Odkrycia roku 2013 – najlepsze anime.

Ubiegłoroczne ferie zimowe były czasem odprężania się przy różnych anime. Potem już nie zdarzyły mi się takie maratony…

Ostatnia notka w ramach Odkryć roku 2013 będzie właśnie o tych anime, którymi udało mi się zachwycić, bo się czymś wyróżniały na tle innych japońskich produkcji. Ta notka będzie też pewnie swoistym pożegnaniem z pewnym etapem w moim życiu, ponieważ od wielu miesięcy nie mam ani czasu, ani większej chęci zarówno na mangi, jak i anime. Nie to, co kiedyś, gdy tłukło się dwie, trzy serie tygodniowo…

Niemniej jednak poniższe tytuły warto zobaczyć i zaraz się przekonacie, dlaczego.

1. Sword Art Online

Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie widziałam w anime. Serio. Przy czym cała seria nie tylko na tym stoi!

Dobra, jak Wam streszczę fabułę, to pewnie padniecie, ale co tam. Japonia, jakaś niedaleka przyszłość. Na rynek wchodzi gra Sword Art Online, do której można się dostać za pomoca specjalnego hełmu – gracz zakłada hełm, kładzie się na łóżku i podczas gdy jego ciało śpi, on znajduje się w grze, wyglądającej jak zwykłe fantasy (no taki LoL na przykład). W dniu wypuszczenia gry o godzinie 17stej gracze nagle orientują się, że nie są w stanie się wylogować. Okazuje się, że twórca SAO jest jakimś potworem w ludzkiej skórze i zablokował graczom możliwość wyjścia z gry. Teraz kilka tysięcy ludzi ma jeden cel – przejść całą grę, albowiem to jedyny sposób na wydostanie się z niej. Przy czym nie mogą umrzeć, albowiem jeśli zginą, ich mózgi smażą się jak frytki…

Kuba wyśmiał cały pomysł na fabułę. Mi z początku wydawało się to lekko naciągane, ale potem jako widz miałam do czynienia z różnymi postawami graczy, co było naprawdę ciekawym doświadczeniem. Oczywiście, śledziłam głównego bohatera, Kirito, tę postać polubiłam najbardziej. 😉

Czemu warto obejrzeć SAO? Raz, że dla fajnie rozpisanych historii bohaterów, dwa – dla strony wizualnej, trzy – dla wątku miłosnego. Mało się nie popłakałam pod koniec serii, na otarcie łez mam light novels na Kindle’a. ^^ Dodam jeszcze od siebie, że to pierwsze anime, które obejrzałam prawie w całości z czeskimi napisami na Shirai.cz, stronie z anime po czesku i słowacku. Gorąco polecam do nauki obu tych języków!

2. Hellsing Ultimate OVA

W tamtym roku wreszcie ukazał się dziesiąty – ostatni odcinek Hellsing Ultimate, serii mojego życia właściwie (ponieważ moje poważniejsze oglądanie anime zaczęło się od serii TV Hellsinga, potem była manga i wreszcie OVA). Wyczekiwałam go jak durna, mimo, iż doskonale znałam zakończenie (OVA idzie zgodnie z mangą, także wiedziałam, jaki będzie koniec już w klasie maturalnej); chciałam zobaczyć, jak ten odcinek będzie zrealizowany. I się nie zawiodłam – była krew (duuuuużo krwi), klimatyczna muzyka, zarąbiste efekty specjalne, po prostu mniodzio.

Zastanawiam się nad odświeżeniem sobie całej serii, chociażby po to, by prześledzić rozwój techniczny i by zobaczyć różnice między pierwszym a ostatnim epizodem.

Czemu polecam? Bo to jedno z nielicznych anime, które wbiło mnie w fotel. Może nie sam ostatni odcinek, ale… To chyba był siódmy. Siedziałam dosłownie wbita w fotel i z rozdziawioną gębą. Brawa, po prostu brawa.

3. Sukitte ii na yo

Jedna z dwóch szkolnych serii, nad którymi się rozczulałam.

Ona – odludek wychodzący z założenia, że koledzy i koleżanki wcale nie są potrzebni do szczęścia. On – przystojniak z opinią szkolnego playboya. Nagle on zakochuje się w niej, zaskakując wszystkich, w tym samą zainteresowaną. Co z tego wyniknie?

Przyjemnie mi się to oglądało, ponieważ on nie miał kiełbi we łbie i był w stanie do pewnego stopnia uspołecznić ją. Polecam na zimny zimowy (jak wreszcie spadnie śnieg czy coś) wieczór.

4. Btooom!

To z kolei jest taką moją zakazaną przyjemnością. Sięgnęłam po Btooom! z czystej ciekawości, jak będzie zrealizowany wykorzystany po raz 666-ty schemat pt. Weźmy grupę ludzi i każmy im się pozabijać nawzajem.

Co może być ciekawego w takim schemacie? Właściwie tylko realizacja pomysłu. Weźmy na przykład Igrzyska śmierci. Nim obejrzałam pierwszy film, byłam święcie przekonana, że to zrzynka z Battle Royale (kto nie zna, opowiem: Japonia, w której szerzy się anarchia. By jej zapobiec w jakimś stopniu, co roku rządy wysyła jedną licealną klasę na bezludną wyspę i uczniowie w ciągu trzech dni mają się pozabijać nawzajem, aż zostanie jedna osoba). Potem natknęłam się na Mirai Nikki (dwanaście osób ma szansę zostać Bogiem. Moce otrzyma tylko jedna, pozostałe muszą zginąć) i stwierdziłam, że to już nie zrzynka, tylko co najwyżej występująca tu i ówdzie klisza.

Tutaj natomiast rzecz polega na tym, że wysyła się na bezludną wyspę osoby wcześniej przez kogoś zgłoszone (na zasadzie Chcesz się pozbyć sąsiada? Zgłoś go do gry!). Gra opiera się trochę na komputerowej wersji, w którą zagrywał się główny bohater – nierób i pasożyt. Można z wyspy uciec pod warunkiem, że zbierze się siedem (sześć z własnym) kryształów. Każdy gracz ma wszczepiony kryształ w dłoń, jedynym sposobem na usunięcie go jest zabicie właściciela.

Czemu mi się to podobało? Miałam dziką satysfakcję, kiedy główny bohater nagle musiał zacząć walczyć o przetrwanie. Masz za swoje, obiboku, mendo społeczna! Bóg mi świadkiem, nie znoszę osób, które jedyne, co robią, to siedzą na utrzymaniu rodziców i na przykład bez przerwy mają nos w komputerze. Kompletnie nie rozumiem zarówno tych ludzi, jak i ich rodzin. Nie mówię, że nagle każdy musi zrobić studia i zaraz po nich się wynieść! Mam na myśli robienie czegokolwiek – uczenie się, pracę, udzielanie się charytatywnie, COKOLWIEK, byleby nie siedzieć w domu na tyłku i tylko żądać jedzenia za to, że się jest, podczas gdy ma się 25 lat i na przykład brak matury.

Później jednak historia się rozkręciła i przestałam się tak z biedaka nabijać. Muszę się rozejrzeć za drugim sezonem, czy już wyszedł lub nie.

5. Kamisama Hajimemashita

Trudny do wymówienia tytuł, prawda? Długo nie byłam w stanie go zapamiętać. Tę serię wciskała mi z uporem maniaka Asia, pozdrawiam ją serdecznie. 🙂

Główna bohaterka nagle staje się bezdomna wskutek tego, że ma niezbyt inteligentnego ojca. Długa historia z tą bezdomnością, ważne jest, co się dzieje potem – w parku spotyka pewnego dość dziwnego gościa, który… całuje ją w czoło. Skutki tego są takie, że Nanami otrzymuje boskie moce i staje się lokalnym bóstwem. Do pomocy ma dwóch śmiesznych służących oraz Tomoe, wieloletniego sługę poprzedniego bóstwa. Tomoe nie bardzo zgadza się na obecny stan rzeczy, a Nanami bez przerwy się gubi w swoich nowych obowiązkach…

Kolejna komedia romantyczna w moim życiu, przy czym raz nacisk kładziony jest na komedię, innym razem na romans. Obśmiałam się 🙂 To anime zasługuje na drugi sezon, nie można go tak zostawić bez kontynuacji.

Powiem Wam szczerze, tęsknię za czasami, kiedy chodziłam do liceum i tłukłam serię za serią. To były fajne czasy. 🙂 Liczę na to, że jeszcze kiedyś uda mi się odnaleźć tak wciągające anime jak SAO czy tak zabawne jak Kamisama Hajimemashita.

A tymczasem zbieram się do pracy.

Wasza już prawie ozdrowiała

Cathryn

 

 

 

 

Reklamy

5 thoughts on “Odkrycia roku 2013 – najlepsze anime.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s