„Między dniem a nocą. Dybuk” – otwarcie festiwalu Warszawa Singera

Wreszcie!!! Po tylu latach!!! Nareszcie udało mi się dotrzeć na festiwal Warszawa Singera. Już od kilku lat próbuję coś ze sobą zrobić, by zaliczyć chociaż jedną atrakcję. Zapytacie zapewne, czemu mi to nie wychodziło. A to raz źle się czułam cały tydzień, innym razem praca, innym razem jakaś pierdoła, brak kasy, wyjazd do Pragi bodajże… Czuję się z tym paskudnie. Musiałam się wyprowadzić do Warszawy, by w końcu w czymś uczestniczyć. _^_

Dobrze, udało mi się, pierwszą atrakcję festiwalową mam już za sobą. Jest to spektakl w Teatrze Żydowskim, a konkretnie Między dniem a nocą. Dybuk na podstawie sztuki Szymona An-skiego.

Już od daaaaaawna wybierałam się na to do teatru, zwłaszcza, że udało mi się obejrzeć film w jidysz z 1937 roku, który był realizowany w Polsce (film dostępny na YouTube). Sztukę również wystawiono w jidysz – jak to powiedział jeden z aktorów: język oryginału najlepiej oddaje klimat dzieła. Zgadzam się w stu procentach – zarówno sztuka, jak i film stawały się bardziej przejmujące i przerażające, kiedy aktorzy mówili w języku żydowskim. Mi aż ciarki przebiegały po plecach. ^^’

Moi drodzy, wybaczcie, dla porządku napiszę kilka słów wyjaśnienia. Dybuk w folklorze żydowskim to dusza, która – nie mogąc znaleźć spokoju po śmierci – wchodzi w ciało żyjącej osoby. Taka sama sytuacja ma miejsce w sztuce An-skiego, przy czym historia Dybuka i dziewczyny, którą zdołał opętać, jest bardziej skomplikowana i ma podłoże w przeszłości ojców obojga. Więcej nie zdradzę 😉

Film mnie oczarował. Przeraził, zajął myśli. Dla mnie niektóre filmy jidysz są strasznie naiwne w swojej prostocie (chociażby Judeł gra na skrzypcach – kto nie widział, niech obejrzy), ale ten konkretny nie. Mam wrażenie, że to dzięki rozmaitym szczegółom. Raz, że był kręcony w Polsce (w Kazimierzu Dolnym chociażby), dwa, że dzięki niemu mamy okazję podejrzeć, jak wyglądała przedwojenna żydowska społeczność, trzy, że przez kilka minut słychać śpiew wybitnego kantora Gershona Siroty, który zginął wraz z rodziną w powstaniu w getcie warszawskim. To aż trzy powody, dla których warto to obejrzeć 😉

Natomiast w przypadku adaptacji scenicznej Teatru Żydowskiego trudno mi znaleźć trzy powody. Mam dwa – pierwszy to język jidysz (jedna z niepowtarzalnych okazji, aby usłyszeć ten język na żywo. Pomijając wszelkie marudzenia na temat tego, że aktorzy uczą się na pamięć kwestii, ledwo je rozumiejąc – tak argument kiedyś usłyszałam), drugi to Szymon Szurmiej, grający tutaj rolę cadyka z Miropola.

 

Normalnie podziwiam tego człowieka – mieć 90 lat, pracować jako reżyser, aktor oraz dyrektor teatru i jeszcze załatwiać dotacje dla teatru.

Wracając do tematu: ciężko mi znaleźć trzeci powód, dla którego warto pójść na tę sztukę. Spodziewałam się nie tyle widowiska, co po prostu spektaklu, który (podobnie jak kilka miesięcy temu film) zapadnie mi w pamięć od razu, poruszy tę rzadko dotykaną strunę w moim ciele, która odpowiada za wzruszenie. Tymczasem…

Tymczasem najmniej ziewałam przy scenach z sądem Tory. Tam, gdzie wyjaśniała się zagadka pochodzenia dybuka. Czyli scenach z Szurmiejem właśnie. Pozostałe to było coś w rodzaju streszczenia fabuły, drętwe postaci, widowisko, które praktycznie wcale nie miało klimatu.

Po klasyce teatru żydowskiego (bo Dybuk to klasyka) spodziewałam się tego, co zwykle daje mi obcowanie z klasyką. Przeniesienie do innego świata, zanurzenie w obcej kulturze, katharsis wreszcie. A tu nic! Mam wrażenie, że fakt, iż na ponad rok Dybuk znikł ze sceny Teatru Żydowskiego, zrobił krzywdę zespołowi aktorskiemu.

Co nie znaczy, że Wam by się to nie spodobało. Być może mam już zbyt wygórowane wymagania (np. oglądam Shoah Claude’a Lantzmanna i też ziewam). Nie żałuję wydanych 30 złotych, ale w teatrze chcę się poczuć jak dziecko, które dopiero poznaje jakieś określone zjawisko.

Za to po spektaklu czekał na widzów bardzo miły akcent – każdy dostał kieliszek wina (ja wybrałam białe, raz na ruski rok mogę się napić) oraz ciasteczko, w którym był cytat z Talmudu. Mi trafił się bardzo adekwatny do mojej obecnej sytuacji życiowej – Nie każdy bliski jest bliski, nie każdy daleki – daleki.

Obserwowałam innych widzów i dochodzę teraz do wniosku, że wystawienie Dybuka akurat na początku dziesiątej edycji festiwalu Warszawa Singera to był dobry pomysł. Ponieważ Dybuk łączy dwa ważne akcenty – polski (miejsce akcji) oraz żydowski. I jest grany w jidysz, dzięki czemu służy jako dobry przykład czegoś, co istniało w naszym kraju, a obecnie nie pozostał po tym żaden ślad. Wkład żydowski.

Wasza szykująca się na wyjście do synagogi (zakończenie szabatu)

Cathryn

Reklamy

One thought on “„Między dniem a nocą. Dybuk” – otwarcie festiwalu Warszawa Singera

  1. Pingback: Rozstrzygnięcie konkursu na recenzję książki « Fundacja Nowoczesna Polska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s