Chała tygodnia – „Intruz”

Dzisiejszą Chałę tygodnia sponsoruje Kuba, ponieważ udostępnił mi ten film. Na Jego obronę powiem, że zrobił to niechętnie.

Moi drodzy, Intruza autorstwa Stephenie Meyer czytałam ze dwa lata temu. Pamiętam kilka rzeczy: zaskoczenie, bo ta książka była naprawdę fajna i świetnie się ją czytało; zadowolenie, bo autorka się napracowała przy opisywaniu świata, technologii dusz, ich zachować i tak dalej; satysfakcję, że nie marnuję czasu na jakieś głupoty typu Zmierzch… Dlatego też po filmie spodziewałam się wiele. No dobrze, może nie tego, że cała książka zostanie dokładnie odwzorowana, ale tego, że film i powieść będą na tym samym poziomie. Cóż, nie były.
Powiem Wam tak: być może to nie jest zły film. Tak, jak złym filmem nie był Opór, o którym pisałam iks czasu temu. Ale w zestawieniu z książkami oba te filmy wypadają co najmniej tragicznie i na obydwa po prostu nie mogę patrzeć.

Pokrótce o fabule, bo może ktoś nie wie: Ziemię opanowali kosmici. Tzn. pewien specyficzny gatunek, który nazywa się „duszami” – wnikają one do organizmu żywiciela, osiedlają się gdzieś w okolicy mózgu i przejmują nad nim kontrolę. Pomysł może niezbyt oryginalny, ale w założeniu to książka dla nastolatek, nie czepiajmy się więc. Nie mają oni złych zamiarów (poza podbiciem planety, oczywiście) – są pokojowo nastawieni, życzliwi wobec siebie, nie znają wojen i przemocy. Rozwinęli technologię ludzi i przystosowali do swoich potrzeb. Na Ziemi zapanował pokój. Oczywiście, istnieje garstka ludzi, których nie udało im się złapać: ci ludzie prowadzą koczowniczy tryb życia bądź też ukrywają się, gdzie popadnie. Do grupki ocalałych należy Melanie, która ma to nieszczęście, że zostaje złapana. Niedługo potem do jej ciała wnika Wagabunda – bardzo stara dusza, która zwiedziła już sporo planet. Ich koegzystencja nie układa się zbyt różowo, ponieważ Melanie się buntuje…


Trzeba przyznać, że dusze w tym filmie wyglądają naprawdę ładnie – są dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałam.

Teraz może po kolei, co mi się nie podobało.

Przede wszystkim – film stanowi streszczenie książki. Oczywiście, wiem, że nie da się nakręcić porządnego filmu na podstawie książki, która ma 560 stron (chodzi mi o zmieszczenie się w limicie dwóch godzin). Ale takiej kaszany nie widziałam od dawna!!! Tę historię po prostu wykastrowano! Zrobiono z niej zwykłe romansidełko dla nastolatek, co to same myśleć nie potrafią. No sorry, ale nie po to oglądam film, by widzieć, jak Wagabunda (później Wanda) miota się między jednym chłopakiem a drugim. To był jeden z wątków w powieście, ale NIE JEDYNY.  A tymczasem o życiu nowych mieszkańców Ziemi dowiaduję się tyle, co nic…


Ciągle tylko Ian/Jared, Jared/Ian… Chyba wyrosłam z tego typu historii…

Po drugie – masę wątków ograniczono do minimum. A właśnie te wątki sprawiały, że historia była ciekawsza. Chociażby opisy technologii, środki lecznicze, sposoby zdobywania pożywienia, poszczególne dusze… Aż mi się chciało płakać pod koniec, kiedy zobaczyłam, jak bardzo spłycono scenę końcową.

Magia tej książki polegała na tym, że świat był rozbudowany. Nie chodziło tylko o wątek romansowy, ale też o przedstawienie świata de facto po zagładzie ludzkości. Podobne spłycenie było w Wiecznie żywym, ale twórcy filmu jednak się postarali odtworzyć wiele realiów z książki, za co należy im się wielki żółwik.


Wątek przetrwania w jaskiniach spłycono do granic możliwości. Fajnie, że bohaterowie mieli takie pole, ale w książce wyglądało to inaczej… Było tego więcej… Ich sposób na przetrwanie był bardziej rozbudowany? BOŻE, WIDZISZ TO I NIE GRZMISZ.

Film ma też sporo niedopowiedzeń, których za Chiny Ludowe się nie odgadnie, jeśli się nie zna książki. Oczywiście, niektóre z tych niedopowiedzeń wynikają z tego, że HISTORIĘ STRASZNIE SPŁYCONO… Na przykład: dlaczego Łowczyni ściga Wandę? Dla mnie wytłumaczenie z końca filmu nie jest wystarczające. Czy to sposób twórców, by zachęcić młodzież do czytania? Hej, nie damy Wam wszystkiego, by Was zdezorientować/wku*wić, byscie przeczytali książkę? Należy też pamiętać, że producentem tego dzieua była sama pani Meyer.

Droga autorko Zmierzchu, książki, która umiliła mi liceum – jakbym ja zrobiła ekranizacji swojej powieści taką krzywdę, to bym się ze wstydu schowała do mysiej dziury. Albo zwiała do innego kraju.

Co mi się podobało:

– Saoirse Ronan i Diane Kruger. Obie panie nadawały się do swoich ról. Cieszę się, że nikt nie wpadł na pomysł, by zatrudnić Kristen Stewart…


Ronan ma bardzo delikatną urodę, co dodatkowo pasowało do postaci Wandy.

– Oczy. Dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałam. Komuś mogą wydać się sztuczne, ale mi pasowały. ^^


Tutaj pewnie kiepsko to widać, ale oczy duszy u Diane Kruger wywoływały coś w rodzaju demonicznego wyglądu. W ogóle to od wczoraj siedzę i się zachwycam tą aktorką, ale to już moja broszka 🙂

Film oceniam naprawdę źle. Spodziewałam się po nim nie rewelacji, co po prostu próby normalnego zekranizowania Intruza. Bardzo się zawiodłam. Następnym razem pomyślę, nim sięgnę po kolejną ekranizację bsetsellera dla młodzieży.

Wasza zapracowana

Cathryn

Reklamy

2 thoughts on “Chała tygodnia – „Intruz”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s