Ja i mój pracoholizm.

Jestem dziwnym przypadkiem człowieka, co raz się leni i wiecznie wtedy narzeka, że nic mu się nie chce, prace zaliczeniowe takie straszne, bo trzeba nad nimi siedzieć i tak dalej. Innym razem zamieniam się w tytana pracy, robię pięćset rzeczy naraz i po standardowych ośmiu godzinach w firmie jeszcze coś posprzątam w mieszkaniu, pójdę na zakupy i napiszę notki na oba blogi.

Coraz częściej jednak słyszę, że mam opinię pracoholika – w pracy kilka osób już się nawet tak do mnie odezwało, co wpierw mnie bawiło, a teraz lekko przeraża. Wszystko przez to, że przez ileś tam tygodni bywałam w call center praktycznie codziennie – braki kadrowe na czeskiej infolinii, opowiadałam już.

Jakby zareagował przeciętny Kowalski? Łeeee, każą pracować, i to prawie codziennie, niech się w dupę pocałują.

Jak ja zareagowałam? Pierwsza myśl (ech, żydołactwo), że będzie więcej pieniędzy, coś sobie odłożę (w sumie dzięki tej nadwyżce było mnie stać na tatuaż), nie umrzemy z głodu*. I zrobię coś pożytecznego.

Z tą pożytecznością to guzik prawda, bo owszem, byłam w pracy, odbierałam te telefony i zajmowałam się innymi dodatkowymi obowiązkami, ale nie jeździłam na część zajęć, co odbija mi się czkawką do tej pory, bo się czuję na lektoracie z bułgarskiego jak nie przymierzając debil. Nieważne, że nadrabiam i staram się oddawać na bieżąco prace domowe, nie pomaga.

Do braku kadrowego, który mnie zmusił nie z mojej winy zresztą do dodatkowych dyżurów, dorzuciłam sobie (świadomie lub nie) strach o kolejne dni, o oszczędności, o wakacje, o przyszłość, dopiszcie sobie, co chcecie. Poza tym mam dużą skłonność do poświęceń nawet wtedy, gdy nikt mnie o to nie prosi (oj, walczę z tym) i nie zastanawiałam się nad tym, że przecież nie umiem żyć w podobnym trybie pracy i to może mi zaszkodzić. Skończyło się brakiem odporności i choróbskiem w święta. Już w trakcie przymusowego wolnego puknęłam się kilka razy w czółko i postanowiłam, że:

a) nie będzie dodatkowych dyżurów, jak sytuacja kadrowa się uspokoi,

b) nie będzie jeżdżenia na trasie dom-praca-uczelnia-praca-dom (bywały takie dni!),

c) zacznę dbać o odporność. Przecież słynęłam z końskiego zdrowia…

Na razie udaje mi się przestrzegać tych postanowień: cztery dyżury w tygodniu, studia (teraz sesja). Był też tydzień urlopu, dzięki niemu bardzo się wyciszyłam i zrelaksowałam.

Ale, do czego zmierzam – rozgryzłam wczoraj (chociaż ta prawda dobijała mi się do mózgu już od dłuższego czasu), czemu mam takie problemy z pracoholizmem. Ja po prostu lubię pracować. Odziedziczyłam to po matce – moja mama nawet podczas urlopu się nie obija i gdy tylko skończy z chałturami, idzie z psem do ogrodu i grzebie w ziemi. Potem narzekając, że ją bolą ręce.

Owszem, często mam syf w domu, naczynia w zlewie, wannę do umycia i tak dalej. O szafkach z ubraniami nie mówię. Ale lubię sprzątać, lubię wysiłek fizyczny z tym związany. I, co najważniejsze, lubię widzieć efekty swojej pracy.

Od niedawna jestem w dziale rezerwacji grupowych w pracy. Uczę się robić oferty, prowadzę korespondencję z centralą, ogólnie się wdrażam. Samo siedzenie na infolinii mnie aż tak nie bawi, bo co: zadzwoni do mnie kilkudziesięciu klientów dziennie, pogadam, powkurzam się, pośmieję czasem. Nie widzę efektów swojej roboty. Dlatego biorę do pracy zadania domowe, listy, książki, cokolwiek, by nie usnąć w przerwach i by mieć wrażenie, że robię coś pożytecznego. Owszem, dodano mi inne obowiązki, które zajmują mi góra trzy godziny zmiany – tu widzę efekty.

Natomiast przy wczorajszym tłuczeniu wręcz ofert (centrala nas zasypała, nie nadążaliśmy) przypomniałam sobie, jakie to fajne mieć zajęcie, widzieć efekty swojej pracy i móc się pochwalić, że się zrobiło tyle a tyle rzeczy. Praca w bibliotece wołomińskiej dawała mi podobne uczucie, gdy siedziałam w kanciapie i naprawiałam bądź oprawiałam książki. Przez moje ręce przechodziło tysiące woluminów, zniszczone książki nie zalegały na specjalnych półkach, bibliotekarki nazywały mnie pracusiem, a sama puchłam z dumy, że mam zajęcie i że robię coś dobrego.

Co prawda nie wiem, czy robienie ofert grupowych i oprawianie książek w folię można porównać, ale wniosek jest jeden – efekty się widzi. Kojarzy mi się to również z moim kontem na Lubimy Czytać (rosnąca liczba przeczytanych książek), Czechożydkiem (rosnąca liczba wpisów o tych przeczytanych książkach) czy też fanpejdż Czechożydka na fejsie (rosnąca liczba lajków xD). I chyba comiesięczna wypłata jest czymś podobnym… Czyli to nie moja pazerność, tylko chęć ujrzenia efektów działania! Właśnie się usprawiedliwiłam xD

Najlepiej dla mnie jest, gdy robię swoje (i jaram się efektami), a inni mi nie przeszkadzają. To pełnia szczęścia.

Gorzej, że cały czas się zapominam i zaniedbuję masę rzeczy. O studiach już mówiłam, ale poza tym Kuba narzeka, że mnie nie ma po całych dniach, że wolę iść do pracy, a nie spędzać czas ze znajomymi, nie mam kiedy się nawet z kolegą (pozdrawiam Kendeya) umówić na herbatę czy iść do teatru. Ostatnimi czasy stawiałam bardziej na czytanie książek.

Jestem na takim etapie walki z pracoholizmem, że jak nie muszę być w pracy, to do niej nie jadę. A jak już w niej jestem, to robię jak najwięcej, by mieć te endorfiny. 🙂

A tymczasem biorę się za powtórkę z bułgarskiego, chociaż i tak przeczuwam poprawkę w marcu…

Wasza wypróbowująca właśnie jakiś olejek arganowy na włosy

Cathryn

PS Poza tym też sobie myślę, że mój pracoholizm i jaranie się, gdy mam zajęcie, sprawia, że awansuję. Jeszcze pół roku temu byłam szaraczkiem, co biegał z każdą pierdołą do supervisorów, teraz czuję się tak, jakbym była na stopniu wyżej. ^^’

A poniżej macie obrazek, który sobie ostatnio coraz częściej przypominam, bo jestem pełna takiej samozajebistości _^_

C.R.

*to najgłupsza myśl świata – Kuba zarabia sporo więcej ode mnie, jak się weźmie pod uwagę okresy, gdzie ma różne zlecenia.

Reklamy

3 thoughts on “Ja i mój pracoholizm.

  1. wygląda nawet nie na pracoholizm, a raczej charakter który pozwala Ci filtrować rzeczy pożyteczne od tych mniej pożytecznych 😉 jest masa rzeczy, które nazywa się pracą, a nie przynoszą żadnej wartości otoczeniu, albo w ogóle dają mizerny efekt. Natomiast to co piszesz wydaje się zdrowym i konstruktywnym podejściem. A jak odkryjesz jeszcze kiedyś systemy zarządzania czasem żeby to sobie poukładać, to już w ogóle… 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s