Chała tygodnia – Pam Jenoff, „Dziewczyna komendanta”

Ostatnia Chała była ponad miesiąc temu, dawno nie miałam okazji, by na coś ponarzekać xD

Dzisiejszy wpis sponsorują Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona oraz Broz-Tito z Ironicznej Inwazji (niezastąpiona Paulina Ł., którą znacie już z innych notek), albowiem dzięki nim miałam okazję zapoznać się z omawianą dzisiaj Chałą. Dzięki, dzięki, odmieniliście moje życie! *fanfary* xD Co poniektórzy grzmią zapewne: „Po co zajmujesz się chałami?! Jest tyle dobrych książek!” i teraz mam na to odpowiedź.

Moi drodzy, pracuję na infolinii. To stresująca praca, muszę jakoś rozładować napięcie. Dlatego teraz oberwie się Pam Jenoff, a nie jakiemuś klientowi, który mnie wnerwia. ^^

Zapraszam do lektury!

Sama okładka wydaje mi się być nieco nieadekwatna, albowiem
główna bohaterka ma jasne włosy, ale to tylko moje zdanie.

Powiem Wam szczerze, to się naprawdę całkiem dobrze czyta. Pomijając różne moje facepalmy (starałam się, by było ich jak najmniej, albowiem czytałam tę chałę w pracy i plaśnięcie w głowę, na której znajdują się słuchawki, to nie za mądry pomysł xD), opadnięcia rąk (dosłowne) oraz stłumione „WAAAAAAAAAT” czytało mi się to dobrze. To w końcu romansidło, a romansidło musi się dobrze czytać, inaczej nikt tego nie wyda. Podczas ośmiu godzin dyżuru przewaliłam 350 stron, to prawie cała książka! Niesamowite, prawda? Ale też popełniałam przy okazji coś, za co niektórzy by mi ręce ucięli – bazgrałam ołówkiem po swoim egzemplarzu, zaznaczając momenty, kiedy moja mina wyglądała mniej więcej tak:


Ostatnio Kuba pokazał mi ten mem i nie mogę się go pozbyć z głowy.

Zapewne jesteście ciekawi, ile takich momentów było… Już liczę… Dokładnie 22 xD Na 430 stron.

Nie znoszę przekłamań historycznych. Rozumiem, jeśli komuś powinie się noga i pierdyknie się w datach bądź w realiach, wszyscy jesteśmy ludźmi, sama popełniam błędy. Ale 22 facepalmy?! Trochę za dużo tych potknięć!!! xD Przy czym nie wszystkie są stricte historyczne, niektóre są po prostu… życiowe. Aż żal serce ściska.

Po kolei: Emma Bau to młoda Żydówka z Krakowa. Wybucha druga wojna światowa, Żydzi zostają zamknięci w getcie, jej mąż działa w ruchu oporu (jak słusznie zauważyła Broz-Tito, nie wiadomo, o jaki ruch oporu chodzi), sama Emma najpierw idzie grzecznie do getta, potem się stamtąd wydostaje, ukrywa się pod przybranym nazwiskiem u Polki… Nie mogę, no nie mogę… A potem wskutek różnych okoliczności dostaję pracę sekretarki u pewnego nazistowskiego komendanta, który najczęściej figuruje w tej książce właśnie pod mianem „Komendant”.

Nie, nie mogę, muszę pogrupować te rewelacje, inaczej notka będzie miała pięć stron A4.

1. Autorka ma w nosie research – nie zrzynam od Pauliny! Jenoff naprawdę ma w nosie jakiekolwiek wyszukiwanie informacji. Jedyne, co jeszcze jako tako zgadza się z rzeczywistością, to mapa Krakowa. Reszta SSIE PAŁĘ. Mój pierwszy poważny facepalm dotyczył daty rozpadu Czechosłowacji na Protektorat Czech i Moraw oraz faszystowską Słowację. To miało miejsce w lipcu 1939. Wyobraźcie sobie moją minę bohemistki i to, że mi serce stanęło… Wrzesień 1938 roku, układ monachijski. Hitler szantażuje prezydenta Benesza, że jeśli nie zgodzi się na rozpad Czechosłowacji, Praga na tym ucierpi (o ile dobrze pamiętam, miała zostać zbombardowana). Wtedy ma miejsce rozpad Czechosłowacji. PRAWIE ROK WCZEŚNIEJ! To ma duże znaczenie, jeśli chodzi o IIWŚ. Sorryyyyyyyy, to nie jest wiedza tylko dla bohemistów. Jeśli się pisze romans historyczny, fajnie by było trzymać się faktów. Dalej – wojna się zaczęła dla Polski po południu (waaaat). No nie mogę.

2. Autorce należy się karna opłata manipulacyjna za bycie debilem (moron being fee) – moje ulubione błędy to sprawy związane z gettem, byciem Żydem w okupowanej Polsce i tak dalej. Mam wrażenie, że autorka wyjęła przeciętną Amerykankę z tego okresu i osadziła w realiach polskich. Serio, takie rozwiązanie bardziej do mnie przemawia niż, to, co Jenoff prezentuje. Emma jest jakaś nienormalna! Bardziej interesuje się swoim życiem uczuciowym (i rozterkami z tym związanymi), niż tym, że koło niej jest istne piekło na ziemi. Rodzice są w getcie? Okej, idzie do nich. Zostaje wpuszczona do getta… Waaaat… Nikt po nią nie przyszedł? Przecież naziści potrafili przeszukać całe miasta w poszukiwaniu Żydów. Nikt na nią nie doniósł, nikt jej nie odwiedził z biletem do getta w jedną stronę? Co to za obyczaje, do cholery?! Dobra, znalazła się w getcie. Warunki tam są gorsze, niż po aryjskiej stronie, ale… Coś mi się tu nie kombi. W gettach nie od razu była tragiczna nędza i zarazy, ale tutaj było zbyt sielankowo. Nagle na szabasowej wieczerzy znalazło się sporo jedzenia… Przeszmuglowano chałki, specjalne chleby… Waaaat, kto się tym wtedy interesował… Najpiękniejsza scena to ucieczka z getta. Emma przecisnęła się przez wyrwę w murze. Nijak niezabezpieczoną, normalnie przeszła sobie na chodnik i uciekła. WAAAAT!!! Gdzie drut kolczasty, gdzie patrol, gdzie logika, gdzie sens?! Dużo jest tutaj takich fuckupów.

3. Kolejna karna opłata manipulacyjna za nieznajomość realiów okupowanego kraju. Wiecie, że w Krakowie podczas wojny można było kupić lody oraz pomarańcze? POMARAŃCZE?! Gdzie autorka to wynalazła?! Nawet tłumacz dodał specjalny przypis, że pomarańcze były praktycznie niedostępne. Bożeeeeeeee. Kolejna sprawa – Emma miała działającą lodówkę. I w tym miejscu proszę kogoś o specjalistyczny komentarz, albowiem nie wiem, jak to było z lodówkami w czasie IIWŚ. Na moje oko autorka łże jak pies, ale nie mam żadnego dowodu na to. Ktoś, coś? W ogóle nie było większych problemów z dostaniem jedzenia, trzeba było mieć hajs. I wtyki na czarnym rynku. Bożeee, widzisz to i nie grzmisz.

4. Emma myśli macicą. Jej wyrzuty sumienia z powodu nawiązania romansu z komendantem wcale do mnie nie przemawiają. Jest taka biedna, targają nią emocje, miota się między jednym mężczyzną a drugim… Nie mam siły, nie mogę tego opisywać, zbyt wiele złych rzeczy mi się przypomina, mam traumę.

5. Inne przykładowe fuckupy: ruch oporu spotyka się w kawiarniach, nazista nie reaguje wściekłością i zdziwieniem, kiedy trzylatek mówi do niego „sabat salom!”, bohaterka pije alkohol, będąc *SPOILER* w ciąży (przy czym wie, że to coś złego!)… Ogólnie Emma to taka głupia gęś, która nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje, żyje w innym świecie…

Im dalej w las, tym gorzej. Ja Was grzecznie proszę, nie czytajcie tego. To był dobry pomysł na powieść, ale spieprzony po całości. Może z mojego opisu nie wypływa cały tragizm tej książki, ale uwierzcie, tego nie warto w ogóle tykać.

Chciałam o Dziewczynie komendanta napisać na Czechożydku, ale nie mam na to siły.

Idę oglądać serial, trzeba się odstresować.

Wasza załamana

Cathryn

Reklamy

9 thoughts on “Chała tygodnia – Pam Jenoff, „Dziewczyna komendanta”

  1. Pisanie w punktach jest cool 😀 I senkju za dedykację, jak się już wydało, że ja to Broz, to się nawet podpiszę. A teraz do rzeczy:
    Mujboru i synu jego suotkijeżujakbyku patronie opkopisarzy, lodówka?! Ja to chyba przeoczyłam jak czytałam, srsly. Od razu mówię, że posiadanie lodówki prze Emmę równa się niemalże zeru, chociaż na sprzętach kuchennych z tamtego okresu się nie znam. Ale nie podejrzewam o posiadanie lodówki. Po prostu nie.
    Teraz tak mi przyszło do głowy, że to nazywanie Richwaldera „komendantem” jest trochę perwersyjne, huh… Męcz mnie, dręcz mnie, mów do mnie po niemiecku? xD

  2. Nie wiem, jak było z lodówkami w czasach II wś, ale podejrzewam, że tak samo, jak z pomarańczami 😉 Być może były już sprzętem codziennego użytku w Stanach, ale raczej nie w Polsce.
    Nawiasem mówiąc, w moim wydaniu „Kuchni polskiej” z roku 1971 „szafka chłodnicza” opisywana jest tak szczegółowo, włącznie z zasadami działania agregatu, że przypuszczalnie jeszcze wówczas była pewną nowością.

    • Mocne słowa z tym rozpadem Czechoslowacji. Tyle, że Słowacja oderwała się od Czech nie jesienią 1938 po trktacie monachijskim, ino dopiero w marcu, gdy Niemcy zajęli Czechy i Morawy. W sumie bliżej lipca 1939 niż września 1938.
      Dziura niezabezpieczona jest możebna, oczywiście żadne takie przejście nie funkcjonowało długo.
      Podziemnym zdarzało sie spotykać się w kawiarniach, aczkolwiek było to tępione jako sprzeczne z tzw. zasadami higieny konspiracyjnej.
      Myślenie narządami rozrodczymi zdarza się u obojga płci. Niestety.
      Picie alkoholu w ciąży szokuje teraz. 70 lat temu mniej.
      Lodówki… fakt. Lodówka w każdym domu to i w Stanach wynalazek powojenny. Natomiast w „Kuchni polskiej” 1971 tak szczegłowa instrukcja to chyba siłą bezwładu z poprzednich wydań się przechowała. Ja w każdym razie nie pamiętam, żeby kto z krewnych i znajomych nie miał lodówki, a mój ojciec bynajmniej nie był członkiem Biura Politycznego.

    • Ja pierdzielę, Aga, ty nie masz pojęcia, jak bardzo głupia ona była. Weź sobie do kupy wszystkie nasze głupie znajome, moje głupie akcje z gimbazy, pomnóż przez trzydzieści i wyjdzie ci Emma

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s