Słów kilka o superbohaterach, czyli wrażenia po „Iron Man 3”

Dzień po zaręczynach poszliśmy z Kubą na kolację, a potem na najnowszego Iron Mana. Oglądaliśmy razem poprzednie części, dawno nie byliśmy w kinie, a poza tym trójka była oceniana bardzo dobrze, także nie musiałam się zastanawiać, kiedy zaproponował mi wspólny seans.

Pomijając efekt 3D, który według mnie średnio się sprawdza w zwykłych kinach (osobiście bardzo lubię IMAX, ale trójwymiar w takim Multikinie czy Cinema City jakoś mi nie podchodzi. Byłam na Avengersach i raz, że było mi niewygodnie w okularach niedostosowanych do okularników, dwa, efekt 3D sprawił, że bolała mnie głowa), film był naprawdę bardzo dobry. Wciągający, zabawny miejscami, pełen nawiązań do Avengersów („cymbał z młotem” sprawił, że mało nie odeśmiałam sobie dupy z wrażenia xD) – po prostu mniam.

I na tym pewnie skończyłyby się moje zachwyty, gdyby nie to, że od kilku dni słucham soundtracku do tego filmu i nie mogę przestać o nim myśleć.

Od dziecka uwielbiam wszystko, co jest związane z superbohaterami. Albo istotami nadnaturalnymi, które w jakiś sposób bronią świata ludzi. Może dlatego tak podoba mi się ten temat, bo sama zawsze byłam słabym, chorowitym dzieckiem – chciałam być taka, jak oni. Wpierw oglądało się kreskówki na Fox Kids, potem w gimnazjum czytało mangi i oglądało anime, doszły ekranizacje spod znaku Marvela i DC (niektóre to straszliwe chały, ale jak wciągające!), potem podczytywało się komiksy w Internecie i tak jakoś mój zachwyt pozostał. Może podchodzę miejscami pod bycie nerdem, ale nawet nie wiecie, jak wielką radochę mi to sprawia. Poza tym – ile można czytać o Holokauście? Kiedyś spaczy mi to psychikę. W sensie, że dokumentnie.

W Iron Man 3 ciekawą sprawą było dla mnie to, kiedy kończy się bycie superbohaterem, a kiedy zaczyna bycie zwyczajnym człowiekiem. W przypadku Iron Mana nie można tego stwierdzić. Nawet z zepsutą zbroją nie przestał być Iron Manem. Jedyne, czym w pewnym momencie dysponował, to była tylko jego wiedza i umiejętność posługiwania się nią.

Zauważyłam, że w niektórych przypadkach jest dość silna granica między bohaterem a jego ludzkim alter ego. Jest różnica chociażby między Clarkiem Kentem a Supermanem, Brucem Waynem a Batmanem, Peterem Parkerem a Spider-Manem. Twórcy Marvela idą jednak dalej – powiedzcie mi, który z Avengersów ma tak zarysowaną ludzką stronę swojego ja? Może Hulk, ale osobiście czuję, że nie do końca. Kapitan Ameryka nigdy nie przestanie być Kapitanem Ameryką, Czarna Wdowa nagle nie straci swoich umiejętności i pozwoli sobie na to, by okradł ją rabuś torebek… A Tony Stark poradzi sobie w każdej sytuacji, nawet, kiedy ma zepsutą zbroję. Zainteresowanych odsyłam do filmu.

Kiedyś pojmowałam postać superbohatera jako kogoś, kto ma wyróżniający się strój, umiejętności, jakąś ksywkę, ale jednocześnie potrafi „przejść do cywila” i jakoś w tym cywilu istnieć. Po obejrzeniu Watchmen (do tej pory nie zapoznałam się z całym komiksem, obiecuję poprawę) moje podejście do tej sprawy zaczęło się jednak zmieniać. Nie ma czegoś takiego, jak dwie strony danej osoby. Nie ma czegoś takiego, jak połączenie zwykłego, szarego obywatela i superbohatera. Za to, co zwykły człowiek zrobi, superbohater może zostać ukarany (co się stało z Sylwetką w Watchmen). Co za tym idzie – nie ma czegoś takiego, jak próba zrzucenia winy za coś, czego nie powinno było się zrobić.

Intrygują mnie superbohaterowie, ponieważ w nich zawarte są ludzkie obawy. Pragnienia, chęć zmiany świata na lepszy, gdzie ludzie będą mogli spać spokojnie.

Część z Was pewnie słyszała o czymś takim, jak „superbohaterowie dnia codziennego” – wiecie, tacy zwykli obywatele, którzy są zaangażowani w akcje charytatywne i poświęcają się dla innych. Owsiak, Ochojska i tak dalej. Albo tacy lokalni superbohaterowie, organizujący zbiórki odzieży na wypadek pożaru w którejś kamienicy, ratujący zwierzęta przed śmiercią na ulicy i tak dalej. Są również poważani w społeczeństwie, ale nie mają w sobie takiego pierwiastka boskości, nie są w stanie przeskoczyć niektórych rzeczy. Dlatego chyba dla sporej części ludzi (wynika to z moich obserwacji) nie są aż tak atrakcyjni. Bo nie mogą zrobić wszystkiego.

Wiecie co? Wydaje mi się, że każdy z nas może być takim superbohaterem. Dnia codziennego, oczywiście. Ale jakim kosztem to przypłaci…

Sama kiedyś starałam się robić wiele dla ludzi, którzy mnie otaczają. Czasami mówiłam przez zęby, że jestem jak siostra miłosierdzia – tu coś przyniosę, tam załatwię, tu zrobię, tu zostanę po zajęciach, każdemu pomogę. Ta pomoc napędzała mnie, stawała się przysłowiowym kopem na rozpęd, czułam, że mam moc sprawczą, bo ode mnie zależało wiele rzeczy. Mówię Wam o tym, ponieważ jest to już przeszłość.

Dalej jestem w stanie pomóc, ale podchodzę do tego trochę egoistycznie. Bo pomagając innym, nie miałam czasu dla siebie, a często nie miałam z tego nawet najmniejszej korzyści pod postacią marnego „Dziękuję”. Nie mam poczucia wiecznego długu wobec świata: nie czuję potrzeby spłacania wiecznego długu wdzięczności za to, że dana społeczność mnie przyjęła w swoje szeregi.

Ostatnimi czasy zastanawiałam się nad tym, co tak naprawdę daje mi poświęcanie się dla innych, robienie za superbohatera, którym w dzieciństwie tak chciałam być. Co daje mi poświęcanie całej siebie – nie tylko swojego czasu, ale też myśli i uczuć. Czemu bałam się, że jeśli czegoś nie zrobię, to nagle zostanę sama, bo wszystkim się odechce ze mną rozmawiać. Czemu za wszelką cenę chciałam zbawiać świat.

Z tego zastanawiania się wyszło jedynie to, że nic nie muszę. Nie muszę latać po Warszawie i odbierać cudzych rzeczy, jeśli za to usłyszę jedynie „Dzięki” i nawet nie będę mogła potem normalnie pogadać z tą osobą, dla której coś zrobiłam. Nie muszę otwierać swojej duszy tylko po to, by potem zobaczyć, że ktoś nie chce otworzyć dla mnie swojej. Nie muszę poświęcać nerwów, by spróbować komuś coś przetłumaczyć, skoro ten ktoś i tak ma własne zdanie. Nie muszę poświęcać wolnego czasu dla zagłuszenia wyrzutów sumienia, bo przecież kiedyś przystawałam do danej grupy tylko dlatego, że zapłaciłam za studia.

Jak bardzo człowiek jest głupi czasem, nie?

Moje dziecięce marzenia o byciu superbohaterem rozwiały się, chociaż mam wrażenie, że czasem warto się poświęcić tylko po to, by potem ktoś chciał się dla nas poświęcić. Mam wrażenie, że ten magiczny atrybut, który będę nosić na palcu za jakieś dwa tygodnie (po rozpatrzeniu prośby o mniejszy rozmiar ^^’) sprawi, że nabiorę więcej siły. I że moja samoocena się jeszcze bardziej podwyższy, co się dzieje stopniowo od paru dni.

Wasza ucząca się dzielnie do kolokwium

Dorota

Reklamy

4 thoughts on “Słów kilka o superbohaterach, czyli wrażenia po „Iron Man 3”

  1. nie wiem, czy jestem superbohaterem, ale nie zdarza mi się odmówić komuś, jeśli ktoś prosi o pomoc a ja jestem w stanie pomóc. mój byly nazywał to matko-teresizmem, a ja to nazywam egoistycznym altruizmem. pomagam, bo kiedyś ktoś mi pomoże. czasem z pierdołą, czasem z ważną sprawą. jest w tym kupa naiwności, tylko to działa. nie mówię, że działa dla każdego, bo zasadniczo nie ma tak, żeby coś działało dla wszystkich, chyba że się do wody wpadnie, to jest się mokrym.
    ale też chyba obie mówimy o trochę czymś innym, o innej motywacji tej pomocy, u mnie jest to prawie odruch bezwarunkowy i wczoraj się bardzo zdziwialam, ze jak mi sie rozsypaly brambory na chodniku pod domem to mi nikt nie pomogl pozbierac…:P

    • Też mam wrażenie, że mówimy o innym rodzaju pomocy. Bardziej miałam na myśli taką pomoc, kiedy nikt cię o nią nie prosi.
      Za to zawsze, jak mogę, ustępuję miejsca ludziom w autobusie. Może jestem naiwna, ale mam nadzieję, że jak kiedyś znowu źle się poczuję, to ktoś na hasło „mam padaczkę” od razu zwolni mi miejsce. Raz się zdarzyło, więc może będzie i drugi 😉

      • mówiłybyśmy gdybym ja w ogóle rozróżniała jakieś rodzaje pomocy – proszona czy nieproszona jest tym samym. gdybym wczoraj szła obok siebie, w tym pieprzonym deszczu, to nieproszona bym obok siebie kucneła i dozbierała te brambory. ale nie szłam obok siebie i nauka z tego taka żeby nie ufać, że jeśli Wietnamka do minisiatki upchnęła dwa kilo to ta siatka wytrzyma te 500m do mojego domu. tabum!
        dlatego mówię o innych motywacjach. „Nie muszę latać po Warszawie i odbierać cudzych rzeczy, jeśli za to usłyszę jedynie “Dzięki” i nawet nie będę mogła potem normalnie pogadać z tą osobą, dla której coś zrobiłam.” – mnie i to dzięki wystarcza, bo ja wierzę, że w przyrodzie nic nie ginie, jeśli dany palant się okazał niewdzięczną świnią, to kto inny okaże się pomocny. kiedyś pożyczyłam obcej kobiecie pieniądze – nie zdążyła kupic biletu na pociag, nie miala gotowki a w tym pociagu pan konduktor nie mial terminalu. moglam stracic 50zl, a nie dość że nie straciłam, to pani mi podziekowala a nastepnego dnia obcy krakowski barman podzielil się ze mną swoim śniadaniem (zapytałam, czy mają coś do jedzenia poza superslodkim ciastkiem).
        w zasadzie jak karma, ale wolę to nazywać równowagą w przyrodzie.

      • Chyba trzeba by było inaczej rozpisać rodzaje pomocy ^^’ Gdybym szła obok ciebie pomogłabym ci z tymi bramborami. Ile razy pomogłam obcemu coś zbierać. Albo wybiegałam z obcym ze sklepu, bo coś zostawił. I to jest dla mnie coś w rodzaju karmy – że kiedyś ktoś mi pomoże. Czuję wyraźną granicę między takim pomaganiem a załatwianiem spraw za kogoś. Nie mówię, że załatwianie jest złe, bo nie każde nie jest.
        Ech, musiałabym Ci rozpisać te sytuacje xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s