„Co się stało z Naszą Klasą…”, czyli słów kilka o sztuce Słobodzianka.

Pierwszy raz mam taką sytuację, że piszę o jednej rzeczy jednocześnie tutaj, i na Czechożydka. Co prawda wpis na drugim blogu wciąż siedzi w mojej skołowanej po pracy w Call Center głowie, ale siedzi i niedługo będziecie mogli się z nim zapoznać.

Przedwczoraj, po raz pierwszy od zbyt dawna, byłam w teatrze. Zobaczyłam reklamę Naszej Klasy Tadeusza Słobodzianka w tramwaju, gdzie puszczano ją z innymi spotami z teatrów. To w ogóle bardzo fajna inicjatywa, chociaż w niektórych tramwajach w kółko leci to samo. W każdym razie pomyślałam sobie: Ej, przecież czytałam scenariusz, może czas najwyższy zobaczyć, jak to można zrealizować?

No i co – wyjęłam z konta pięć dyszek, pojechałam do Pałacu Kultury i kupiłam bilet.

Czytaj dalej

Znalezione, znaleźne i znajdowane.

Dzisiaj będzie bardziej lajtowo (po ostatnim wpisie wszystkim się należy. Mi zwłaszcza). Miałam dzisiaj pierwszy poważny dzień w pracy, rozmawiałam z ludźmi przez telefon, tylko raz puściły mi nerwy… Sytuację jednak udało się opanować 🙂

Tak sobie wracałam wczoraj i niedaleko praskiej cerkwi znalazłam futerał na telefon. Myślę sobie: o, ładny, damski (czarny z czerwoną nitką i wpół zatartym kwiatkiem), wezmę, siostrze się przyda. Okazało się, że jest za wąski… Kto produkuje wąskie futerały na telefony? xD I tak oto mam na zbyciu etui. Chce ktoś? Oddam w dobre ręce.

W ogóle znajdowanie czegokolwiek to moja i mojej mamy specjalność. Mam teorię, że to dzięki temu, że zawzięcie zbieramy grzyby w sezonie. I odwrotnie… Albo że po prostu jesteśmy dość spostrzegawcze. W każdym razie zdarza się, że przynosimy do domu sporo różnych rzeczy. Czytaj dalej

Dzień Ojca – dla kogo?

Dzisiaj mamy święto, którego sensu nie rozumiem od ładnych paru lat.

O ile Dzień Matki ma dla mnie sens (bo matka daje dziecku życie, od niej jest zależne wiele rzeczy, to matka tak naprawdę poświęca kawał swojego życia dla dzieci), tak to, co mamy dzisiaj, niespecjalnie do mnie przemawia.

Nie chcę w ten sposób pokazać, że jestem bezduszna albo że mój ojciec się kompletnie do niczego nie nadaje. Nie zrozumcie mnie źle – często się zastanawiam, jak jest z ojcostwem w dzisiejszym świecie, ile jest w nim sensu i co zrobić, by nigdy, ale to przenigdy nie powiedzieć sobie, że nie chce się swojego ojca znać.

Bo zobaczcie: w moim otoczeniu na przykład nie ma ojca z prawdziwego zdarzenia. Takiego, co kocha swoje dzieci ( i w jakiś sposób to okazuje*), który się o nie troszczy, robi coś z nimi, uczestniczy w życiu syna czy córki. Który czegoś uczy i który tęskni za dzieckiem. Jest jeden wyjątek na całą okolicę i to ojciec mojej przyjaciółki. Ma swoje wady, ale się stara i to po nim widać. A poza nim to ze świecą szukać. Czytaj dalej

Mistyfikacja w kulturze czeskiej. Przypadek warszawskich slawistów

Powinnam była wcześniej o tym napisać (najlepiej na gorąco, bo tuż po egzaminie), ale masa różnych okoliczności sprawiła, że musiałam wpis przełożyć.

Moi drodzy, sesja się praaaawie skończyła (a praaaaawie robi wielką różnicę). Na razie wszystko jest cacy i jedynym zgrzytem była sytuacja, kiedy z przyczyn różnych nie mogłam uzyskać wpisu, a specjalnie się po ten wpis pofatygowałam. Plus standardowa papierkologia i chaos w Instytucie – nie ma sprawy, przywykłam, kto powiedział, że studia mają być przyjemnością.

Jeden z moich egzaminów był końcem pewnego wykładu fakultatywnego, który nosił nazwę Mistyfikacja w kulturze czeskiej. Przypadek Divadla Járy Cimrmana*. Prowadziła go przemiła pani doktor, która się co prawda wkurzyła na egzaminie nieziemsko, ale co było w Vegas, zostaje w Vegas. Poza przedstawionymi projektami! Jako, że nikt nie zgłosił obiekcji, opowiem Wam o projektach na egzamin. Czytaj dalej

Sposoby na unikanie uczenia się do sesji cz.2

Co tam u Was? U mnie sesja już prawie się skończyła (jeszcze tylko ustny czeski, dwie prace pisemne, egzamin licencjacki, wpierdziel od rodziców* i WAKAAAAACJEEEE XD Czuję się o wiele lepiej z tą myślą. Co z tego, skoro zaraz zacznę pracę na poważnie… ^^’ Moje wakacje będą wyglądać tak, że będę kursować na trasie dom-biuro i jedyne, co mi pozostanie do zrobienia w wolnej chwili, to czytanie książek na Czechożydka _^_ Nie bądźmy jednak tacy sceptyczni!

Podczas ostatnich paru tygodni przyszło mi go głowy kilka innych pomysłów na unikanie uczenia się do sesji, co uskuteczniam do tej pory. Przyznam się szczerze, że sprzątanie w tym roku mi jakoś nie wychodzi – dopiero wczoraj doprowadziłam swoje otoczenie do względnej kultury, a fajnie by było jeszcze poodkurzać, umyć podłogę, pościerać kurze… Bosh. Czytaj dalej

Cathrynek na Rammsteinie, czyli fangirlizm w czystej postaci.

Boże, jak pada. Niby się uspokaja, ale przez moment myślałam, że grad zabije jadącego koło mojego domu rowerzystę.

Przypomniało mi się, jak mokłam na koncercie Rammsteina – tam może nie było gradobicia, ale i tak było ciekawie xD

Dobra, wpierw geneza.

Normalnie nie chodzę na tak duże koncerty. Od dziecka mam kiepskie zdrowie, na koncertach robi mi się duszno, słabo i nawet z lajcikowych Rock Piątków musiałam czasem wyjść, by się przewietrzyć. Niedawno doszła do tego ta nieszczęsna padaczka, przez co unikam dzikich spędów ludzi. Wyjątkiem były ubiegłoroczne Juwenalia UKSW, na które wyciągnęła mnie D~Bogna. Poza tym jakoś nie jestem zwierzęciem imprezowym i po prostu nie ciągnie mnie na tego typu atrakcje.

Zdarzyło się jednak, że otrzymałam w prezencie bilet na pierwszy dzień Impact Fest, gdzie miał zagrać m.in. mój ukochany z czasów jeszcze podstawówkowych Rammstein. Niewiele myśląc, prezent przyjęłam i zastanawiałam się, jak to będzie na koncercie, gdzie ma być kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Czytaj dalej

Kto jest blogerem?

Zamiast pisać opóźnioną przez szkolenie w nowej pracy notkę o koncercie Rammsteina, zastanawiam się ciągle nad dyskusją, która miała miejsce na ostatnim Czwartku Social Media.

W telegraficznym skrócie: kto jest blogerem? Kto powinien i ma święte prawo uważać się za blogera? Czy blogerem jest ten, kto (jak na przykład Martyna Wojciechowska) ma na swojej stronie zakładkę „Blog” i czasem coś tam skrobnie? Czy blogerem jest…

WAIT. STOP.

Przysłuchiwałam się debacie (dość burzliwej w pewnym momencie) z końca sali, usypiając na bardzo wygodnej kanapie. Gdyby nie fakt, że głosy co poniektórych wwiercały mi się w mózg, byłoby mi fafuśnie. Za którymś razem, kiedy poczułam nieznośny ból z powodu owego wwiercania się, postanowiłam posłuchać i próbować nie spać. A nuż czegoś się dowiem. Czytaj dalej