Bolączki słownikowe, czyli każdy z nas ma jakieś swoje narzecze.

Choróbsko moje ewoluuje, obecnie męczę się tylko z katarem i pokasływaniem. To idealna okazja, by posiedzieć jeszcze jeden dzień w domu. ^^’

Miałam pisać Odkrycia roku o serialach, ale przypomniała mi się jedna rzecz, którą miałam się z Wami podzielić już jakiś czas temu.

Otóż używam czasem innych synonimów/wyrazów/określeń/niepotrzebne skreślić, niż reszta ludzkości i zaczyna mi to poważnie przeszkadzać. xD Przy czym tłumaczenie np. Kubie, że to dlatego, bo niektóre słowa wyniosłam z domu bądź bo mam stresującą pracę (praca w call center wywołuje sporą inwencję słowotwórczą) już nie działają…


To nie jest tak, że mówię jak Yoda. Ja po prostu mam inny słownik…

Przykład z dzisiaj: wchodzę sobie na Allegro, by popatrzeć na to, w jakich cenach mogą być tostery. Wpisuję „toster” i zastanawiam się, czemu w wynikach wyszukiwania mam jedynie takie, gdzie chleb się wkłada od góry.

Wtedy się skapnęłam, że to, co u mnie w domu nazywa się „tosterem”, to tak naprawdę „opiekacz”…

Dobra, takie coś można jeszcze przeżyć. Gorzej, że u mnie w domu/w pracy/na uczelni czasem powstają zupełnie nowe słowa, które przyjmuję bezkrytycznie i potem się dziwię, czemu na przykład Kuba mnie nie rozumie.

Najlepszym przykładem jest przymiotnik draczny. Przez wiele lat myślałam, że to normalne polskie słowo (pamiętajmy, że moja erudycja jest w całkiem dobrej kondycji i mam zadatki na bycie korektorką), tymczasem okazało się, że to wymysł Mojej Siostry, przyniesiony nie wiadomo skąd. Draczny oznacza tak krzykliwy i brzydki, że aż oczy bolą. To nie jest oczojebny, to już kilka poziomów wyżej. Draczny to połączenie kiczu, krzykliwych kolorów i wywołującego raka braku gustu. Czasem dobrym przykładem są zdjęcia z Faszyn from Raszyn, chociażby to poniżej:


No ta kiecka jest tak draczna, że w życiu bym jej nie założyła.

Łapiecie? xD

Dawniej posiadanie odrobiny dziwnego słownictwa jakoś mi nie przeszkadzało… do momentu, gdy zaczęłam się uczyć języków obcych. Jakoś francuski i hiszpański spłynęły po mnie jak po kaczce, natomiast rosyjski wzbogacił moje słownictwo o takie rzeczy jak swołocz i prikaz (przy czym za używanie tego pierwszego nieraz dostałam po łbie xD). Z angielskim mam tak, jak spora część przedstawicieli mojego pokolenia – bezwiednie używam spolszczonych anglicyzmów i czasem się na tym łapię, czasem nie. Natomiast największe bóle mam z… czeskim.

Wiecie, studiowanie u mnie w Instytucie wypacza psychikę. Uczymy się w małych grupach, po pierwszym roku czasem jest nam łatwiej wyrazić myśli w innym języku niż polski, po trzech latach momentami mało się rozmawia po polsku, tylko w mieszance czeskiej z odrobiną polskiego i angielskiego… Bezwiednie wynoszę tę mieszankę do domu i do pracy i czasem powstają kwiatki typu:

W PRACY

– Mam paksa (pasażera) na linii, už se odbavil i chce zmienić lot, nevím, co s nim dělat, no co za debil po prostu.

(tłum. Mam pasażera na linii, odprawił się już przez stronę internetową i chce zmienić lot, nie wiem, co z nim zrobić, jak można być takim głupim, odprawić się i potem wydzwaniać. Takie teksty się od czasu do czasu zdarzają)

W DOMU

– Misiu, nie wiesz, gdzie są moje klucze, hledam je już od godziny.

W sensie że szukam od godziny. Potem się ze mnie ludzie śmieją, bo już nawet myślę po polsku i czesku xD

A bluzgi w pracy są już chyba w każdym języku, które nasze call center obsługuje.

Gorzej, że czasem chcę komuś opowiedzieć o tym, jak się wściekłam w języku wcześniej obsługiwanego klienta.

I to wcale nie jest tak, że biegle mówię po polsku, czesku i angielsku. Czasem mam wrażenie, że nie znam żadnego z nich w stopniu zadowalającym…

Na zakończenie opowiem Wam jeszcze o moim i Kubusiowym domowym narzeczu. Kuba mianowicie wczoraj poskarżył mi się, że wśród znajomych powiedział słowo kordła zamiast kołdra i że musimy coś z tym zrobić. My, ponieważ tak mówimy na naszą wspólną kołdrę… xD I to nie jest błąd językowy, kordła brzmi po prostu pociesznie.

Geneza kordły:

A czasem mamy po prostu inne nazwy czynności, jak np. mycie kłów.

Dobrze, biorę się za coś pożytecznego, trzeba jakoś wykorzystać ostatni dzień wolnego.

Wasza pokasłująca

Cathryn

Reklamy

One thought on “Bolączki słownikowe, czyli każdy z nas ma jakieś swoje narzecze.

  1. Szkoda, że nie można bardziej polubić tekstu niż „Like”. Naprawdę miło mi się go czytało oraz dodatkowo chciałbym ten tekst pokochać. XD
    Ahh te błędy językowe albo zapożyczenia z innego regionu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s