Pięćdziesiąt twarzy Cathrynka – od irytacji po dziką uciechę.

Właśnie skończyłam czytać Pięćdziesiąt twarzy Greya autorstwa E L James.

Liczba uczuć, które zaprzątają moją biedną, żydowską główkę, wynosi pewnie coś koło pięćdziesięciu.

Postanowiłam zapoznać się z tym „literackim skandalem”, ponieważ po długiej walce z pracą licencjacką, własnymi demonami oraz po maratonie filmów i książek o Holokauście potrzebowałam odpocząć. Nie ma nic bardziej rozluźniającego niż romans, a kiedy ten romans jest jeszcze podszyty erotyką, to już możemy mówić o pełni szczęścia. Zaistniały okoliczności sprzyjające sięgnięciu po tę właśnie lekturę, albowiem wrócił do domu egzemplarz Mojej Siostry (który to został jej podarowany przeze mnie na ostatnią Gwiazdkę) wraz z drugim tomem.

Męczyłam to chyba z tydzień. Podczytuję w pociągach Annę Kareninę, która miejscami wciąga mnie tak samo, jak Grey, także czytanie dlatego szło wolno. Poza tym Kuba i reszta dzielni pewnie by za mną po okolicy z siekierą biegali, gdybym czytała porno w pociągach czy metrze, więc przez ostatni tydzień miałam upojne wieczory. Chociaż czy tak upojne…

Fabuły chyba nikomu nie muszę streszczać. Okoliczności powstania też nie. Wszyscy wiedzą, że z fanfika na motywach Zmierzchu nic dobrego powstać nie może, tym bardziej, kiedy dorzuci się do tego kocioł erotyki i scen rodem z moich ulubionych filmów z Sashą Grey.

Jak słusznie zauważyła recenzentka na Lubimy Czytać, odniesienia do Zmierzchu są wszędzie. Nie wszystkie się wyłapie za pierwszym razem – niektóre znalazłam dopiero teraz, kiedy zastanawiam się nad dalszym ciągiem tego wpisu. Ale zostawmy to, nie będę potencjalnym czytelniczkom psuć zabawy.

Część swoich odczuć muszę wypisać w podpunktach, raz po to, aby się nie rozpisywać, dwa – aby nie powstał chaos.

Twarze Cathrynka podczas lektury Fifty Shades of Grey:

1. Twarz osoby wygiętej na łóżku w chińskie osiem, bo widzi pozycje/przyrządy, o których nigdy wcześniej nie słyszała (aka „mina kota srającego na pustyni”) – nie należę do osób pruderyjnych i niewinnych, wiem, skąd się biorą dzieci. I w jaki sposób można je zrobić. I co można przy tym zastosować. Książka jednak mnie ze dwa razy zaskoczyła i natchnęła. 😉

2. Twarz osoby niedowierzającej – dziewica podczas pierwszego razu ma DWA ORGAZMY?! Sorry, ja też chcę.

Wiecie co, czytałam już trochę romansów w życiu (mniej lub bardziej ambitnych), ale takich dyrdymałów tam nie było. Nie było szczytujących dwa razy dziewic oraz kobiet, które po dwóch minutach były gotowe mieć wielokrotny orgazm. Z tego, co wiem, tak się nie da. A jeśli się da, to szczerze zazdroszczę. Straszne pitolenie, a najgorsze jest to, że ze stosunku na stosunek jest coraz gorzej.

3. Twarz osoby uchachanej – by urozmaicić wpis, będzie pozytywna wstawka. Bardzo mi się podobały maile, które Ana i Grey do siebie pisali. Niektóre zawierały w sobie całkiem błyskotliwe teksty, które mnie rozbawiały. Takie przekomarzanie się zakochanej pary. Słodkie.

4. Twarz „No shit, Sherlocku” – Skoro mowa o uczuciach… Miał być związek sado-maso, myślałam, że miłość będzie jednostronna. Tymczasem (SPOILER) tak nie jest. Grey jest zakochany w Anie, tylko tego, kurde, nie widzi. A kiedy dostrzega, że ona go kocha, boi się i wyskakuje z tekstem To nie tak miało być. Sorry Winnetou – laska się ciebie nie boi, pokazałeś jej swój Czerwony Pokój Bólu i nie uciekła z krzykiem, musi cię kochać.

Swoją drogą jak bardzo bezcelowym zajęciem jest próba wytłumaczenia sobie sprzeczności w źle napisanej książce.

5. Twarz osoby wkurwionej i mającej ochotę zabić główną bohaterkę – Bella w Zmierzchu mi nie przeszkadzała. Co z tego, że kiedy czytałam Zmierzch, miałam ledwo siedemnaście lat. Za to Any nie mogę ścierpieć.

– Ma w sobie nie jedną, nie dwie, a trzy osobowości – tzw. podświadomość, która zachowuje się jak przyzwoitka i ucieka z krzykiem na widok gołego Greya, oraz ‚wewnętrzną boginię”, whatever it means. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo byłam przerażona, czytając o tej „wewnętrznej bogini”, która z podniecenia seksualnego tańczy salsę. Kiedy tylko się pojawiała, zwiastowała seks. A nawet kiedy nie zwiastowała, to po prostu następowało przesunięcie seksu na „dziesięć stron później”. Sorry, kiedy ma się takie rozdarcie, to się idzie do psychiatry, a nie do łóżka z dewiantem.

– Byłam kilka razy w życiu zakochana, „na zabój” też, ale gdyby mi ktoś powiedział, że kiedykolwiek zachowywałam się jak Anastasia, ze wstydu zamknęłabym się w pokoju i pokutowała przez tydzień. Dziewczyna myśli macicą, co jest dla mnie straszną rzeczą (bo tak bardzo realną). Dla seksu z Greyem zrobi tak naprawdę wszystko, ale nie musi się starać, bo Grey sam na nią leci. Dosłownie.

– Ana studiowała literaturę, a jedyne odniesienia do klasyki brytyjskiej to Tessa d’Uberville (prędko nie sięgnę, za bardzo mi to obrzydzono) plus jakaś wzmianka o Austen. W ogóle Ana uwielbia romanse z tego okresu. A już myślałam, że może autorka przemyci jakieś ciekawe treści. Ni chusteczki, proszę państwa, ni chusteczki.

– W ogóle za łatwo jej się wszystko układa w życiu! Mam wrażenie, że przez sam fakt mieszkania w Stanach jest predestynowana do tego, by wszystko jej szło jak z płatka, by szybko znalazła pracę i tak dalej. Ja też chcę.  Boże, jakie to sztampowe.

6. Twarz „WTF?!” – kiedy czytałam o matce Any, chciałam i ją złapać za kudły. Radzi córce nie zastanawiać się, tylko korzystać z tego, że Grey się napatoczył. Trochę rozumu, trochę pomyślenia, cokolwiek! Matka też zdolna, kurde mać.

7. Twarz znudzona powtórzeniami – epitety leciały w kółko to same. Jakieś „nieziemskie orgazmy”, „imponująca męskość”, „otchłań orgazmu”, „władcze spojrzenie” i tak dalej. Żeby się chociaż słowa zmieniały…

Droga Pani James, mój Pan Promotor by Pani pokreślił cały tekst i wszędzie zaznaczył na czerwono powtórzenia. Może wtedy by się Pani nauczyła pisać kreatywniej.

Ja wiem, że w angielskim z powtórzeniami jest inaczej, ale sorry, jak się chociaż raz napisze, że ten orgazm nie był nieziemski, tylko wy*ebany w kosmos, to się nikomu krzywda nie stanie.

8. Twarz osoby klaszczącej, kiedy patrzy na okładkę – okładka jest adekwatna do treści i cieszę się, że pozostała taka, jak w oryginalnym wydaniu. Nigdy więcej nie spojrzę na krawat tak samo (wliczając moją skromną kolekcję krawatów w książki czy postaci z South Parku).

9. Twarz osoby wzruszonej – czasem zdarzyło mi się uronić łezkę nad uczuciem Any i Greya. Co z tego, że obydwoje to życiowe sieroty, momentami byli słodcy.

Gdybym miała podsumować, co mi dała, a co odebrała lektura Pięćdziesięciu twarzy Greya, to wyglądałoby to tak:

ZYSKI: rozluźnienie, odmóżdżenie, relaks, uczucie „bycia na czasie”, bo przeczytało się znaną książkę;

STRATY: mogłam przeczytać w tym czasie jedną z książek recenzenckich na Czechożydka.

Ogólnie wybitnie źle nie było. Ani to oryginalne, ani wstrząsające; nie czuję się zgorszona ani nie mam ochoty iść i kupić sobie pejczyk z kajdankami. Jeśli ktoś chce przeczytać, bo potrzebuje się wyluzować, to gorąco polecam. Poza tym – bez większej rewelacji.

A teraz idę spać.

Wasza kichająca (co się dzieje z tą pogodą)

Cathryn

P.S. O wrażeniach Mojej Siostry pisałam kiedyś tutaj.

Reklamy

3 thoughts on “Pięćdziesiąt twarzy Cathrynka – od irytacji po dziką uciechę.

  1. Jejku jej, ja podziwiam, nie dotrwałam nawet chyba do 20 strony. Cała książka wydawała mi się niewartym mojego czasu bełkotem. „Wewnętrzna bogini” (nie ukrywam, czytałam później jakieś wyrywki, na Forumu Armady mnie zainteresowali) jest okropna. Nie wiadomo co to, nie wiadomo po co, a, za przeproszeniem, strasznie wkurwia.
    Swoją drogą to ciekawe, że we wszystkich harlekinach, czy tam romansach, muszą być te wszystkie „nieziemskie orgazmy” i „imponujące męskości” i inne „otchłanie”. Kto autorkom powiedział, że to jest dobrze tak pisać.

    • Widocznie tego typu epitety są bardzo popularne ze względu na pobudzanie wyobraźni. Wydaje mi się, że na ogół czytelniczki harlequinów nie oglądają filmów pornograficznych, dlatego „imponujące męskości” robią na nich wrażenie.
      „Wewnętrzna bogini” byłaby naprawdę fajna, gdyby nie była zestawiona z „podświadomością” i gdyby ją rozpisać trochę inaczej. Bardzo mi się podobają w książkach takie „wewnętrzne głosy”, z którymi bohater się konfrontuje. Tutaj jednak dobry pomysł został zmarnowany.

  2. Gdzieś na komputerze mam zakopanego ebooka którejś książki Anais Nin, przypadkiem ogladałam końcówkę filmu nakręconego na podstawie jakiejś jej książki (nie wiem nawet czy ściagnelam książkę do tego samego filmu….). I chyba sobie z ciekawości przeczytam, film był w porządku dopóki bohaterowie zbyt dużo nie mówili xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s