Lenistwo jako zmora dzisiejszego świata – ile w tym prawdy?

Do napisania tego wpisu zainspirował mnie pewien wywiad we wczorajszym Dzienniku.

Lenistwo to plaga. Zmora, która nie daje nam żyć i nie pozwala zrobić czegoś konstruktywnego ze swoim życiem. Ale czy zauważyliście, że to lenistwo nie do końca przypomina to, które znaliśmy kilka lat temu?

Zobaczcie – ja na przykład kiedyś definiowałam lenistwo jako stan, kiedy nic się nie chce robić, bo jest się zmęczonym albo nie ma się humoru. Teraz lenistwo staje się zjawiskiem chronicznym wręcz, przeważa w naszym życiu.

To wszystko to są moje obserwacje i moje przemyślenia, od razu zaznaczam. Często patrzę na siebie i swoich znajomych. Ile razy od nich usłyszałam, że nic im się nie chce – gdybym miała te wszystkie teksty zebrać do kupy i stworzyć z nich książkę, wyszedłby pewnie jeden tom Pięćdziesięciu twarzy Greya. Albo Gry o tron, co kto woli. Sama też pewnie bym dopisała od siebie z kilkadziesiąt stron podobnych narzekań. 

Żyjemy w jakimś takim dziwnym świecie, gdzie nie mamy ani siły, ani chęci. Sama na przykład od kilku dni zbieram się do tego, by usiąść przy biurku i popakować w koperty napisane po kryjomu w pracy listy. Nie idzie. Wanna czeka na umycie, poprane ciuchy na porozkładanie po szafkach… I nic. Jak już usiądę z książką albo lapkiem, nie ma siły, która każe mi wstać.

W liceum miałam silne samozaparcie – wracałam do domu, coś posprzątałam, obejrzałam z 10 odcinków anime (które potem skrzętnie opisywałam penpalkom w listach), czytałam, jeździłam na rowerze, tu pobiegłam coś załatwić, tam pobiegłam… Miałam chęć, nie mogłam usiedzieć w miejscu, a myśli o jakichkolwiek zaległościach mnie wręcz maltretowały. Teraz popadam w drugą skrajność. Owszem, jak jest coś pilnego, wsiądę na rower, pojadę na miasto i załatwię; natomiast sprawy bardziej błahe odkładam na nie wiadomo kiedy. Tłumaczę sobie: Jutro, dzisiaj mi się nie chce, odpocznę sobie. Czasem się na tym łapię i jestem przerażona.

Często miewam nawet taki stan, że zamiast iść z tramwaju na piechotę w kierunku dworca, przechodzę na drugą stronę ulicy i łapię autobus. Gdyby nie fakt, że schudłam cztery kilo wskutek diety i różnych stresów, pewnie niedługo mogłabym się w kierunku tego autobusu turlać.

Niekiedy tłumaczę to sobie w ten sposób, że od października jestem w kiepskiej kondycji psychicznej, wiele rzeczy przychodzi mi z trudem, a poza tym ciężko pracuję nad sobą i mam prawo się czasem polenić. Zbyt często jednak mi to doskwiera. Ponieważ kiedyś potrafiłam zrobić więcej i mieć bardziej poukładane życie…

Staram się przezwyciężać lenistwo, bo wiem, że nikt za mnie życia nie przeżyje. Toczę ze sobą ciężkie boje (Żydzie, wstawaj, rusz się, pranie się samo nie porozkłada po szafkach, gary zarosną brudem, a Heniek padnie z głodu) i nawet nie wiecie, jak bardzo jestem zadowolona, kiedy wreszcie zobaczę odgruzowaną pufę czy kiedy usiądę sobie wygodnie w siedzeniu w teatrze, chociaż strasznie mi się nie chciało jechać na drugi koniec stolicy. To są takie moje codzienne zwycięstwa.

Praca na szczęście pomaga mi w tej walce, bo co innego lenić się w domu z książką, a co innego szczerze nudzić ze słuchawkami na uszach, kiedy od pięciu minut nie miało się żadnego telefonu. I dzięki temu nadrobiłam kilkumiesięczne zaległości w listach 🙂

I tu  nasuwa się pytanie – czy każdy jest w kiepskiej kondycji psychicznej, czy niektórym po prostu się nie chce tyłka ruszyć?

Co o tym wszystkim sądzicie?

Wasza właśnie wstająca z łóżka i odgruzowująca pufę

Cathryn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s