Garść zachwytów: „Django Unchained”

Są u mnie na blogu Chały tygodnia, czyli notki o czymś tak paskudnym, że tylko ja mogłam się z tym zapoznać. Nie ma za to cyklu, gdzie mogę spokojnie się czymś pozachwycać. Jak to mówi Kuba – „Mówisz? Mosz!” ^^ Od dzisiaj zaczynam cykl „Garść zachwytów” i z miejsca obiecuję, że nie będzie regularny ^^’
Na pierwszy ogień pójdzie film, którym Kuba poprawił mi humor w czasie, kiedy znęcałam się nad pracą licencjacką. Przed Wami Django ^^
Django Unchained, reż. Quentin Tarantino

Wszyscy na dzielni wiedzą, że uwielbiam Tarantino. Obejrzałam większość jego filmów (zostały mi Wściekłe psy i Cztery pokoje), prawie każdy bardzo lubię (pomijając Death Proof, bo do tej pory nie wiem, o co w tym filmie chodzi). Tarantino podbił moje serce stosunkowo niedawno, bo w 2009 roku – po wyjściu z kina po skończonych Bękartach wojny piszczałam z uciechy i stwierdziłam, że „Kocham Tarantino i chcę mu urodzić dzieci” (dosłowny cytat). Po Bękartach nadrobiłam sporą część jego dzieł i tylko czekałam na to, aż w kinach będzie coś nowego.
No i doczekałam się. Kiedy zapoznałam się z opisem fabuły Django Unchained, wiedziałam, wręcz czułam w kościach, że ten film będzie zarąbisty. A kiedy dowiedziałam się, że gra tam Christoph Waltz, którym się jaram od czasów Bękartów wojny, odtańczyłam taniec zwycięstwa (o tym panu napiszę kiedyś oddzielną notkę xD).
Pięć rzeczy, dzięki którym się nie zawiodłam na tym filmie:
1. Historia. Jeśli chodzi o tematy związane z niewolnictwem, to moja wiedza leży i kwiczy. A po Służących* wiem, że to naprawdę ciekawe zagadnienie. Miałam wrażenie, że Tarantino nie będzie aż tak zaginał historii i przemyci do swojego nowego dziecka treści dające do myślenia i zmuszające do refleksji. Według mnie tak się stało: co z tego, że główny wątek jest totalnie nieprawdopodobny (niewolnik zostaje uwolniony przez niemieckiego łowcę nagród i razem polują na wyjętych spod prawa, a Niemiec później pomaga Django odzyskać żonę, która ma *spoiler* NIEMIECKIE IMIĘ I NAZWISKO I DO TEGO MÓWI PO NIEMIECKU *end of spoiler*). Mam wrażenie, że Tarantino usiłuje się rozprawić z historią własnego kraju i nie ma zamiaru nikogo usprawiedliwiać. Czym wkurzył już całkiem sporą liczbę rodaków, z tego, co słyszałam.
A poza tym wzruszyła mnie historia miłości Django i Broomhildy, co na to poradzę. _^_
2. Typowy u Tarantino miszmasz. W Django dostajemy wiele różnych rzeczy: spaghetti western, klasyczny motyw mściciela, hektolitry krwi, która się leje w sposób nie groteskowy, a absurdalny czasem, wątek miłosny, wstawki komediowe (moje serce podbiła scena z facetami na koniach, którzy pod osłoną nocy chcieli napaść na Django i Schulza, ale zaczęli się kłócić o maski – JAKBY ŻYWCEM WZIĘTE Z MONTY PYTHONA!), wybuchy, chaotyczne akty bezsensownej przemocy, nawiązania do filmów… Tu jest wszystko. Sama nie siedzę w westernach, ale mądrzejsi ode mnie pewnie znaleźliby miliard smaczków.
3. Spójność fabularna. W przeciwieństwie do Bękartów wojny, Django jest spójnym filmem. Wszystko jest na swoim miejscu, podczas seansu nie ma się (przynajmniej ja nie miałam) wrażenia, że czegoś brakuje. Albo że reżyser coś chamsko wyciął. Przy czym warto też zauważyć, że mimo, iż film trwa prawie trzy godziny, nie dłuży się. Co prawda spotkałam się z opinią, że ktoś mało przy tym nie usnął, ale czego wymagać od filmu, który jest wariacją na temat westernów? Niektóre takie filmy potrafią być naprawdę długie (znam to z autopsji). Poza tym miło ze strony Tarantino, że akcja nie zapiernicza na łeb, na szyję – miałam okazję się zrelaksować, wtulić w Kubę i po prostu odpocząć. Dear Quentin, thanks.
4. Aktorzy. Nieważne, co bym oglądała, zawsze muszę się skupić na aktorach (przez co Pan Promotor miał ze mną niezłe problemy**). Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, kto podobał mi się najbardziej… Uwielbiam Waltza i tyle. _^_ Sama nie wiem, za co, ale nie o tym miało być.
Podoba mi się u Tarantino to, jak dobiera aktorów. Właściwie ani razu nie widziałam w jego filmach człowieka, który byłby na doczepkę albo był tylko po znajomości. Często używam określenia „Aktor Tarantino”, kiedy w towarzystwie jest rozmowa o np. Umie Thurman czy właśnie o Waltzu. Mam wrażenie, że mój kochany Austriak jeszcze nieraz u Tarantino wystąpi, a przy okazji czekam na trzecią część Kill Bill. Każdy z „Aktorów Tarantino” jest według mnie wybitny. Jeśli nawet specjalizuje się w jednej roli, to gra ją zajebiście dobrze i przyjemnie się na niego patrzy. Aktorzy w Django wykonali kawał dobrej roboty – podziwiam zwłaszcza DiCaprio. Zagrać takiego skurczysyna to naprawdę ciężkie zadanie.
Dodam jeszcze, że epizodyczna rola Tarantino mnie rozwaliła xD To trzeba zobaczyć.
5. Muzyka. Wszyscy piszą teraz o muzyce w Django, jakby była wielkim objawieniem. Moi drodzy… To prawda. Muzyka w Django to nie zbiór piosenek i melodyjek brzęczących w tle. To przemyślana składanka najróżniejszych gatunków, które dziwnym trafem cholernie pasują. Rap do westernu, którego akcja dzieje się przed wojną secesyjną? Proszę bardzo, damy taki, że widzom kapcie spadną z wrażenia. Mi spadły, chociaż już parę razy zetknęłam się z takimi kontrastowymi zestawieniami (klasyczny przykład to anime Samurai Champloo, o którym się pisze „Historia o samurajach w rytmie hip-hopu” – nie macie pojęcia, jak bardzo się ten zestaw kombi***). Mam już trzy ulubione piosenki – „Freedom”, tytułową „Django” oraz „Ain’t no grave” Johnny’ego Casha. ❤
***
Django obejrzę jeszcze nieraz i nie dwa, mogę przysiąc. Nie wiem, co musiałoby się stać, by moje uczucie do Tarantino wygasło. Loffciam i tyle. Czekam na ostatni film z Trylogii mścicielskiej – strach pomyśleć, co tym razem boski Quentin weźmie na warsztat…
A o Bękartach wojny pewnie też kiedyś napiszę. Bo warto. _^_
Wasza odpoczywająca i oglądająca anime po czesku
Cathryn

* To już nie jest niewolnictwo, ale według mnie sytuacja bohaterek niewiele się różni od tej, w które były postacie u Tarantino.
** „Pani Doroto, pani pisze o przestrzeni, nie o bohaterach.” – powtarzał to z pięćset razy ^^’
*** Słówko podpierniczone Kubie.

Reklamy

6 thoughts on “Garść zachwytów: „Django Unchained”

  1. „Pani Doroto, pani pisze o przestrzeni, nie o bohaterach.” – muhihihi coś ze mną chyba nie tak, bo przeczytałam to głosem Pana Promotora… Ale do rzeczy, do rzeczy:
    Po pierwsze podpierniczyłaś mi temat, też będę jeszcze o „Django” pisać I zastanawiam się co dodać, żeby nie napisać tego samego. Coś wymyślę w każdym razie.
    Po drugie: co prawda występ Tarantino sceny z workami i opoweści o Brunhildzie nie przebija, ale jest naprawdę piękny,
    Po trzecie i ostatnie: „Wściekłe psy” polecam gorąco, to chyba mój ulubiony obok „Bękartów…” film Tarantino [i też nie wiem, o co chodzi w Death Proof :D]

    • Primo: nie podpierniczyłam Ci tematu, o „Django” teraz wszyscy piszą 😛
      Secundo: Zaczęłam się zastanawiać, czy „Wściekłe psy”: nie byłyby dobrym filmem antywalentynkowym… Kij tam, obejrzę co najwyżej dwa zamiast jednego, ferie mam.
      Tertio: Zapomniałam się zapytać u Ciebie na blogu – sześćdziesiąt filmów?! Co Ty robisz w tej Lublanie, nie chodzisz na zajęcia i filmy oglądasz? Też chcę osiągać takie wyniki ^^
      Po czwarte: głos Pana Promotora, hihihihihihihi, skąd ja to znam ❤

      • Po pierwsze: piszę tak do każdego znajomego, który wtrącił coś ostatnio o „Django” 😀
        Po drugie: Niech policzę dokładnie: 67 filmów, więc lepiej by było napisać „prawie 70”. Oglądam coś codziennie, a w weekendy to nawet i dwa dziennie mi się zdarzało. Poza tym od dwóch tygodni mam ferie, więc kolejne filmy dobijają do listy 😀

      • Ja też chcę. Co prawda w listopadzie i grudniu miewałam takie dni, że oglądałam i po trzy filmy (bo na nic innego nie miałam siły), ale i tak mam niebotyczne zaległości i co i rusz łapię się za głowę, jak ja mogłam czegoś nie obejrzeć, przecież to wszyscy znają.
        Hmmm, to może wreszcie włączę torrenty i dociągnę te „Wściekłe psy” xD

    • Właśnie nie do końca. Część aktorów Tarantino bierze z filmów, które ogląda. Pamiętasz tę dziewczynę z morgenszternem w „Kill Bill”? Wziął ją z „Battle Royale”. Aktorów grających Hitlera i Goebbelsa wziął z niemieckich filmów o Adolfie (m.in. z „Adolf H. – Ja wam pokażę!”),Waltza wziął z niemieckich filmów o drugiej wojnie światowej! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s