Odkrycia roku 2012 – najlepsze (i najgłupsze) anime _^_

Nastała zimowa aura, która nie sprzyja mojemu pisaniu pracy licencjackiej… Kogo chcę oszukać. Nie mogę i tyle. Siadam przed laptopem i mam zaćmienie umysłu. Trzeba jednak się spiąć w sobie i zacząć na poważnie poprawiać to, co mam, inaczej będę musiała oglądać uśmiechającego się ironicznie Pana Promotora (ej, to w sumie nie jest zły pomysł, to całkiem zacny widok… Ekhm, do rzeczy) i stanę przed możliwością niezaliczenia seminarium. Ech, chyba każdy student to przeżywa. Masakra, proszę Państwa.
Lenistwo swoją drogą – drugą sprawą jest to, że trzeba dalej podsumowywać rok. Na Facebooku podałam aktualną rozpiskę, co kiedy będzie opublikowane. W tym tygodniu czekają Was jeszcze najlepsze AMVki.
Notkę dedykuję Asi L., mojej wiernej czytelniczce 🙂 (że też ze mną wytrzymuje, tylko ją podziwiać).
***
Mało anime obejrzałam w tym roku. Co za tym idzie – mało dobrych i jeszcze mnie nieziemsko głupich, więc dlatego scaliłam dwa tematy. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie ^^’ Jedziemy!
1. Another

Anime, do którego podchodziłam niczym pies do jeża. Myślałam: nieeee, znowu schemat, na pewno będzie gorsze od Higurashi, nieeeee, po co ja to oglądam. To wrażenie utrzymywało się przez kilka pierwszych odcinków, a potem zaczęło się robić coraz ciekawiej… Seria do wyjątkowo łatwych w odbiorze nie należy, ale jest porządnie zrobiona, zakończenie bardzo mi się podobało i ogólnie polecam wszystkim. Czemu nie podaję zarysu fabuły? Według mnie tak najlepiej oglądać, będzie większy element zaskoczenia xD
2. Black Lagoon (obydwie serie bez OAV, bo ta się nie nadaje do niczego)

Balsam na moje skołatane nerwy. Naprawdę świetnie zekranizowana manga. Nic, tylko polecać. Mimo, iż czytałam pierwowzór, zaśmiewałam się do łez w niektórych sytuacjach (zwłaszcza przy „Ilu Polaków trzeba, by wkręcić żarówkę?” xD). Dla tych, co nie znają: Black Lagoon opowiada historię pewnego Japończyka, który wskutek różnych zawirowań zostaje członkiem załogi Laguny – statku przemytniczego. Jest dużo o ruskiej mafii, dużo strzelania, niewybrednych dowcipów i głębi, o dziwo. Polecam.
3. Busou Renkin

Jak wieść gminna niesie, D~Bogna uwielbia znęcać się nade mną psychicznie i mi coś polecać. Ten tytuł zachwalała mi dłużej, niż wspomnianych dwie notki temu Guzikowców, przy czym co i rusz mi o podanym anime trajkotała. W końcu się zdenerwowałam, stwierdziłam, że dość tego dobrego i zaczęłam oglądać.
Ježižmaria. _^_
To anime ma w sobie elementy zarówno zarąbiste, jak i patologicznie wręcz głupie. Nie było odcinka bez moich facepalmów, spazmów ze śmiechu oraz chwili wzruszenia. Plus ochów i achów na widok mojej ulubionej postaci (tak, mam kolejną ukochaną postać – obok Grella z Kuroshitsuji stanął Papillon _^_).
Historia to wariacja na temat alchemików – fanom FMA się na pewno spodoba. Z tym, że z taką alchemią, jaką znamy z historii, ta z Busou Renkin właściwie nie ma nic wspólnego. Polecam na poprawę humoru xD
4. Sankarea

Nie jest to wyjątkowo ambitne, ale jako odmóżdżacz (z romansem w tle) się sprawdza. Główny bohater chodzi do ogólniaka i ma fioła na punkcie zombie. Chciałby nawet, by jego dziewczyna była żywym trupem… OK, brzmi obrzydliwie, ale dałam się skusić i stwierdzam, że nie ma tragedii.
5. Panty and Stocking with Garterbelt

Co tu powiedzieć… Musiałam to sobie dawkować. Po obejrzeniu dwóch, trzech odcinków czułam, że mój mózg zamieniał się w papkę.
Ta seria to parodia amerykańskich kreskówek, wykorzystująca zarówno aspekty techniczne (openingi, podział odcinków na dwie krótkie historyjki etc.) oraz humorystyczne rodem z tego typu produkcji. Z tym, że seria jest przeznaczona dla zdecydowanie dorosłych widzów – mamy tu bowiem duuuuuuużo seksu, obrzydlistw, mordobicia, niewybrednych żartów i wszystkiego, co nas może odmóżdżyć.
Dwie anielice zostają w ramach kary za grzechy (jedna za bycie *ekhm* rozwiązłą, druga za obżarstwo) zesłane na ziemię, gdzie mają tępić demony. Towarzyszą im ich opiekun (wielki Murzyn z afro na głowie i dziwacznymi pomysłami) oraz coś na kształt psa*, co niczym Kenny z Miasteczka South Park obrywa co odcinek.
Nie ma tutaj mowy o schematach fabularnych. Każdy odcinek zaskakuje.
Jako zachętę wrzucam tutaj klip z dziesiątego epizodu (nie, nie spoileruję):

Polecam na odmóżdżenie, stres, nudny wakacyjny wieczór (niech Was ręka Boska broni oglądać to w przerwie w pisaniu pracy licencjackiej czy magisterskiej!!!), imprezę z duuuużą ilością alkoholu, zresztą, okazja zawsze się znajdzie.
6. K-On! The Movie

O seriach telewizyjnych pisałam w zeszłym roku. Musicie wiedzieć, że kinówką jestem zachwycona (ZAWIERA WIĘCEJ MUZYKI NIŻ WSZYSTKIE SERIE I DODATKI RAZEM WZIĘTE!!!) – można się odprężyć i nie robić głodnym podczas sceny, gdzie bohaterki po raz setny wpierniczają ciastka. Bo takich scen jest mało. Dużo występów, muzyki, przygód, mniam.
7. Karigurashi no Arrietty (Tajemniczy świat Arrietty)

Kolejna pełnometrażówka ze studia Ghibli. Ciepła, przyjemna historia o takich japońskich ni to krasnoludkach, ni to Mordziakach. Słodkie 🙂
8. Kimi ni Todoke

Romansidło roku. Z tym, że główna bohaterka po jakimś czasie zaczęła mnie mocno wnerwiać… Wyobraźcie sobie cichą, spokojną dziewoję, która zaczyna naukę w liceum. Łatwe, prawda? Dodajcie do tego wygląd jak Sadako z Ringu. xD Oryginalne (bo całe opisane tam towarzycho jest niepowtarzalne), odrywa od rzeczywistości, rozczula. Polecam.
9. Thermae Romae

Na koniec króciuteńka seria w sam raz na zimowe wieczory, które obecnie zaczynają się już w okolicach szesnastej ^^’ Główny bohater, rzymski architekt, kilka razy wskutek dostania się do portalu międzyczasowego trafia do nowoczesnej Japonii, gdzie ma okazję porównać łaźnie. Autor sam podkreśla, że chciał zestawić dwa narody, których ubóstwienie do kąpieli jest wszem i wobec znane. Udało się ^^ Seria lekka, łatwa i przyjemna.
Tyle, moi drodzy. Siadam do pisania pracy.
Wasza wiecznie zmarznięta
Cathryn

* nie jestem jednak do końca pewna.

Reklamy

9 thoughts on “Odkrycia roku 2012 – najlepsze (i najgłupsze) anime _^_

  1. Komentarz z dupy znaczy nie do tematu
    przejrzalam listę edytowanych przez Ciebie artykułów na Wiki i postanowiłam się poprzypieprzać do Jesenskiej.
    1. literówka „W mędzyczasie rozwiodła się z Krejcarem.”
    2. coś takiego jak „Pestre listy” nie istniało, nie wiem skąd to ktoś wziął. „Pestry tyden” i owszem, w dodatku historia tego tygodnika jest niezmiernie ciekawa.

    pozdrawiam i wracam do porannej kawy;p

    • A przypieprzaj się na zdrowie, nikt nie jest w końcu idealny xD Literówki każdemu się zdarzają. Wikipedia ma to do siebie, że tego typu błędy można edytować samemu, nie będąc zalogowanym.
      Już myślałam, że zbiorę większy opieprz ^^’

      • sprawdzałam jak na razie w katalogu NKP – są co najwyżej Pestre kvety, a NKP databazuje wszystko, nawet jak tego nie ma (często czegoś nie ma….). Internet wspomina jeszcze o Pestrych listach – knize povidek z konca 19 wieku:)
        ja to bym mogla sie czepiac dalej,ale mnie się nie chce. Że brak informacji o wyjeździe do Wiednia z Pollackiem (a mało znacząca przeprowadzka do Drezna jest), że Evżen to w ogóle zginał, że trochę zmatek v akapicie o pracy dziennikarskiej (zaczyna się Pritomnosti i konczy). I mi osobiscie troche brak malego akapitu wlasnie o jej tekstach z Pritomnosti, bo obok Pestreho tydne to jej najwazniejszy okres i to wlasnie to sprawia ze jest tak istotna:) we wstepie do polskiego wydania jej reportaży Engelking bardzo ładnie o tym napisał:)
        a przy polskich książkach można jeszcze dodać Pepiki Surosza, cały rozdział tam o niej jest:)

      • Jeśli znajdziesz czas, możesz dodać to sama – Wikipedia na tym polega. Artykuły to dzieła zbiorowe ^^
        Na swoją obronę powiem tyle, że artykuł tylko przetłumaczyłam, sprawdziłam parę pierdół i dodałam adnotację o tym, że Szczygieł o niej pisał. Myślałam, że skoro Czesi tekst zweryfikowali pomyślnie, to wszystko jest OK.

  2. no wlasnie zjadlas jeden akapit z czeskiego tłumaczenia – trzeci, w czeskim oryginale od słów „Na přání svého otce studovala medicínu” gdzie potem jest o małżeństwie i wyprowadzce. Faktycznie są tam Pestre listy, ale powiem ci, ze czeska wiki nie jest specjalnie dobra. oni są ogólnie mniej internetowi. spójrz na angielski artykul – od razu widać, że jest to porządnie i sumiennie zrobione hasło:) w źródłach przede wszystkim dwie najlepsze biografie Mileny (swoją drogą, tę od Wagnerovej polecam!). zobacz, że jest tam odkaz na Honzę, Honza ma oddzielne hasło i to właśnie tam da się znaleźć link do pdfa z jej młodzieńczymi wierszami i słynnym listem do Bondiego i dalsze prace. na czeskiej Jany nawet nie ma.

    katalog jest na nkp.cz (Narodni knihovna), zdaje sie, ze wyszukiwanie w katalogach jest możliwe bez posiadania konta.
    a wikipedystką nie pragnę zostać. czasu brak i nie jara mnie, to, że mi ktoś napisze, że wg niego to nieistotne, albo że ktoś wyjebie hasło, bo mu na chuj hasło, dla kogoś kto wydał jedną książkę (kilkunastoletnia działalność dziennikarska go nie interesuje;p). mi właśnie przeszkadza to, ze to robi tyle osób – bo się jakiś mądry przypierdoli;p

    • Przy moim pierwszym tłumaczeniu przyczepił się jakiś kretyn, bo zaczęłam od ciekawostek, które wg niego były nieistotne. Mam jednak dobrą opiekunkę (istnieje taka instytucja na Wiki), która mnie pocieszyła i kazała się nie przejmować, bo ludzie często rozumy pozjadali.
      Nikomu nie każę być wikipedystą, dla mnie to rodzaj wprawki i oswajania się z językiem (chociaż tłumaczenie artykułu o Jirasku leży od dłuższego czasu). Sama nie tworzę artykułów, rozwijam jedynie istniejące zajawki (strona o Fuksie przedstawiała sobą na początku obraz nędzy i rozpaczy, były tam ze dwa zdania), więc niech się ktoś spróbuje przyczepić.
      Ej, poznaję ten zagubiony akapit, byłam święcie przekonana, że go umieściłam. Może ktoś go usunął… Pięćset razy sprawdzałam artykuł. Dzięki, jeszcze dziś to poprawię.
      Wiem, że czeska Wiki nie jest najlepsza (angielska wymiata), ale i tak uważam, że lepiej potłumaczyć i potem pousuwać kilka błędów, niż zostawiać polskie zajawki z dwoma zdaniami, które nic czytelnikowi nie dadzą. Lubię coś robić w czynie społecznym, a że nie lubię pracować z ludźmi twarzą w twarz, to wolę się produkować na Wiki. xD

  3. tak z ciekawości sprawdzilam katalogi buwu i iszipu, czy jest tam biografia Wagnerovej (jeśli się jakoś bardziej zainteresowałaś Mileną) ale niestety niet, ani tu, ani tu. Jest tylko wydane przez Czarne „Ravensbruck: o Milenie Jesenskiej” jakiegoś Szweda czy innego skandynawa. To się też fajnie czyta, biografia stricte to nie jest, ale bazuje w dużej części na Wagnerovej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s