Cathrynek na Rammsteinie, czyli fangirlizm w czystej postaci.

Boże, jak pada. Niby się uspokaja, ale przez moment myślałam, że grad zabije jadącego koło mojego domu rowerzystę.

Przypomniało mi się, jak mokłam na koncercie Rammsteina – tam może nie było gradobicia, ale i tak było ciekawie xD

Dobra, wpierw geneza.

Normalnie nie chodzę na tak duże koncerty. Od dziecka mam kiepskie zdrowie, na koncertach robi mi się duszno, słabo i nawet z lajcikowych Rock Piątków musiałam czasem wyjść, by się przewietrzyć. Niedawno doszła do tego ta nieszczęsna padaczka, przez co unikam dzikich spędów ludzi. Wyjątkiem były ubiegłoroczne Juwenalia UKSW, na które wyciągnęła mnie D~Bogna. Poza tym jakoś nie jestem zwierzęciem imprezowym i po prostu nie ciągnie mnie na tego typu atrakcje.

Zdarzyło się jednak, że otrzymałam w prezencie bilet na pierwszy dzień Impact Fest, gdzie miał zagrać m.in. mój ukochany z czasów jeszcze podstawówkowych Rammstein. Niewiele myśląc, prezent przyjęłam i zastanawiałam się, jak to będzie na koncercie, gdzie ma być kilkadziesiąt tysięcy ludzi.


Uczę się robić zdjęcia smartfonem.

Na początku nic nie zwiastowało katastrofy. Duchota dawała mi się we znaki i mówiłam Kubie, że fajnie by było, gdyby trochę popadało (wtedy powietrze byłoby rześkie).

Wychodzę z założenia, że Bozia to bardzo złośliwe stworzenie. W moim przypadku zwłaszcza. Jak prosiłam o deszcze, tak mnie Bóg wysłuchał. I zesłał kilka ulew. ><” Przemokliśmy z Kubą do suchej nitki!* Z racji deszczu odwołano koncert Mastodona (zagrali może ze dwie piosenki…), baliśmy się, że inne zespoły też będą miały przerąbane… Na szczęście reszta występów normalnie się odbyła. A ja przez przemoczenie (bo nie wpadłam na pomysł, by jakąś kurtkę zabrać, byłam w dżinsach i bluzie) nabawiłam się bólu gardła i co i rusz smarczę. I ogólnie nic mi się nie chce, a tu jeszcze trzeba jeździć na szkolenie do pracy. Buuuu!


Kuba ^^

To właściwie jedyna rzecz, na którą mogę narzekać, jeśli chodzi o sprawy pozakoncertowe. Bo tak: jedzenie na niektórych stoiskach nie było wybitnie drogie, wypiliśmy sobie z Kubą herbatę za 5 złotych… Było gdzie się schować przed deszczem, bo postawiono sporo parasoli z logo Coca-Coli (ale i tak w pewnym momencie staliśmy na wylocie i na nas padało).


Zarąbista aura, prawda?

Koncerty:

– Z zespołów, których wcześniej nie znałam, najbardziej podobał mi się Ghost BC. Mimo, iż wokalista wyglądał jak zły brat bliźniak papieża. Naprawdę fajnie grali! Wokalista (z racji swojego stroju) stał w miejscu, przez co mógł się skupić na śpiewaniu i miło było go posłuchać.

– Mastodon grał fajnie, dopóki deszcz nie zgonił zespołu ze sceny. Korn to wielkie rozczarowanie – Jonathan powinien skupić się na śpiewaniu, a nie bieganiu z kąta w kąt po scenie. Niektóre piosenki poznawałam jedynie po słowach… Przykro mi się tego słuchało. Natomiast Slayera podziwiałam z telebimów, kiedy stałam w kolejce do toi toia xD Również fajnie grali.

– Największą przyjemność miałam podczas występów Behemotha i Rammsteina.

Tutaj muszę się rozpisać. Nie od dziś mówię, że Behemoth to nasz skarb narodowy. Nie dlatego, że Nergal jest hipsterem 😛 Tylko dlatego, że stali się naszą marką, którą można się szczycić. Śmiem twierdzić, że są jak papież i Wałęsa xD Serio! Pojedźcie do Stanów i zapytajcie jakichś ichnich metali, czy wiedzą, kto to Behemoth. Będą się jarać, mówię Wam. I poza tym Behemoth robi show na koncertach. Może nie takie, jak Rammstein, ale też show. Dodatkowo chwyciły mnie za serce teksty Nergala do publiczności – wpierw „Panie i panowie”, a potem „Muszę Wam coś powiedzieć. Wspaniale jest żyć!”. Kiedy przypomnę sobie jego walkę z białaczką, to aż chce mi się płakać. Klasa, moi drodzy, klasa**.

A Rammstein… Nawet nie wiedziałam, że mój fangirlizm może być na takim poziomie!!! xD Kuba mi powiedział, że chciał się ze mnie śmiać, bo On stał sobie spokojnie, a ja skakałam i darłam twarz. No co poradzę?! Zobaczyłam Tilla i już mi się gęba śmiała!!! xD A śpiewanie razem z tłumem… Zwłaszcza „Du Hast”, gdzie Till w ogóle nie musiał nic mówić, tylko dawał nam znak, kiedy mamy krzyczeć… I ich występy! Ich miniprzedstawienia, zwłaszcza w przypadku „Mein Teil”! No myślałam, że się rozpłynę z zachwytu.

Najbardziej wzruszona byłam przy „Ohne Dich”. Nie wiecie, więc Wam powiem – to nasza piosenka. Moja i Kuby. Od wieków. Żaden inny utwór nie znaczy dla nas tyle, co właśnie „Ohne Dich”. I przyznam się szczerze, podczas wykonywania tej piosenki płakałam jak bóbr… _^_

Wróciliśmy mokrzy, zmęczeni, ale BYŁO WARTO!!! Będzie co wspominać i o czym wnukom opowiadać.

A teraz idę się pouczyć, jutro egzamin.

Wasza zachrypnięta

Cathryn

*Ale powietrze potem rzeczywiście było rześkie. I było wyk*rwiście zimno.

** Przy czym mówi to osoba, która słucha Behemotha od wczesnego gimnazjum! 😛

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s