Garść zachwytów: „Fight Club” (książka i film)

Wkurzyłam się dzisiaj. Poświęciłam dwa poranki i jedno popołudnie w Bibliotece Narodowej, by przeczytać mającą ponad 500 stron lekturę. I co się dzisiaj okazało? Będziemy to przerabiać na początku listopada… Eeeee… To po cholerę to czytałam…

Na poważnie. Byłam święcie przekonana, że skoro tydzień temu nie było zajęć, to dzisiaj ruszamy z kopyta i przerabiamy to tomiszcze. Okazuje się, że ISZiP jeszcze wiele razy mnie zaskoczy xD Przynajmniej mam z głowy… Teraz trzeba napisać o tym notkę na Czechożydka, by treść nie wyleciała mi z głowy.

I tak oto nagromadziło się we mnie sporo złości. Już wiem, co z nią zrobić – połączyć z wczorajszym olśnieniem. Mianowicie Bozia mnie oświeciła i dała mi znak.

Żydzie, nie pisałaś jeszcze o Fight Club!

No to piszę, w końcu zachwycam się tym do tej pory.

Moi drodzy, przed Wami najlepsza historia świata i totalne arcydzieło – Fight Club (książka oraz film).

 Przez wiele lat nie znosiłam Brada Pitta, tym filmem jednak mnie kupił. ❤

Dziecięciem będąc (to było jakieś 11-13 lat temu) usiłowałam obejrzeć film. Usnęłam gdzieś po półgodzinie. Po przebudzeniu uznałam film za chałę, ale postanowiłam kiedyś do niego wrócić, może będą z niego ludzie.

Wróciłam pod koniec września ubiegłego roku. Seans był efektem kłótni z Kubą (bo nigdy nie możemy się dogadać w kwestii tego, co mamy razem obejrzeć). Doszłam do wniosku, że skoro są tam Norton i Pitt, to może nie będzie tak źle.

Kochani, jak bardzo durnym dzieckiem byłam!!! Albo po prostu potrzebowałam przeżyć to, czego zdążyłam już doświadczyć w życiu. Potrzebowałam się nawściekać, płakać, wrzeszczeć, histeryzować, zbluzgać samą siebie i otoczenie, pogrążyć w depresji i przeżywać najrozmaitsze upadki. Jako w miarę niewinne dziecko nie byłam w stanie odebrać wszystkiego, co Fight Club ze sobą niesie. Jako dziecko nie miałam potrzeby autodestrukcji, której nie byłam w stanie zrealizować z powodu różnych blokad psychicznych. Potrzebowałam przekuć autodestrukcję, znęcanie się nad własnym ciałem w coś konstruktywnego. Nie da się? Według Palahniuka da. xD Innymi słowy: zakochałam się, wsiąkłam i nie mogę się pozbyć niektórych cytatów z głowy. Chociażby tego:


I nagle bicie ludzi nabiera innego znaczenia.

Muszę komuś mówić, o czym to jest? Dla porządku powiem. Główny bohater (przez długi czas bezimienny) prowadzi nudne, urzędnicze życie. Gromadzi się w nim złość: na siebie, na cały świat, na pracę, na wszystko. Jest tylko pionkiem i to go strasznie irytuje. Wszystko się zmienia, kiedy poznaje Tylera Durdena, uosobienie wszelkiej anarchii. Razem zakładają pierwszy klub walki, stanowiący coś w rodzaju koła wsparcia dla mężczyzn. Zasady są proste: m.in. nie wolno rozmawiać o klubie walki, jeżeli ktoś się poddaje, walka się kończy i jeśli jesteś pierwszy raz w klubie, musisz walczyć. I tak oto zaczyna się rozpad świata, który nasz bohater zna…

Kuba świadkiem, w czasie seansu siedziałam na łóżku z otwartymi ustami i co i rusz wyrywało mi się wielkie WOOOOOOOW.


W przeciwieństwie do Marli (Helena Bonham Carter) czułam. Wszystko naraz.

Film (oraz powieść, z którą zapoznałam się później i do której wrócimy) wywołał rewolucję w mojej osobie. Być może dzięki temu, że każda kolejna postać ma większy pierdzielnik w głowie, zaczęłam się zastanawiać nad własnym. I nad złością. Nad życiem. To tylko fikcja, ale jaka sugestywna!

Siła bólu jest dla mnie nieporównywalna do czegokolwiek. Patrząc na tych ludzi, którzy się okładali pięściami i wyładowywali wzajemnie złość, miałam ochotę sama komuś przyłożyć i zobaczyć, co się stanie. Mówi się dzieciom, że nie wolno nikogo bić, ale wiem z autopsji, że dzięki biciu (czy też krzywdzeniu, samego siebie bądź innych) można na moment otrzeźwieć, pomyśleć, zatrzymać się.

Może brzmię jak wariatka albo osoba, która przeżyła jakieś straszne rzeczy – prawda jest taka, że mam bajzel w głowie i go układam od jakiegoś czasu. Byłam grzeczna i buntowałam się (jak prawie każda małolata), postępowałam wbrew woli swojej i innych na zmianę, miotałam się między sobą a otoczeniem, myśląc, że nie da się pogodzić jednego z drugim, by wszyscy byli zadowoleni.

Fight Club nauczył mnie, że jeżeli jest się samemu bądź ma się jakieś małe grono podobnych sobie ludzi, można wszystko rzucić w cholerę, napluć na to i nie stanie się koniec świata. Nie runą wieżowce, nikt nas nie zabije (zależy od przypadku), nie rozstąpi się ziemia. Mogą za to nastąpić inne konsekwencje, ale jeśli odnajdziemy w sobie siłę, możemy dać sobie z nimi radę.

Możemy wprowadzić w swoim życiu anarchię, o ile jesteśmy w stanie udźwignąć powstały w ten sposób chaos. Możemy ogolić głowę, wyprowadzić się, być z człowiekiem, którego inni nie akceptują bądź mieć po prostu gdzieś to, co inni nam mówią. Możemy dosłownie wszystko, co tylko się nam zamarzy. Ale konsekwencji nie unikniemy – chyba właśnie dlatego tak często ludzie boją się zmian.

Przy czym nie warto przechodzić spod jednego pantofla pod drugi, bo się skończy jak Małpy Kosmiczne.


Swego czasu wychodziłam z podobnego założenia, ale mam w sobie za dużo optymizmu.

Ja tu pitu pitu, a trzeba jeszcze coś o powieści napisać.

Nie czytałam dzieła Palahniuka, słuchałam audiobook. Lektorem był Borys Szyc – nikogo lepszego do tej roli bym nie znalazła. Macie tutaj próbkę jego możliwości:

Tak btw. gdyby kiedyś ktoś zorganizował wieczór z Szycem i gdyby każdy z gości mógł zwrócić się do niego, jakby był jedną z granych przez siebie postaci, ja bym się uśmiechnęła i powiedziała:

Dobry wieczór, panie Durden.

I książka, i film stanowią arcydzieła. Każdy ma jakąś swoją Biblię, nie? Niektórzy książkę kucharską, inni Manifest komunistyczny, ja mam Fight Club Palahniuka. I jest mi z tym dobrze.

Fight Club doczekał się różnych parodii i odzewów w kulturze, mój ulubiony to klub walki w świecie bohaterek powieście Jane Austen. _^_

Poza tym po seansie bądź lekturze już nigdy nie spojrzę tak samo na mydło (pomijając moje zainteresowania IIWŚ).

Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. Dla mnie jest to jedna z najlepszych opowieści na świecie.

Nom, już mi lepiej, idę odrabiać bułgarski.

Wasza już zdrowa

Cathryn

Reklamy

7 thoughts on “Garść zachwytów: „Fight Club” (książka i film)

  1. Kocham tę książkę, uwielbiam ten film (bo nie ma złego filmu, jeśli gra w nim mój ukochany Edziu Norton. Do Pitta – akurat Brada, bo Michaela wielbię – nie przekonał mnie nawet Fight Club i nie sądzę, by istniał film, który przekona mnie do tego aktora), ale tego audiobooka po prostu nie znoszę. No nie i już ._. Chyba jestem jakaś dziwna.

  2. tak więc tego…. otóż obejrzałam ten film bedąc już dużą dziewczynką, nieco nadoświadczaną (w dodatku większości na własne życzenie) itd itp etc. usnęłam. rano kazano mi dooglądać to dooglądałam. ale nie zostawiło to na mnie większego wrażenia. nie robiłam szczęką ryby.
    wybieram książkę kucharską. Ćwierczakiewiczową najlepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s