Chała tygodnia: finał ostatniego sezonu „How I met your mother”

Moi drodzy. Mam beznadziejny humor.  Siedzę chora w domu i na pocieszenie chciałam nadrobić sobie jeden z lepszych seriali komediowych, jakie w życiu widziałam, czyli Jak poznałem waszą matkę. Miałam do nadrobienia prawie cały dziewiąty sezon, co normalnie (gdybym chodziła na zajęcia i do pracy) oglądałabym pewnie ze dwa tygodnie. Tak się złożyło, że jestem chora i nagle mam trochę więcej czasu do spożytkowania na to, co chcę. I tak oto narodził się pomysł skończenia HIMYM.

To był zły pomysł.

Owszem, dotarły do mnie spoilery (które przedstawię poniżej), ale jakoś nie chciało mi się im wierzyć, wolałam sama sprawdzić, jak losy bohaterów się potoczą… Byłam głupia, bo mój dobry humor zniknął podczas oglądania ostatniego odcinka.

Przed Wami Chała tygodnia – finał How I met your mother! Zawiera pierdyliard spoilerów, czytacie na własną odpowiedzialność.


Mniej więcej podobne słowa padały z moich ust co dwie minuty podczas oglądania finałowego epizodu.

Jak poznałem waszą matkę to kolejny serial oglądany przez lata z Kubą. Bywały takie sezony, że nie mogliśmy się doczekać kolejnego odcinka, bywałym też takie, które każde z nas oglądało w całości osobno, bo się uzbierało tyle zaległych odcinków, że nie byliśmy w stanie nadrobić tego wspólnie. Niemniej jednak HIMYM kojarzył mi się z dobrą rozrywką i bynajmniej nie był to wybitnie odmóżdżający serial.

Bałam się trochę dziewiątego sezonu. Czułam już, że twórcy za bardzo kombinują z niektórymi wątkami, zaczynało się we mnie rodzić przekonanie, że ten serial powinien był się skończyć jakieś trzy sezony temu… Dalej jednak miałam nadzieję, że ktoś mnie zaskoczy i będę płakać po ostatnim odcinku (wiecie, takie Ja chcę więceeeeej!!!).

Coś mnie tknęło, gdy zobaczyłam, że różni znajomi i blogerzy (pozdrawiam Zwierza popkulturalnego) nawet nie chcą komentować zakończenia. E, i tak obejrzę – stwierdziłam bez większego zastanowienia.

No cóż… Dziewiąty sezon w telegraficznym skrócie: do momentu ślubu Barneya i Robin było całkiem znośnie. Zdarzyło mi się pośmiać, przytrafił mi się chyba tylko jeden facepalm, nie mam na co narzekać. Chociaż wkurzały mnie te dłużyzny, rozbijanie czasu do ślubu, miliard różnych rzeczy, które się przydarzały bohaterom (zwłaszcza Tedowi), jestem jednak w stanie zrozumieć ten zabieg (by sezon miał te dwadzieścia kilka odcinków).

Ostatni epizod za to był moim koszmarem.


Ted i Tracy podobali mi się jako para, aktorka grająca Matkę
świetnie sobie poradziła z rolą według mnie.

Omówmy razem wszystkie debilne pomysły scenarzystów (według wzoru z notki o finale Dextera):

  • Cały sezon był o ślubie Barneya i Robin. W ostatnim odcinku nagle widz obrywa w twarz faktem, że po trzech latach para się rozwodzi. Okeeeej, nie wierzyłam w to, że ich związek przetrwa, ale wiecie co, to nie było miłe! Cały sezon, te bite dwadzieścia parę odcinków i nagle wielki **** z tego wychodzi. Zaskoczyło mnie to, za szybko to się stało… Nie tak był rozpisała ich historię.
  • brak opowiedzenia, co Marshall i Lily porabiali przez rok w Rzymie. Jedna wzmianka… JEDNA!!! A przez cały sezon zastanawiałam się, czy ten ich wyjazd dojdzie do skutku.
  • Barney dalej zachowuje się jak… Barney, przy czym staje się z biegiem czasu coraz bardziej żałosny. Przy jego chyba piątym głupim tekście miałam ochotę cisnąć czymś ciężkim w monitor. ALE, ALE… Jego wątek po części kończy się dobrze, bo dowiadujemy się, że Barney zostaje ojcem. I że córka staje się miłością jego życia, dla niej jest gotów poświęcić wszystko. No okeeej, ale to była wpadka z jakąś cizią, a nikt nie powiedział, czy Barney żyje z matką swojego dziecka, czy nie. Jeśli niedopowiedzenie miało mieć charakter komediowy, to sorry, ale ja się nie śmiałam.
  • Podczas końcówki opowieści Teda (no kojarzycie, siedzi w pokoju z dziećmi i mówi im, jak poznał ich matkę) nastrój zmienia się z komediowego na taki szarorzeczywisty, a następnie na smutny… Pomyślałam sobie: NIE, KURDE, UŚMIERCĄ MATKĘ. I wykrakałam, bo matka umiera. I rozmowa z dziećmi ma miejsce sześć lat po jej śmierci.

CO SCENARZYŚCI ZROBILI RZESZY FANÓW NA ŚWIECIE?!?!?! JAK MOGLI?!

Słuchajcie. Po zastanowieniu i dyskusji z Kubą (który finału nie widział i nie zamierza) stwierdzam, że zakończenie jest… takie jak życie. Że to mogło się rzeczywiście wydarzyć. W prawdziwym życiu ludzie mają wpadki, szare momenty, umierają… Ale to nie pasuje do konwencji serialu.

Lubiłam Jak poznałem waszą matkę właśnie za ten humor. Za natłok gagów, śmiesznych wydarzeń i nietuzinkowych tekstów. Za to, że każda z postaci jest jedyna w swoim rodzaju i za to, że Neil Patrick Harris świetnie zagrał macho pomimo tego, iż jest gejem. Uwielbiałam HIMYM za wszystko to, co pozytywne. I to mi, widzowi, pod koniec odebrano. I zostawiono z tym…

  • Owdowiały Ted i Robin prawdopodobnie się schodzą.

NIESPODZIANKA!!!


Lubię niespodzianki, ale BEZ PRZESADY.

Prawdopodobnie, ale nie jest to do końca wyjaśnione. W każdym razie dzieciaki Teda zachęcają go do zaproszenia Robin na randkę, bo kochają ją jako ciotkę i nie mają nic przeciwko, by została ich macochą.

W sumie ja też bym nie miała, gdyby nie fakt, że przez bite dziewięć sezonów para ta schodzi się, rozchodzi, jedno gdzieś wyjeżdża, potem wychodzi za mąż, bez przerwy coś się dzieje, to taka spirala bezsensu. Innymi słowy relacja Ted-Robin jest tak poplątana, że nikomu jej nie życzę.

I mam wrażenie, że choćby nie wiem jak scenarzyści wychodzili z siebie, nie rozpisaliby tego wątku dobrze. Bo się nie da.


Zostałam z niesmakiem, smutkiem i gdyby nie to, że jestem przeziębiona,
strzeliłabym sobie piwo.

Podsumowując: nie warto tego oglądać. Albo może warto, tylko trzeba ominąć finał. Sama już nie wiem…

Jest mi przykro, bo oglądałam ten serial wiele lat, mam z nim masę fajnych i przyjemnych wspomnień, a teraz ktoś mi to wszystko zepsuł. Czy każdy dobry tytuł musi się tak kijowo skończyć?

A, właśnie, za miesiąc premiera pierwszego odcinka ostatniego sezonu True Blood… Czyżby nadciągała kolejna serialowa Chała tygodnia?

Ja nie chcęęę.

Wasza kichająca, kaszląca i ciesząca się, że gardło przestało boleć

Cathryn

PS Tak właściwie jedyny dobry serial, który się w miarę fajnie skończył, to Sześć stóp pod ziemią.

Reklamy

2 thoughts on “Chała tygodnia: finał ostatniego sezonu „How I met your mother”

  1. Nie patrzysz na ten finał tylko z jednej perspektywy? Owszem, jest szokujący i niespodziewany, ale czy zły? Czy ten świetny serial powinien skończyć się jak „Przyjaciele”, czyli happy end do bólu, para cudownie schodząca się po latach i wszyscy są tak szczęśliwi i rzygają tęczą, brakuje tylko jednorożców? Jesteś niezwykle surowa w ocenie tego odcinka, polecam obejrzeć go jeszcze raz, na spokojnie. 🙂
    A prawdziwą Chałą Tygodnia jest koniec 2 sezonu Hannibala – serio, odcinka tak bzdurnego i pełnego dziur logicznych jeszcze nie widziałem. 😀

    • Być może oceniłabym ten odcinek inaczej po ponownym obejrzeniu, ale do tej pory robię się zła na myśl o tym finale ^^’ Także kiedyś to zobaczę, ale za jakiś czas.
      Finału Hannibala jeszcze nie widziałam, jestem trzy odcinki do tyłu. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s