„Nędznicy” są warci uwagi.

Wbrew pozorom, nie chodzi tu o film (jeszcze go nie widziałam, ale miejmy nadzieję, że niedługo się to zmieni). Chodzi tu o:
a) książkę,
b) miniserial,
c) przedstawienie teatralne,
d) wszystkie odpowiedzi są poprawne 🙂
Dobrze, koniec żartów.
Notkę dedykuję (jak kilka poprzednich) Paulinie Ł. za to, że również jara się musicalem. 🙂
Jak wiecie, od niepamiętnych czasów narzekam, że stoję na bakier z klasyką światowej literatury. W przypadku Nędzników Victora Hugo sytuacja jest odwrotna – przeczytałam to po raz pierwszy na samym początku gimnazjum, potem zdarzyło mi się do tego wrócić. Kiedy myślę nad tym, dlaczego zdecydowałam się z tym zapoznać, dochodzę do wniosku, że… Nie pamiętam. Nie wiem, gdzie po raz pierwszy o tym usłyszałam, kto mi o tym powiedział (i czy w ogóle), nie mam pojęcia. Wiem tyle, że (mimo tego, że miałam te trzynaście lat, pstro we łbie i małą wiedzę na temat historii) za szybko mi się ta lektura skończyła. I było mi smutno. Serio*.
Jakiś czas potem obejrzałam miniserial z Gerardem Depardieu w roli Jeana Valjean. Zachwyt mój trwał aż do napisów końcowych – potem znowu zrobiło mi się smutno.
Minęło parę lat, gimnazjum i liceum przeleciały piorunem, świadectwo maturalne miałam w kieszeni. Te kilka lat temu (matko, jak ten czas zapiernicza) dostałam od losu okazję pójścia do teatru Roma na przestawienie w formie musicalu. Już wcześniej słyszałam, że musical ocieka zajebistością, ale bałam się. Bałam się, że spieprzono jedną z moich ulubionych historii ever, że wyszedł z tego słodki zbiór piosenek, a nie opowieść o tym, jak ludzie umierali na różne sposoby kilkaset lat temu. Wdziałam więc ładne ubranie, wzięłam mamę pod pachę i pojechałyśmy do Romy.
Szczęka mi opadła i nie mogłam jej pozbierać aż do końca spektaklu, ale potem i tak stwierdziłam, że książka była lepsza.
Znowu minęło kilka lat i tak oto stoję przed Wami w przededniu olbrzymiej pożogi, która w wielkim świecie znana jest pod nazwą sesji egzaminacyjnej**. Chce mi się płakać, bo w przyszłym tygodniu mam sześć (!) zaliczeń, a licencjat mam oddać do czwartego lutego włącznie, inaczej mnie wyje… ze studiów. A tymczasem piszę o ukochanej książce z czasów późnodziecięcych.
Wracając do właściwego tematu: kwestii historycznych nie omawiajmy, bo się na historii Francji nie znam, a jeśli już, to na drugowojennej. Pomówmy o postaciach.
Jean Valjean to symbol zaradności i mój wielki idol – gdzie się nie znajdzie, tam sobie poradzi. Jak dorosnę (czyt. skończę studia albo studia skończą ze mną), chcę być taka, jak on.
Zawsze było mi szkoda Eponiny. Pochodziła z paskudnej rodziny, co jej się udzieliło, ale miała dobre serce, zakochała się, chciała być szczęśliwa. A tu dupa. (koniec spoilera) Biedna dziewczyna. W ogóle spodobało mi się to imię i gdybym mogła, nazwałabym tak swoje dziecko.
Z racji wrodzonego feminizmu wkurzała mnie Kozeta. Wszyscy się muszą o nią troszczyć, wszyscy wokół niej skaczą, ja pierniczę.
Wątki miłosne i ogólnie relacje międzyludzkie były tutaj przepięknie pokazane. Zamiast czytać Zmierzch wolę czytać Nędzników – o wiele lepsza literatura i o niebo lepsze wrażenia! Polecam każdemu.
Przez lata miałam wrażenie, że ta książka jest zaniedbywana, aż w końcu doczekałam się musicalu i jego ekranizacji. Chyba się rozpłynę podczas seansu.
Na zakończenie swojego wywodu wrzucam filmik, który mnie rozwalił – facet śpiewa kwestię każdej postaci z Les Miserables. Partie kobiece śpiewa lepiej od wielu kobiet (w tym ode mnie, chlip). Obejrzyjcie chociaż kawałek, filmik jest wart grzechu. Wrzucam w formie linku, ponieważ umieszczanie na stronach internetowych zostało wyłączone na żądanie (ni cholery nie wiem, po co).
A teraz wracam do nauki.
Wasza podłamana
Cathryn

* Z tego smutku, który siedzi we mnie do tej pory, zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy nie przeczytać tego jeszcze raz, ale nie wiem, kiedy znajdę chwilę.
** By napisać tę notkę, porzuciłam wertowanie podręcznika od angielskiego. Doceńcie.

Reklamy

3 thoughts on “„Nędznicy” są warci uwagi.

  1. O, proszę, dedykacja, jak miło!
    Szczerze mówiąc ja książkę też czytałam bardzo dawno, serial też widziałam, ale nie przepadam za przedstawieniem z Romy. Wolę oryginał. Fajne są też koncerty 10 i 25 rocznicy premiery londyńskiej.
    O! Też nie lubię Kozety. Eponiny zresztą też, toć Marius to buc ostatni, a nie facet. Za to Valjeana uwielbiam.
    Na premierę filmową też czekam, tu, w Słowenii, wchodzi ostatniego nia stycznia, koniecznie muszę się wybrać do kina.

      • Ztego co sprawdzałam, to animacje i dokumenty są dubbingowane, to będzie w oryginale. Zresztą, zrobić dubbing do musicalu, gdzie piosenki w oryginale mają moc (bo na przykład polskie tłumaczenie dla mnie ssie NOALE) to byłoby totalne trollowanie widza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s