O czym myślę, kiedy mówię o pływaniu.

Miał być kilka dni temu wpis walentynkowy, ale po dłuższych rozmyślaniach (w przerwach między robieniem ofert grupowych a pięćdziesiątą z rzędu rozmową z pasażerem z Tel Awiwu) doszłam do wniosku, że skoro wszyscy piszą o Walentynkach, to jeden wpis mojego autorstwa (i to na Czechożydku) wystarczy. Także była cisza.

Dzisiaj chciałabym pomówić o o czymś zgoła innym. Jak słusznie zauważyła moja znajoma Agnieszka, wiosna idzie i im bliżej do tej wiosny, tym więcej jest statusów na Facebooku typu „muszę schudnąć” albo „muszę poprawić kondycję”. Co wychodzi z postanowień, wszyscy wiemy. ^^

Ja również postanowiłam, że czas najwyższy się ogarnąć* pod względem fizycznym. Być może kilka miesięcy temu chwaliłam się Wam, że schudłam i że ważę ok. 60 kilo. Cóż… ^^’ Nie żebym znowu się roztyła do masakrycznej wagi 66 kilogramów**, przybyły mi chyba tylko dwa… Dobra, powiem Wam. Nie chodzi o odchudzanie czy fajną sylwetkę. Chodzi o moją mobilność. Bardzo dużo chodzę, do tego chodzę dość szybko, często biegam za autobusami, by np. zdążyć do pracy i nie dostać ochrzanu. Przez zimę jakoś było mniej tego ruchu i teraz wszelkie bieganie kończy się zadyszką, bólem nóg i tak dalej. Na brak możliwości szybkiego przemieszczania się nie mogę sobie pozwolić przy swoim trybie życia.

Dlatego dzisiaj poszłam po raz pierwszy od 1,5 roku na basen.

Uwielbiam pływać. Jestem zodiakalnym Wodnikiem, dziwnym trafem lubię wodę (w ogóle moje życie składa się z masy przypadków). Nie umiem jakoś wybitnie pływać, jedyny styl, jaki mam opanowany, to piesek (nie to, co Moja Siostra, ona świetnie pływa żabką), ale lubię to robić. W mojej obecnej sytuacji dobrze by było bieganie, by wyćwiczyć nogi, ale pływanie wzmacnia całe ciało, to też się przydaje.

W podstawówce chodziłam z ojcem na basen raz w tygodniu przez chyba 1,5 roku. Potem była nauka pływania w szkole, później biegałam od czasu do czasu na słynny poległy wołomiński basen (akurat mieszkałam wtedy blisko niego). Kochani, godzina pluskania się kosztowała jakieś grosze, było mnie stać. xD Teraz jak patrzę na ceny aquaparków to mi się słabo robi.

Od czasu pójścia do gimnazjum coraz rzadziej bywałam na basenach. Zdarzyło się pojechać gdzieś nad wodę (ostatni raz było to w 2012 roku, w czasie pobytu z Siostrą w Trójmieście), ale rzadko… Za rzadko. Zdaję sobie sprawę, że nie chodząc na basen robiłam sobie krzywdę – mam problemy z plecami, powinnam pływać raz na jakiś czas, zawsze jednak znajdowałam dobrą wymówkę. W sumie nie wiem, po co, przecież pływanie to genialna sprawa!

Raz, że podczas pływania ćwiczy się masę mięśni. Nie czuje się przy tym tak dużego obciążenia (za to jak potem wszystko boliiiii xD). Poza tym można się popluskać, ochlapać kogoś, poudawać, że się lata xD Samo pływanie też jest przecież przyjemne. No i potem kręgosłup nie boli (nie mam pojęcia, jakie dokładnie mięśnie pracują podczas pływania, ale każdy lekarz, u którego byłam z tymi nieszczęsnymi plecami, zalecał basen i obiecywał mi cuda na kiju. Rzeczywiście, ból przechodzi)!

Pofatygowałam się na basen przy Grzybowskiej (mam strasznie daleko, prawda? ^^), zapłaciłam miłej pani 10,50 zł za 75 minut pływania, zrobiłam z szesnaście basenów i wyszłam ledwo żywa.

Domyślacie się, że jak tylko weszłam do wody, to natychmiast rzuciłam się pływać jak szalona. Mój Boże, co to było za uczucie, przemierzyć cały basen, czuć tę adrenalinę, tę wodę wokół mojego ciała. Jak dostałam zadyszki w połowie drugiego basenu, to przystopowałam, w końcu po co mam się utopić xD Spędziłam w wodzie ze czterdzieści minut jak nie lepiej. Kij, że ledwo potem dotarłam do domu!

Niektórzy ćwiczą z Chodakowską, inni biegają, ja poszłam na basen.

Mam postanowienie, że będę raz w tygodniu pływać. To nie majątek, mam czas we wtorki (gigantyczne okienko) i może dzięki temu poprawię stan ogólny organizmu. Mój obecny tryb życia zbyt zdrowy nie jest (siedzenie w domu, w pracy). Przydałyby się do tego spacery, bo jak ostatnio poszłam ze znajomym się powałęsać po Starówce, to potem też ledwo żyłam.

W ogóle dziwna jest ta sprawa mojej aktywności fizycznej. W dzieciństwie dużo chorowałam, dostawałam zadyszki i kolki przy byle czym, jeździłam na zwolnieniach całkowitych i częściowych z wfu. Na studiach ćwiczyłam przez jeden semestr, neurolog dawał mi zwolnienia, bo nie mogłam się wysilać. Dochodzi wada wzroku, przy której nie mogę dźwigać. Dopiero w liceum zaczęła się u mnie wyrabiać jakakolwiek kondycja, bo bardzo dużo jeździłam na rowerze. Mam u rodziców poza tym rolki, łyżwy.

A Kuba stwierdził, że najlepiej jest być grubym. Bo jest ciepło. xD

Tymczasem idę oglądać House of Cards. Już drugi sezon! Sypią się seriale, sypią***.

Wasza z obolałymi ramionami

Cath

*swoją drogą ogarnianie się to zajęcie, któremu poświęcam sporo uwagi na blogu i jakoś niewiele z tego wynika. Tzn. nie wynika tyle, ile bym chciała. Znajomi co prawda mówią, że jestem naprawdę pracowita, zorganizowana i ogarniam wiele spraw jednocześnie, sama jednak mam wrażenie, że studia, praca, dwa blogi, narzeczony i bałagan w mieszkaniu wymaga nadludzkich możliwości, takowych nie posiadam xD

**waga w okolicach pisania licencjatu na trzecim roku, kiedy to byłam w tragicznej kondycji psychicznej i gdy jedyne, co mi wychodziło, to leżenie i objadanie się.

***oglądam naprawdę mało seriali – w porównaniu z tym, co było kiedyś. Ponieważ nie możemy się dogadać z Kubą w kwestii filmów, które możemy wspólnie obejrzeć, raz na jakiś czas decydujemy się na serial. Teraz jest co oglądać, bo wyszło House of Cards, wychodzi The Walking Dead, a już za chwilę będziemy mogli się rozkoszować drugim sezonem Hannibala. ❤ O, chyba mam pomysł na kolejny wpis… ^^

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s