Cathryn w kolorach tęczy – krótka historia farbowania.

Moi drodzy, dzisiaj w ruch poszedł szampon koloryzujący o wdzięcznej nazwie bordo.


Ciekawa jestem, jaki będzie odbiór nowego koloru.

Kilka dni temu łaziłam sobie po Tesku na Targówku, robiłam zakupy żywieniowe i szlajałam bez większego celu między alejkami. Czułam się nie jak na te swoje 22 lata, tylko jak na co najmniej czterdzieści (innymi słowy, humor był nieciekawy). Zawiesiłam spojrzenie na półce z farbami do włosów, myśląc zaraz: nieee, za stara jestem, poza tym parę razy zniszczyłam sobie kudły farbami, ogoliłam głowę, nie chcę przez to jeszcze raz przechodzić, złe wspomnienia, odrosty, fuj. A potem palnęłam się w czółko. Ja za stara? Mam 22 lata, sama się utrzymuję, muszę coś ze sobą zrobić, inaczej sfiksuję.

Dumałam nad kolorami chyba ze dwadzieścia minut, aż w końcu wybrałam bordo. Efekt oceńcie sami.

Czemu napisałam, że mam złe wspomnienia i że dziwne rzeczy mi się przytrafiły? Ano dlatego, że różnie z tym farbowaniem bywało. Za pierwszym podejściem mama była wściekła, ale Olka ją spacyfikowała, za drugim było jeszcze gorzej, za trzecim już lepiej… E, po kolei.

Moje pierwsze w życiu farbowanie to czarna szamponetka w wieku lat trzynastu, spłukała się od razu po koloryzacji, żaden interes. Zmarnowałam pięć złotych xD Potem przyszły czarne (robione już farbą) końcówki, które wyglądały naprawdę bardzo fajnie (i nikt nie mógł się do nich przyczepić w szkole). Po kilku latach wpadłam na genialny pomysł walnięcia sobie czerwieni i kupiłam farbę Joanny za pięć złotych (piękne czasy gimnazjum) w kolorze albo wiśni, albo maliny (zabijcie, nie pamiętam). Efekt macie na tym słynnym zdjęciu z kubeczkiem xD


Zdjęcie to potem wiele lat służyło mi za najrozmaitsze awatary na forach i innych takich.

Myślałam, że mama mnie zabije, bo tak drastyczne ufarbowanie mogło przynieść problemy w szkole. Haaaa, to była trzecia klasa gimnazjum, oceny wystawione, co najwyżej mogli mi obniżyć ocenę za zachowanie, ale tego nie zrobili. xD Potem już nie farbowałam: w momencie pojawienia się gigantycznych odrostów skróciłam włosy, wycieniowałam i zrobiłam sobie grzywkę, z której byłam dumna, jakby była moim pierworodnym dzieckiem.

Chęć na farbowanie powróciła w trzeciej klasie liceum mniej więcej, w ruch poszły najrozmaitsze czerwienie, maliny, wiśnie i co tam wpadło mi w ręce. Przedział cenowy był mniej więcej 5-10 złotych. Domyślacie się, co zrobiło mi to z kudłami… Raz na jakiś czas je podcinałam, cieniowałam, cudowałam, kombinowałam, aż w końcu po maturze matka nie mogła na mnie patrzeć, dała mi 20 złotych i kazała zrobić z tym porządek. Jej zalecenie potraktowałam zbyt dosłownie (ale świadomie!), bo wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu ogoliłam głowę na centymetr. Piękne czasy…


Tutaj z nieodżałowanym Hektorem, najlepszym szczurem świata, pupilkiem Mojej Siostry.


Ogólnie studniówka była Chałą roku, jeśli chodzi o imprezy w 2010 roku, ale outfit miałam genialny. xD

Miałam żelazne postanowienie: nie farbować, nie obcinać, nie cudować, NIC. Raz zrobiłam sobie irokeza, ale kiedy podrósł, poprosiłam fryzjerkę o zrobienie zwykłej pieczarki i czekałam, aż kudły odrosną. Dbałam, odżywkowałam, nakładałam maski… I tak potem szlag mnie trafił, kiedy końcówki zaczęły się rozdwajać. Nie ogarniesz, no za Chiny nie ogarniesz.

Wpadłam raz na pomysł, by coś zrobić z tym swoim wyglądem. Z pomocą przyszła mi Mizu, od której dowiedziałam się o istnieniu farb na bazie henny (firma to Venita, a farby nazywają się Henna Color, można je dostać w sklepach zielarskich. Osobiście swoje kupowałam w Wołominie, jest tam Parafarmacja przy ulicy Legionów). Raz strzeliłam sobie miedź:


Po tych wszystkich czerwieniach i czerniach zwykła miedź wydaje się być niezwykła. xD

Innym razem ciemny brąz, by nieco odżywić włosy i nadać im jednolity kolor. Farby z henną spłukują się piorunem, ale fajnie potrafią podreperować kudełki, ładnie się je potem rozczesuje i ogólnie jestem wielką fanką.

Teraz jednak nie bardzo miałam dostęp do tego typu specyfików, dlatego w ruch poszedł szampon Palette. Jeszcze nie wiem, na co wpadnę za parę miesięcy, ale pewnie ufarbuję sobie kłaki na ciemny brąz i wszystko wróci do normy.

Teraz pytanie, które część z Was na pewno sobie zadaje – dlaczego wcześniej były tylko czerwienie? Ano dlatego, bo wszystkim się w tym kolorze podobałam. Sama sobie też. Czarny w zestawieniu z moją chorobliwą bladością (zawsze, kiedy idę do lekarza, pada pytanie, jak tam moja morfologia) wyglądałby wręcz… Emo. Co nie znaczy, że nie planowałam sobie strzelić czerni… Wtedy jednak zbyt dużo osób biegałoby za mną z siekierą w tamtych czasach, kiedy królowała czerwień.

Teraz, jak przyjdzie mi do głowy czerń, to się postukam w czółko. Czerń jest oklepana i tylko Moja Siostra wygląda w niej dobrze. Fantastycznie, że nigdy nie popełniłam tak wielkiego błędu i jednak się nie ufarbowałam na czarno! xD

A tymczasem idę dalej zachwycać się swoim bordo i czytać najnowszą powieść Petry Hůlovej. 🙂

Wasza schnąca (suszarka się zepsuła. Może to i lepiej, bo takie suszenie niszczy włosy)

Cathryn

PS Jutro idę do Baru Prasowego na Wyzna(nie) Teatru Żydowskiego. Jeśli nie macie co ze sobą zrobić wieczorem, to przejedźcie się po wejściówki, może jeszcze mają (wstęp za darmo po wcześniejszym odbiorze biletów!).

Swoją drogą Prasowy jest po remoncie chyba, bo wygląda zabójczo xD

C.R.

Reklamy

2 thoughts on “Cathryn w kolorach tęczy – krótka historia farbowania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s