Najlepsze są prezenty dawane sobie.

Proszę koleżeństwa, dziś Wigilia. Co do której nie wiem, jak ją spędzę – jestem zagrafikowana w pracy, ale kompletnie straciłam głos z powodu przeziębienia, a mówienie jest dla mnie mordęgą. Także nie mam pojęcia, czy dzisiaj coś zarobię, czy pojadę na Wigilię do rodziny Kuby. Święta świętami, choróbsko choróbskiem, a hajs się zawsze przyda… xD

Skoro o pieniądzach mowa – jak wiecie, w tym roku po raz pierwszy w życiu mam stałą pracę*. Tzn. pracę, z której najprawdopodobniej mnie nikt nie wywali, skoro dostałam umowę na dość długi czas. Wraz z pracą pojawiły się Pieniądze. Na skalę światową nieduże, krajową – nie za duże, moją – ojapierdzielękupaforsy. Niby pieniądze szczęścia nie dają, a mi jakoś dały. Bo wreszcie sprawiłam sobie tatuaż!

Także… Have you met Czarli?

Czarli dostał nazwę po e-mailu jednego pasażera, którego obsługiwałam.

WPIS DLA LUDZI O MOCNYCH NERWACH, POJAWIA SIĘ GOLIZNA I BRUTALNE SCENY. (no brutalne, bo igły. A igieł nie powinno się pokazywać, bo już sam widok boli. xD)

Spotkałam się z wieloma pozytywnymi komentarzami ze strony otoczenia. Po opiniach przychodził zawsze czas na pytanie – skąd ten wzór? Ano stąd, że od sześciu lat z okładem zalega mi na dysku ten obrazek:

Przy czym nie chciałam kolorków, bo jakoś nie widzę siebie z nimi. Dlatego padło na cieniowanie.

Tatuowanie nie miałoby miejsca bez tej pani na zdjęciu poniżej (kolegę Szubiego również pozdrawiam), która dokładnie dzień przede mną pozwoliła sobie wykonać na plecach swojego smoczura. Zbieżność dat przypadkowa, studia też były zupełnie różne.


Razem z Gauzą wspierałyśmy się dzielnie i miałyśmy gorącą linię pomocniczą na facebookowym chacie.

Najważniejszą sprawą jednak był wybór studia. Chłopaki ze Street Tattoo mieli to szczęście, że trafiłam na ich studio dość szybko i zakochałam się w projektach. I wykonaniu ❤

CZAS NA REKLAMĘ: studio Street Tattoo znajduje się przy Corazziego 2, rzut beretem od Błękitnego Wieżowca i trochę większy rzut od stacji metra Ratusz Arsenał. Lokalizacja genialna, tylko że jestem pierdołą i zabłądziłam za pierwszym razem… Nie o tym jednak mowa w tym wpisie ^^’


Lego przygotowuje się do cudów.

Wyżej przedstawiony pan to Lego. Zdjęcia ze studia są autorstwa Jodżiego – obu serdecznie pozdrawiam! Dzięki nim bowiem miałam najlepszą na świecie atmosferę zabiegu.

Powiem Wam szczerze, czekałam na tatuaż prawie miesiąc. Na tydzień przed wpadałam już w lekką histerię, że umrę z bólu i przejęcia na fotelu (a co, jak nie będzie fotela? xD), ogólnie się zbłaźnię i nici będą z tatuażu. Dzień przed uspokajała mnie Gauza, będąca po gorszym zabiegu (kolorowy tatuaż robi się dłużej i bardziej boli), co mi jednak wcale nie pomagało. Stwierdziłam potem, że co ma być, to będzie, w razie czego nikt się nie dowie o tym, że się rozpłakałam jak dziecko 😉


Wypadki się zdarzają, ale przy tym była kupa śmiechu.

Na szczęście chłopaki okazali się wyrozumiali – z racji tego, że byłam pierwszą klientką tego dnia (chociaż nie wiem, czy to u nich czasem nie norma), pozwalali sobie na dużo luzu i śmiechu. Nawet zaczęli pokazywać swoje pierwsze tatuaże i dyskutować o nich (albo gdzie najbardziej bolało, co już nie było pocieszające, ale później się sama z tego śmiałam).

Ciekawość zwyciężyła nad wstydem (tak, wstydziłam się przez chwilę) i zasypałam Lego i Jodżiego masą pytań, na które cierpliwie odpowiadali. A pytania były natury technicznej – co to jest, czemu to buczy jak maszynka u dentysty, co tak dziwnie pachnie (mydło chirurgiczne) i takie tam. Moi drodzy, jeśli sami będziecie w podobnej sytuacji, bierzcie ze mnie przykład! Chociażby po to, by sprawdzić, kto będzie was dziarał. I czy podchodzi do sprawy profesjonalnie – jako klienci macie prawo uzyskać odpowiedź na techniczne pytania.

Jakiś czas po zabiegu rozmawiałam ze znajomymi, którzy też mają tatuaż. Od niektórych opowieści włosy mi stanęły dęba na głowie, także tym razem nie mam do siebie pretensji o swoją olbrzymią ciekawość.


zaczyna się robić poważnie. (TAK, WIEM, że mam pryszcze i że istnieje Photoshop)

I teraz to, na co wszyscy czekacie – czy bolało. Wiecie co… Bardziej boli wyciskanie pryszczy (skoro o nich mowa). To nie kolor, czarne podobno mniej bolą. Na części skóry miałam wcześniej maść znieczulającą, ale dość szybko puściła. Poza tym to całkiem znośne uczucie, jakby ktoś Wam ołówek wciskał mocno w skórę. Bolało na górze, bo tam już jest wrażliwa część pleców, ale to nie był ból nie do zniesienia. Serio. A podczas wypełniania środkowej części nawet zrobiło mi się błogo (to podobno od wibrowania maszynki, bo masuje skórę) i mało nie usnęłam na fotelu xD


„A tak w ogóle to napisz na tym swoim blogu, że cię nic w ogóle nie bolało i że jesteśmy fajni”… Czy jakoś tak. 😉

Zabieg trwał 45 minut z zegarkiem w ręku. W tle leciało radyjko (mało nie odpłynęłam przy Gorrilaz), w studiu było przyjemnie chłodno, żyć, nie umierać.

A po wszystkim pojechałam do domu na obiad i poleciałam na zajęcia…

Tak, zapytacie, czy nie zgłupiałam. Otóż nie, bo tatuaż już nie bolał. To boli tylko w trakcie zabiegu. Przynajmniej ja tak miałam. Owszem, dziwnie mi się chodziło z opatrunkiem i czasem skóra swędziała, ale nic poza tym. Poza tym dwa lata temu tuż po przekłuciu wargi pojechałam na lektorat z czeskiego, także wiecie, ze mną zbyt dobrze nie jest xD



Jeszcze jedno zdjęcie przy pracy…


I ukłon w stronę klienta 😉

Minął prawie miesiąc od zabiegu. Mam już za sobą opatrunki i ciągłe smarowanie się maścią. Strupek zszedł (swędziało jak cholera, myślałam, że kogoś pogryzę), wszystko się pięknie wygoiło. Jedyne, czego muszę przestrzegać, to zakazu kąpieli np. w basenie jeszcze przez miesiąc. Bałam się, że coś zapaskudzę, a tymczasem wszystko się udało.

Osobiście nie lubię argumentu, że tatuaż jest na całe życie, usunięcie boli, to okaleczanie ciała itd. Myślicie, że nie rozkminiłam dobrze tej decyzji? To też nie jest tania rozrywka 😉 A na poważnie: skoro wzór czekał na realizację sześć lat, to sorry, ale chyba to przemyślałam. Poza tym to moje ciało. Nie będę chciała, nie będę pokazywała. I nie będę się z tego tłumaczyła. 😉

Poza tym wychodzę z założenia, że wszystko jest dla ludzi i że wiele doświadczeń warto przeżyć samemu.

Nawiązując do tytułu notki – to mój prezent świąteczny dla samej siebie.

I tym oto optymistycznym akcentem kończę. Wesołych Świąt 😉

Wasza zakatarzona

Cathryn

*Kiedyś, kurde, trzeba się wziąć w obroty i przestać łapać dorywcze zajęcia, prawda? Na mnie padło w wieku dość późnym.

Reklamy

2 thoughts on “Najlepsze są prezenty dawane sobie.

  1. Dzięki. Też mam smoka ze skrzydłami, na tym samym ramieniu od dziesięciu lat :). Robiłam u Artura Szolca. Mam ogromną ochotę na kolejnego smoka, jednak olbrzymie kolejki obecnie, odstraszają mnie aby udać się do tego samego studia. Udam się tam, gdzie polecasz. Pozdrawiam :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s