. Będzie i mi, i Wam łatwiej.

1. Soundtrack – w tle przewijały się piosenki z lat siedemdziesiątych, które Peter nałogowo odtwarzał w walkmanie, jednej z niewielu pamiątek z czasu pobytu na Ziemi. No kurde, wszędzie kosmos, maszyny, pełna automatyka, a tu leci Blue Swede czy coś w tym guście. Poległam xD Ale, o dziwo, taka ścieżka dźwiękowa bardzo pasuje do filmu. I współtworzy ten trochę niepoważny klimat.

 2. Wątek gadającego szopa i humanoidalnego drzewa – pewnie część z Was słyszała już o nowopowstałym fandomie Strażników Galaktyki, a zwłaszcza o fanach Rocketa (szopa) i Groota (humanoidalnego drzewa). Cóż, sama się do nich zaliczam… ^^’ Nietypowe istoty i efekty eksperymentów to częste przykłady bohaterów ze świata Marvela. Rocket i Groot to postaci pełnokrwiste (Rocket zwłaszcza), mające poczucie humoru, trzymające się razem, choćby nie wiem, co się działo. Rocket jest skarbnicą genialnych tekstów, a Groot jest taaak pocieszny, że bardziej się nie da. Ten film nie byłby taki sam bez nich.

Poza tym dzięki tym dwóm gościom widać różnicę między Marvelem a DC – wg tego drugiego świat nie jest jeszcze gotowy na film o Wonder Woman, a tymczasem ci z Marvela wrzeszczą: Ej, zróbmy film z gadającym szopem!!!.

3. Dubbing powyższych postaci – Groot i Rocket nie byliby tacy zarąbiśći, gdyby nie aktorzy podkładający głos. O ile wierzyłam w Bradleya Coopera (bo lubię gościa), tak Vin Diesel z początku budził we mnie niepokój. Okazało się jednak, że razem dali swoim postaciom charakter. W przypadku tego filmu jestem wielką przeciwniczką robienia dubbingów w innych językach, bo na przykład Rocket nie będzie już tak złożonym bohaterem bez głosu Coopera.

4. Dobór aktorów – przyznam się szczerze, poza Dieslem i Cooperem nie znałam z reszty Strażników nikogo. Wszyscy jednak okazali się być zarąbiści w swoich rolach. Nie wiem, kto dobiera aktorów dla filmów Marvela, ale robi to dobrze i oby nie przestał. 😉

Największym zaskoczeniem był dla mnie Michael Rooker, którego znam z The Walking Dead. Gdy go po raz pierwszy zobaczyłam z makijażem i w kostiumie, nie wiedziałam, co z tego wyniknie, jak będzie dalej poprowadzona postać, ba, nawet zastanawiałam się, czy to nie będzie drugi Merle z TWD. A tu nastąpiła miła niespodzianka, świetnie się bawiłam, patrząc, jak ten gość gra.

5. Sceny kompletnie niepoważne i od czapy – film daje widzowi w łeb już w momencie przedstawienia dorosłego Petera, jak ten tanecznym krokiem idzie po przedmiot swojego zlecenia. Gif poniżej. Podobnych smaczków była cała masa i nie sposób je tutaj wymienić bez pominięcia czegokolwiek. Wiedzcie, że ten film nie jest poważny, nie takie było założenie. Na Strażników Galaktyki warto pójść chociażby po to, by się pośmiać.

Mój ulubiony moment? Kiedy się okazało, że Drax Niszczyciel nie rozumie metafor. Bo jego lud jest tak skonstruowany, że myśli prosto. 😉


A tak wyjdę z pracy w czwartek, kiedy zacznie mi się urlop. ^^

Podsumowując: no Oscara to na bank nie dostanie, ale Strażnicy Galaktyki to film na bardzo przyzwoitym poziomie. Można to obejrzeć samemu, z drugą połówką lub z towarzystwie znajomych, dobra zabawa gwarantowana. Nie mogę się doczekać kontynuacji.

Wasza dumająca nad tym, czy nie odświeżyć sobie pierwszego Iron Mana, bo to też dobry film jest

Cathryn

PS Urlop w końcu klaruje się tak, że w poniedziałek wybieram się do Poznania, zaś po powrocie rzucam wszystko i  jadę do Cieszyna. A potem do Ostrawy. I kto wie, może do Brna.

Szaleję, będę trzeci raz w tym roku w Czechach xD

C.R.

Reklamy

One thought on “Kosmos, szop i metafory, czyli słów kilka o „Strażnikach Galaktyki”

  1. Pingback: Podsumowanie DwuTygodnia 31.07 - 12.08.2014 | Pijaru Koksu Blog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s