Odkrycia roku 2012 – „pierwsze razy” ;)

Zgodnie z obietnicą notka powstaje dzisiaj (wczoraj nie dałabym rady napisać czegoś w miarę składnego, wróciłam do domu o 23ciej z kina. Hobbit ma Cathrynkowy atest zajebistości xD). Miało być rano, ale poszłam ze Swoją Siostrą na zakupy i się przedłużyło. Wybaczcie ^^
Dzisiaj temacik kontrowersyjny, bo z podtekstem xD Na pomysł tej notki wpadłam kilka tygodni temu. Co prawda, niektóre znaczące „pierwsze razy” przerabiałam kilka lat temu xD, w tym roku jednak nazbierało się sporo ciekawych wydarzeń i postanowiłam Wam o nich opowiedzieć.
Na początek historie turystyczne. Pierwszy raz byłam za granicą – wrażenia opisywałam w oddzielnej notce o Pradze (pewnie już macie dość moich nawiązań do tej wycieczki… Co poradzę, to ważne wydarzenie w życiu Cathrynka ^^’). Wiele razy się zastanawiałam, jak to jest być w innym kraju. Teraz muszę Wam powiedzieć, że byłam po części przerażona i po części zachwycona. Genialne doświadczenie – zwłaszcza, jak jest się w tak pięknym miejscu.
Poza tym pierwszy raz pojechałam na kilkudniową wycieczkę z Kubą. Zwiedzanie wyglądało tak, że Kubuś szedł przodem i robił zdjęcia, a ja dreptałam tuż za Nim z nosem w przewodniku i mapie i opowiadałam, jakie obiekty właśnie mijamy. Ten skill rozwijałam w Pradze i podczas wyprawy z Moją Siostrą.
Miasta widziane po raz pierwszy – Praga, Sopot (przez Gdańsk przejeżdżałam, jak byłam dzieckiem, a Gdynię zwiedziłam kiedyś z mamą i Siostrą), Łódź, Wrocław, Kudowa Zdrój oraz Ostróda.
Kulturalnie się rozwijam cały czas, ale ten rok był fenomenalny pod względem ukulturniania się – byłam cztery razy w teatrze (to największa liczba w moim życiu xD), ale też pierwszy raz w operze (na Pasażerce). Pierwszy raz miałam okazję zwiedzić Stadion Narodowy (byłam na otwarciu), pierwszy raz byłam na Juwenaliach (co z tego, że nie swojej uczelni xD). Wypadów do kina nie liczę, trochę tego było, mogę dodać, że pierwszy baz byłam na filmie w 3D (IMAXu w dzieciństwie nie liczę, bo to inna liga) – masakra, nie polecam. Zwłaszcza, jak ktoś jest skazany na życie z okularami, jak ja. xD
Sprawy studenckie – zaliczyłam w tym roku pierwszą kampanię wrześniową (jedna jedyna poprawka, zdana cudem – nigdy więcej!). Poza tym właściwie się nic szczególnego nie działo.
Pierwszy raz udało mi się wypełnić WSZYSTKIE postanowienia noworoczne (też taka prawda, że nie było tego dużo…) i mam nadzieję, że w przyszłym roku ta sztuka uda mi się ponownie.
Żydołackich pierwszych razów nie mam wiele – zobaczyłam pomnik w miejscu, gdzie był bunkier Anielewicza (lazłam naokoło, co mnie podirytowało), widziałam pomnik postawiony na dawnym boisku Skry… Z wyjazdu do Treblinki nic nie wyszło, miejmy nadzieję, że na wiosnę się w końcu zbiorę.
Blogowe – pojawiła się pierwsza Chała tygodnia, w ogóle pierwszy raz zaczęłam się zajmować cyklami (i systematyzuję się: notki wychodzą w miarę regularnie).
Z kulinarnych „pierwszych razów” mogę wymienić to, że pierwszy raz byłam w meksykańskiej restauracji i nie umarłam z powodu przeżarcia pikantnym jedzeniem. ^^’ Pierwszy raz piłam Kofolę plus kilka drinków, w tym mojito (modżajto). No dobra, nie wypiłam całego, bo mi nie wolno, ale podpijałam xD
***
Tak teraz patrzę na tę notkę i widzę, że jest dość ubogo xD Może jednym z postanowień na 2013 rok powinno być próbowanie nowych rzeczy? 😉
Wasza zalicencjatowana
Cathryn

Cierpienia lewicowego Cathrynka.

Moi drodzy. Spędzam tę oto przerwę świąteczną, dłubiąc w robótce szydełkiem i czytając książki. Czasem jednak najdzie mnie ochota i sprawdzę, czy nie ma czegoś ciekawego na Facebooku. Ostatnio wieje nudą, ale przed jakąś półgodziną zostałam uraczona tym oto artykułem i przynajmniej nie mogę powiedzieć, że się nudzę. O nie. Ja jestem ZAŁAMANA i muszę się tym z Wami podzielić.
Poniższy filmik idealnie podsumowuje mój obecny nastrój:

Długo się wzbraniałam przed wyrażaniem swoich mikrych poglądów politycznych na blogu, ale w obliczu takiej katastrofy muszę się wypowiedzieć, inaczej skisnę.
Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś jest prawicowy. Staram się być tolerancyjna (piszę „STARAM SIĘ”, bo nie zawsze wychodzi), pięć razy pomyślę, nim przy prawicowcu się odezwę, ale nie skreślam go, ponieważ nie podobają mi się jego poglądy. Czasem jednak krew mnie zalewa, kiedy słyszę (bądź czytam), jakie to głupoty ludziom chodzą po głowie i jacy to oni są w związku z tym zajebiści*. A zwłaszcza, kiedy słucham dziewczyn.
Fajnie widzieć, że przedstawicielki mojej płci są patriotkami, zależy im na tym, by w naszym kraju żyło się lepiej. Podziwiam i pochwalam. W momencie, kiedy słyszę, że potępiają homoseksualizm, bo jest nienaturalny, zaczynam się aczkolwiek zastanawiać, o co chodzi. Tutaj wrzucę cytacik, który mnie rozbroił:

Wszystko powinno być naturalne. Tak jest najlepiej. Tak jak naturalnym systemem wydaje mi się kapitalizm, tak nie akceptuję homoseksualizmu, bo jest nienaturalny. Mam homoseksualnych znajomych, nie potępiam. Jednak dla dobra ojczyzny lepiej, żeby małżeństw homoseksualnych nie było. Czytam Pismo Święte. Dla mnie kobieta to uzupełnienie mężczyzny, a mężczyzna – kobiety.

OK, dlaczego homoseksualizm jest nienaturalny? Bo nie ma z tego dzieci? Bo dziecko wychowywane w rodzinie gejów czy lesbijek nie ma innego wzorca i na pewno będzie homo?
Ludzie często zapominają, że tak naprawdę osób homoseksualnych u nas w kraju nie ma wiele. Dużo się tylko o tym mówi. Trwa nagonka medialna, która tak naprawdę niczego nie wnosi, a tylko miesza innym w głowach i utrudnia im życie.
Niech mi ktoś odpowie na pytanie, czy lesbijka nie może być patriotką. Czy gej nie może wychować patrioty, który zrobi coś dobrego dla kraju. Czy pary homoseksualne nie mogą udzielać się charytatywnie (a to przecież wnosi wiele dobra do naszej Ojczyzny), nie mogą adoptować zwierząt i dać takiemu psu naprawdę szczęśliwego, fajnego życia? Drodzy prawicowcy, CO WAS BOLI? Każdy człowiek może zrobić coś dobrego. Założę się, że gdyby nie ciągłe nawijanie o tym w mediach, wasze głowy nie byłyby zaprzątane tym problemem, tylko skupiły się na czymś innym.
Dochodzę do wniosku, że środowiska prawicowe muszą mieć jakiegoś wroga. Przed wojną i ileś lat po wojnie byli to Żydzi, a teraz (z braku większej liczby Żydów w naszym kraju) homoseksualiści. Ludzie, litości. Geje są tacy, jak inni, a mamy-lesbijki kochają swoje dzieci tak samo, jak hetero-mamy.
Dalsza sprawa:

Przeszkadza mi, że wykształcony lekarz ma dokładnie takie samo prawo głosu jak człowiek, który w życiu nie pracował, tylko siedzi i piwo pije.

Dobra, coś w tym jest. Problem polega na tym, że i wśród prawicowców znajdą się tacy, co całe życie pili i nie pracowali. I oni też są lepsi? To jest jednak kwestia na inną debatę.
Teraz rozbiję jeden akapit na podpunkty, bo najlepiej analizować każde zdanie po kolei (trochę roboty, ale nie bójcie się, postaram się nie przynudzać! ^^).

– Nacjonalizm to najbardziej dojrzała i wymagająca forma patriotyzmu.
– Musimy trzymać gardę i pokazywać go** każdego dnia.
– Nie dyskryminuję innych, chcę tylko, by mój naród był lepszy.
– ”Życie i śmierć dla Ojczyzny” – to moje motto. Byłabym gotowa ponieść ofiarę.
– O tym, czym jest dobro ojczyzny, powinni decydować młodzi ludzie, którzy są przyszłością. Jeśli się ktoś nie zgadza? W nacjonalizmie trzeba poświęcić jednostki, które są przeciwne. Nie odbieram nikomu prawa do życia, ale jestem przeciwna niektórym grupom i liczę, że sprowadzimy je do marginesu. Wiem, że mam radykalne poglądy. A jeśli się mylę? Nie, jestem pewna, że się nie mylę.

1. OK, problem polega na tym, że od nacjonalizmu jest niedaleka droga do faszyzmu i skrajnej nietolerancji. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, prawda?
2. OK, ale po co? Co i rusz słyszę, że powinniśmy trzymać gardę, że powinniśmy być czujni i tak dalej. Nikt mi nie umie odpowiedzieć, po co. Sorry, mamy jakiegoś wroga w kraju? Czy ja o czymś nie wiem? xD
3. No jo, ale w skład tego narodu wchodzą również te jednostki, o których mowa w wytłuszczonych fragmentach poniżej. To jak, lepszy naród to taki, który się nam w stu procentach podoba? Droga autorko wypowiedzi, jeszcze takiego narodu nie widziałam, jeśli Ty taki znasz, to chętnie zobaczę. Chociaż pewnie mi się nie spodoba.
4. Noż kurde, uwielbiam hasło o śmierci za Ojczyznę. Martwy patriota to patriota, z którego nie ma pożytku!!! Martwy patriota nie wychowa dzieci na patriotów (ba, często nawet nie zdąży spłodzić tych dzieci), nie będzie się zajmował działalnością na rzecz państwa, nie będzie się udzielał charytatywnie, nie będzie robił NIC, bo będzie martwy i w grobie leżał. Życie dla Ojczyzny, dobra, ale śmierć? Poza tym powtórzę swoje pytanie o wroga – czy mamy w tej chwili sposobność, by umierać za Ojczyznę? Bo nasi żołnierze w Iraku czy Afganistanie raczej za Polskę nie polegli.
I teraz mój ulubiony fragment: eliminacja jednostek. Pani autorka nie odbiera nikomu prawa do życia, ale w nacjonalizmie (doktrynie, którą wyznaje) czasem trzeba poświęcić jednostki, które są przeciwne czemuś. Okeeeej, mój promotor już by to uznał za sprzeczne znaczeniowo i wykreślił z pracy. 😛 A teraz nasuwa się inne pytanie: na jakiej zasadzie miałaby polegać taka „eliminacja”? Wykluczanie ze społeczeństwa, wywalanie z pracy, terror, prześladowanie, czy otwieramy obozy koncentracyjne i niech pracują na trzy zmiany, dopóki się tych niedobrych jednostek nie wytłucze?
Oj, posłuchałabym z chęcią, jakie to grupy autorka tekstu by z chęcią wyeliminowała. I parę słów ode mnie: jeszcze się taki nie urodził, co by się nie mylił.
Na zakończenie cytat, który podniósł mi momentalnie ciśnienie:

Ostatnio usłyszałam argument na temat aborcji po gwałcie. Mężczyzna nie uczy się w taki sposób odpowiedzialności. Niech płaci za dziecko.

Moi drodzy, przeczytajcie to jeszcze raz i powiedzcie, co jest nie tak.
Mężczyzn po gwałcie powinno się w więzieniu zamykać, a nie tylko zmuszać do płacenia na dziecko. Najpierw jednak trzeba tego mężczyznę złapać… Poza tym zgwałcona kobieta nie musi całe życie cierpieć, bo ją jakiś zwyrodnialec w parku złapał i zrobił coś, czego się nikomu nie życzy. A wychowywanie dziecka gwałciciela do przyjemności raczej nie należy, prawda?
Moje zdanie we wszystkich wyżej wymienionych aferach:
Jestem przeciwniczką aborcji w tego słowa znaczeniu, ze sama bym nie usunęła ciąży. Jeśli jakaś baba chce, niech usuwa, to jest jej i lekarza problem. W Czechach jest legalna aborcja, kosztuje ok. 2000 koron, a dokonuje się mniej zabiegów, niż u nas.
To, że mam ochotę uruchomić obóz koncentracyjny i tam wysyłać beznadziejne przypadki, nie znaczy, że się tym chwalę na prawo i lewo i że uważam, że eliminacja jednostek pomogłaby społeczeństwu. Lepiej zapobiegać, niż leczyć, lepiej przeciwdziałać, niż potem mieć butthurt.
Jak Wam się tak nie podoba, to zaangażujcie się w przeciwdziałanie alkoholizmu, w pomoc humanitarną, a nie tylko gadacie o tym, że Ojczyzna potrzebuje pomocy.
Powiedziałam to ja, Cathrynek, człowiek z poglądami centrolewicowymi*** i biseksualistka.
O.
Z serdecznymi pozdrowieniami
C.R.
P.S. Bo nie mogę po prostu napisać, że jak ktoś mówi, że homoseksualiści to zło i jakieś pojeby, to mnie zwyczajnie wku*wia, bo ktoś po mnie jeździ. 😛

*uogólniam, znam normalnych ludzi z lekkim odchyleniem w prawo i nie chcę ich urazić. Z góry przepraszam.
**tutaj jest chyba jakiś błąd logiczny, bo właściwie nie wiadomo, co mamy pokazywać – gardę, nacjonalizm czy patriotyzm. Swoją drogą, jak można pokazywać nacjonalizm? Patriotyzm zrozumiem, ale nacjonalizm? Czarna magia xD
***kiedyś sobie test zrobiłam.

Świątecznie.

Jakoś nie czuję tych świąt.
Śnieg za oknem topnieje z prędkością światła, kolacja wigilijna szybko zleciała i resztę wieczoru spędziłam, dłubiąc szydełkiem w robótce.
Czy to ze mną jest coś nie tak, czy z czasem po prostu przestaje się odczuwać atmosferę świąt?
Czy w ogóle jakąkolwiek atmosferę. Za ponad miesiąc skończę 22 lata (o matko, nie wierzę, że aż tyle, nie jestem tak stara, Bożeeeeee, niektóre moje koleżanki już mają dzieci, jak to w ogóle jest możliwe itd.) i nie cieszę się z urodzin. Bardziej się cieszę z innych okazji, typu czyjeś urodziny czy imieniny. Nic, co jest ze mną związane, nie daje mi radości.
Troszkę pesymistycznie, ale ile można słodzić w święta 😛
Już wspomniałam, że robię na szydełku. Stwierdziłam, że trzeba się nauczyć czegoś konstruktywnego, a nie tylko książki o Żydach czytać. Od wczoraj się uczę, na razie robię ciasne półsłupki i cichutko klnę, bo mi się ciężko na tym pracuje. Ale piorunem się uczę! Za pierwszym podejściem nawet nie umiałam utrzymać szydełka. Dość długo się złościłam, ponieważ łańcuszek mi nie wychodził, a potem się zorientowałam, w czym rzecz. Jestem leworęczna, a szydełko trzymam prawą dłonią _^_ Przestawiłam się na lewą, ale było jeszcze gorzej… W końcu zaczęłam łapać, o co chodzi i ciężko mnie teraz oderwać od tej dłubaniny. A licencjat się kurzy… ^^’ Dzisiaj do niego usiądę, ile można się lenić.
Poza tym to święta upływają pod znakiem odpoczynku i nadrabiania książek. Starcie królów genialnie mi się czyta, nie wiem, co zrobię, kiedy się to skończy… A, wiem, pójdę do Mel po kolejny tom. xD
Zastanawiałam się, czy nie zrobić jakiejś super wypaśnej notki świątecznej, wiecie, ze zdjęciami, choinką, Heńkiem na choince, ale doszłam do wniosku, że zwykły tekst Wam wystarczy.
Także miłego (dalszego) objadania się, zadowolenia z prezentów i spokoju ducha Życzy Wam
jednoosobowa redakcja New Shadowlife _^_

Odkrycia roku 2012 – książki.

Z racji tego, że koniec świata nie nastąpił, trzeba się zmobilizować do dalszego istnienia i wziąć za jakąś robotę. Obecnie jestem w trakcie wielkiego sprzątania pokoju, jednakże siły mnie opuściły i postanowiłam zająć się kolejnymi Odkryciami tego roku.
Wpierw muszę się pochwalić, ponieważ udało mi się ukończyć wyzwanie czytelnicze na rok 2012 (przeczytać tyle książek, by utworzona z nich sterta była mojego wzrostu) ^^ Szczegóły akcji znajdziecie tutaj. Przeczytałam tyle, że jeszcze starczy na buty na obcasie _^_ Jestem z siebie dumna. Poniżej wyciąg z listy „zaliczonych” książek 🙂 Zacznę od tych bardziej znanych.
1. Gra o tron by George R.R. Martin

Kuba i Mizu mi o tym co i rusz wspominali, w metrze widziałam czytających ludzi, serial obejrzałam, więc nie dziwne, że się dałam skusić. Nie wciągnęło mnie tak, bym siedziała po kilka godzin i czytała bez przerwy. Musiałam sobie dawkować, ale dawkowanie było baaaardzo przyjemne. Świetnie napisane, nie znalazłam niczego, do czego mogłabym się przyczepić. Zaskakujące jest to, że autorowi udało się wczuć w psychikę kobiet i nie przegiąć z niektórymi ich zachowaniami. To trudna sztuka, więc jestem pod wrażeniem. Polecam wszystkim, którzy lubią fantasy i nie boją się najróżniejszych scen seksu (których w sumie nie ma aż wiele, książka liczy sobie ponad 800 stron i ciężko by było zrobić z niej porno). Dodam jeszcze, że moimi ulubionymi postaciami są Tyrion i Daenerys, przy czym zadziwiam każdego rozmówcę drugą ulubienicą. ^^’
2. Cień wiatru by Carlos Ruiz Zafon

Kiedy miałam praktyki w bibliotece, ze dwa razy udało mi się tę książkę ustawić na półce. Wiecznie ktoś ją chciał, podobnie jak inne dzieła tego pana. Zastanawiałam się, czy to nie tak, jak z Jeźdźcem miedzianym (że baby kochają, ale to romansidło i nie warto tykać). Okazuje się, że to nie jest złe! Przyjemnie mi się czytało Cień wiatru, miałam swojego ulubionego bohatera, który wywoływał u mnie ataki śmiechu, historia nie była wyjątkowo naciągana… Jestem ciekawa kontynuacji.
Ten wpisik jest dedykowany Ino, która bardzo lubi Zafona i mi o nim dużo fajnych rzeczy opowiedziała w Pradze. 🙂
3. Każdy szczyt ma swój Czubaszek by Maria Czubaszek i Artur Andrus

Autorka narobiła dużo szumu wokół tej książki, poruszając temat swoich aborcji. Przez co niektórzy ludzie (to wynika z moich rozmów i obserwacji!) albo właśnie dlatego chcą to przeczytać, albo podchodzą do tej lektury jak pies do jeża. Oświadczam wszem i wobec: ani razu ten wątek nie jest poruszany. Ani razu. Raz tylko była rozmowa o dzieciach. Ci, co się boją, mogą czytać. Ci, co się nie boją, też mogą czytać, ale dla barwnych historii z życia Czubaszek i innych, bliskich jej ludzi.
Co poniektórych sytuacji nie rozumiałam i musiałam prosić mamę o wytłumaczenie (wszystko przez to, że nie doświadczyłam komuny). Tak to oceniam książkę pozytywnie. Całkiem niezła rozrywka.
4. Lot nad kukułczym gniazdem by Ken Kesey

Częściowo zaspokoiłam głód klasyki literatury amerykańskiej. Poza Lotem… zmęczyłam jeszcze parę innych rzeczy, w tym Kompleks Portnoya, ale o tym innym razem.
Lot nad kukułczym gniazdem to nie książka dla każdego. Mi się podobała, bo lubię klimaty szpitali psychiatrycznych (zajmowanie się obozami koncentracyjnymi ryje psychikę, pamiętajcie o tym). Ciężko mi powiedzieć, co tak naprawdę mi przypadło tutaj do gustu poza szpitalem. Chyba to, że bardzo odczuwałam przeżycia bohaterów. To osaczenie, beznadzieję, radość z powodu wygłupów jednego z pacjentów. Podczas lektury mocno pracowała mi wyobraźnia. Zwłaszcza pod koniec.
Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić. Ale zachowajcie dobrą kolejność, jeśli możecie: wpierw książka, potem film.
5. Złodziejka książek by Markus Zusak

Rewelacja! Nie zniechęcać się grubością! Nawet nie zauważycie, kiedy się ta książka skończy.
W moim życiu pojawia się coraz więcej książek o wojnie, gdzie głównymi postaciami są dzieci. Dziennik Anne Frank, Dziewczynka w zielonym sweterku, Chłopiec w pasiastej piżamie, planuję przeczytać Pamiętnik Dawida Rubinowicza… I do tego zestawienia doszła Złodziejka książek.
Książkowy wyciskacz łez, ale wart przeczytania.
6. Noc żywych Żydów by Igor Ostachowicz

Huhu xD Najbardziej obłędna książka roku. Odkąd tylko dowiedziałam się o jej istnieniu, zapragnęłam ją nie tyle przeczytać, co mieć. Musiałam kupić sobie własną, inaczej bym skisła. Udało się, mój wychuchany egzemplarz stoi na półce (był ze mną nawet w Pradze).
Spodziewałam się, że to będzie historia o Żydach-zombie, ale na szczęście tak nie było. To były po prostu… ożywione trupy, które miały swoje kryjówki w piwnicach kamienic przy ulicy Anielewicza w Warszawie.
Po lekturze naszła mnie masa refleksji, ale podczas czytania co i rusz się podśmiewywałam, zwłaszcza z tego, jak bohaterowie wybierali się na zakupy do Arkadii. Polecam gorąco, mogę nawet pożyczyć, jak ktoś chce xD
7. Kolonie Knellera by Etgar Keret

Keret jest moim osobistym objawieniem tego roku. Znalazłam jego książki na półce w BUWie (ile razy brałam tam coś z regału i okazywało się być zarąbiste). W ogóle wcześniej o nim nie słyszałam, a tu się okazuje, że to jeden z najbardziej znanych izraelskich pisarzy… Ups ^^’ Eniłej: Kolonie mnie skusiły i zabrałam je do domu.
Jest to zbiorek opowiadań, przy czym najciekawsza jest historia kolonii Knellera. Otóż wyobraźcie sobie miejsce, do którego po śmierci trafiają samobójcy. Ani niebo, ani piekło, coś w rodzaju czyśćca. Tam sobie siedzą sami samobójcy, pracują, mają różne normalne problemy, żyją jak zwyczajni ludzie, z tym, że są dość pesymistyczni i mają często jakieś zdeformowania wskutek śmierci (np. blizny na rękach po podcięciu żył i inne takie). Podziwiam Kereta: ten świat jest niezwykły. Relacje między bohaterami są niezwykłe xD Byłam zachwycona podczas lektury i będę to z uporem maniaka wciskała każdemu chętnemu.
Więcej książek Kereta nie udało mi się w tym roku przeczytać, ale w przyszłym to nadrobię (już mi się klarują postanowienia noworoczne ^^).
8. Tłomackie 13 by Zusman Segałowicz

Chodzenie na oguny się opłaca – na wstępie do literatury jidysz poznałam masę ciekawych książek. Tłomackie 13 podbiło moje serce, ponieważ opisywało środowisko warszawskich literatów żydowskich i ich podróży (m.in. do Wołomina!!!). Autor jednak co i rusz przypomina, że to grono już nie istnieje, zabrała je wojna. Bardzo smutna książka, ale można się z niej wiele dowiedzieć.
9. Chore perły i inne opowiadania by Alter Kacyzne

Tutaj z kolei urzekły mnie opisy. Autor był fotografem, niektóre jego opowiadania to przeniesione na papier obrazy. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak plastycznego przedstawiania świata. Poza tym, Kacyzne porusza wiele razy tematy erotyczne, zdarzyło mi się być w szoku podczas lektury _^_ Polecam.
10. Tekstylia by Orly Castel-Bloom
Ostrzegam, opis z tyłu okładki przekłamuje. Źle opisano relacje między bohaterami (w książce przedstawiono wycinek historii pewnej rodziny), co mnie ździebko zdenerwowało (nie znoszę wprowadzania czytelnika w błąd), ale sama powieść była rewelacyjna, więc nie będę się niepotrzebnie złościć.
Pierwszy raz czytałam coś o obecnym życiu w Izraelu. Mój błąd: na polski zostało przetłumaczonych wiele książek o współczesnym życiu w tym państwie, trzeba nadrobić. Autorka pisze o podejściu do religii, do żydostwa w ogóle, do polityki… Jest wszystkiego po trochu, tak, jak w normalnym życiu.
Czytałam to podczas pobytu w Gdyni z Moją Siostrą. Za jednym posiedzeniem przeczytałam ponad pół książki. To o czymś świadczy, prawda? 😉 Czekam na inne tytuły Castel-Bloom (Tekstylia jak na razie są jedyne w Polsce).
11. Przestrzeń za szkłem by Simon Mawer

Spodziewałam się po tej książce ciutkę więcej, ale nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana. Zawarto tutaj wszystko, czym się interesuję: przedwojenną i ogarniętą wojną Czechosłowację, Żydów, Holokaust, dzieje powojenne ocalałych… Nie wiedziałam, że tak się da.
Polecam, można brać w ciemno, nie sądzę, by ktoś z Was był rozczarowany.
12. Portret Marcina Blaskowitza by Ladislav Fuks

Przejdziemy teraz do książek stricte czeskich. Udało mi się wypełnić postanowienie na ten rok, że nadrobię czeską literaturę. Nadrobienie jednak nie było równoznaczne ze znalezieniem wielu perełek. W przyszłym roku postawię na klasykę (i będzie mniej Žambocha xD).
Mój ulubiony czeski pisarz był gejem. Nie dlatego jest moim ulubionym pisarzem 😛 Każda jego książka mnie zaskakuje. Czasem raz, czasem dwadzieścia razy. W przypadku Portretu… po jakichś dziesięciu razach przestałam liczyć.
To cieniutka książeczka, która jest jedynym dziełem Fuksa zahaczającym o homoseksualizm (piszę „zahaczającym”, ponieważ można się sprzeczać, czy główny bohater miał skłonności, czy nie). Zajęła mi jeden letni wieczór. Nie mogłam się oderwać. Usiłowałam za wszelką cenę dowiedzieć się, czy jedna z postaci zginie, czy nie (to nie jest kryminał! Ciężko się klasyfikuje dzieła Fuksa: Portret… podchodzi pod kryminał, ale jest czymś więcej, jest jedyny w swoim rodzaju).
To dowód na to, że warto słuchać polecanek wykładowców uniwersyteckich. _^_
13. Wesela w domu by Bohumil Hrabal

W tym roku przeczytałam kilka książek Hrabala, w tym niesławne Auteczko, które do tej pory śni mi się po nocach i muszę zawsze potem wygłaskać Lulka. Wesela w domu to moje wielkie odkrycie. Więcej pisałam o tym tutaj. Z perspektywy czasu stwierdzam, że warto było się przemęczyć, bo Wesela w domu są tego warte. Podobnie drugi tom, Vita nuova.
14. Stacja Tajga by Petra Hůlová

Lubię tę autorkę. Czas Czerwonych gór mnie zachwycił, wypatrywałam więc następnej książki przetłumaczonej na polski. I kiedy ją dorwałam, nie mogłam się z nią rozstać. Podróżowała ze mną na uczelnię, w metrze, pociągu, gdziekolwiek. po skończeniu bardzo długo o niej myślałam.
15. Azazel by Boris Akunin

Moja pierwsza książka Akunina, wciskana przez D~Bognę. Dziewczyna wiedziała, co robiła, polecając mi tę książkę. Oczywiście, dalej nie czytam kryminałów, ale Akunin mnie zaskoczył i jestem ciekawa innych jego książek o Fandorinie.
16. Bojowa pieśń tygrysicy by Amy Chua

O książce powstała oddzielna notka. Mimo, iż jestem cały czas przerażona postawą tej kobiety, sama książka nie jest zła i można ją przeczytać. 🙂
17. Czytelniczka znakomita by Alan Bennett

Ciekawa opowieść o tym, co by było, gdyby królowa angielska odkryła w sobie pociąg do książek. Gratka dla erudytów 😉
18. Zupa z ryby fugu by Monika Szwaja

Najbardziej dojrzała powieść Szwai. Zdarzyło mi się zaśmiać, ale głównie pilnie obserwowałam przemianę, jaka zachodziła w psychice bohaterów. Jeśli ktoś mi powie, że polska literatura kobieca jest niepoważna i nie warto nią sobie zawracać głowy, wcisnę mu na chama właśnie tę książkę, by raz na zawsze wybić podobne bzdury z głowy.
19. Opowieści z Dzikich Pól by Jacek Komuda

Od wielu lat ciągnęło mnie do tej książki, ale znalazłam na nią czas dopiero w Pradze (opłaca się brać na wyjazdy dwie lektury). Pierwszy raz miałam do czynienia z horrorem sarmackim _^_ Uważam, że to najlepsze dzieło Komudy. Jeśli ktoś chce zacząć zgłębiać jego twórczość, niech zacznie od tego właśnie – nie zawiedzie się.
20. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety by Swietłana Aleksiewicz

Zbiór reportaży i wywiadów, które autorka przeprowadzała z weterankami II wojny światowej (czy też Wielkiej Wojny Ojczyźnianej) z Rosji i nie tylko. Robi duże wrażenie, nie da się przeczytać naraz całości, bo nowo zdobyta wiedza przytłacza. Polecam, to bardzo ważna książka.
Dużo tego, nie? Mogłabym tak pisać bez końca, ale byście posnęli z nudów. Mam nadzieję, że zainspirowałam dzisiaj kogoś i że podsunęłam naprawdę ciekawe rzeczy. A teraz wracam do sprzątania 🙂
Wasza zaczytana w Starciu królów
Cathryn
P.S. Właśnie się dowiedziałam, że zmarła Květa Legátová, jedna z najlepszych pisarek na świecie (jestem wielką fanką jej książek, dzięki nim zapałałam miłością do czeskiej literatury), autorka Hanulki Jozy i Żelar. Dożyła 93 lat, to piękny wiek. Cześć jej pamięci.

Sprawozdanie z końca świata.

Koniec świata – pojęcie, które co poniektórym spędza sen z powiek, u innych wywołuje facepalmy i stoi na tej samej półce w rankingu dziwacznych teorii co wyrzutnia brzóz w Smoleńsku, a jeszcze innych po prostu śmieszy. Sama zaliczam się do ostatniej kategorii.
Dziś jest dzień, w którym koniec świata powinien nastąpić. Co prawda, jeśli całkiem nastąpił, to go nie zauważyłam – Internet chodzi, prąd w domu mam, żadnej komety na niebie nie dostrzegłam, nic nie pierdutnęło o ziemię… Jednakże udało mi się dostrzec różne odchylenia od normy i chcę się z Wami tym podzielić. Przed Wami moja relacja z końca świata.
***
Otóż koniec świata zaczął się całkiem niewinnie.
Wstałam rano (z niechęcią, jak zwykle), nawrzeszczałam na papugę, bo się darła i ze zdumieniem odkryłam, że słońce wyszło zza chmur. Przy okazji wyjaśniło się, czemu Heniek mordę piłował, ale nieważne. To mnie już zdążyło zaniepokoić. Słońce jest, zaraz go nie będzie, pojawi się kometa, pierdutnie i będzie po nas. A jednak nie: pogoda dalej jest śliczna. No dobra. Wstałam, zjadłam śniadanie, ubrałam się, ogarnęłam i poszłam na stację.
Pociąg miał dwudziestominutowe opóźnienie – to jeszcze nie jest dziwne, w końcu zima zaskoczyła wszystkich (again). Chwilę po ogłoszeniu komunikatu na stacji przeszło mi przez głowę: „A co, jeśli w Małkinii pierdutnęła kometa i dlatego pociąg nie przyjechał?!”. Spokojnie, bez paniki, jakoś się te kilka wagonów przyczłapało i udało mi się dotrzeć do stolicy.
Dotarłam do Biblioteki Narodowej i tam przywitała mnie… Nowa szatniarka. Była na zastępstwie za koleżankę. Wyobraźcie sobie mój szok! Nieznana babka, która ma się zająć moim okryciem i plecakiem, a do tego nie ma mojej ukochanej szatniarki (mam taką, kuleje i ma boskie teksty)!!! Skuliłam się, zamknęłam oczy i oczekiwałam najgorszego. Nic się jednak nie stało, więc po chwili ruszyłam w kierunku czytelni.
W BNie piorunem się uwinęłam, postanowiłam więc pojechać po zakupy do Teska na Targówku. Zaniepokoiło mnie to, że wszystkie potrzebne środki lokomocji pojawiały się błyskawicznie (metro plus autobus). Sorry, jest zima, wszyscy kierowcy są zaskoczeni, jakim cudem miałam takie szczęście? Wietrzyłam wszędzie podstęp i wypatrywałam komety. Nic się jednak nie działo! Spokojne, lekko zachmurzone niebo, rześkie powietrze, cacy.
W Tesco mnie przy kasie oszwabili o cztery złote. Moja pomyłka, bo nie sprawdziłam kodu kreskowego na stoisku i opakowaniu, ale mimo wszystko mnie oszwabiono. Nie, to już definitywnie zwiastun rychłego końca! Dziarsko jednak wyszłam z marketu i podreptałam na przystanek… Tam czekał na mnie autobus. Co się dzieje z tą stolicą?! xD
Po dotarciu na dworzec od razu miałam pociąg. W Ząbkach zwolniło się miejsce przy oknie. Przeprosiłam współpasażerów, jakoś się przecisnęłam i usiadłam. Nagle przeszedł mnie dreszcz. Koło mnie siedział bowiem jakiś młody fan Legii, który łypał na mnie dziwnie. Miał ładne, ciemne oczy, ale nie patrzyło z nich dobrze. Skuliłam się instynktownie, ale opamiętałam się po chwili (bo co mi gnojek zrobi przy ludziach), a potem zaczęłam się zastanawiać, co mu się w mojej osobie nie podoba. Nie mam na czole wytatuowanej Gwiazdy Dawida… Chyba, że mi żydostwo wyłazi przez oczy. Albo nosem. Nie dowiedziałam się, co młodziana bolało; połypał jeszcze troszkę i zajął się słuchaniem muzyki z komórki.
Dalsza podróż do domu była długa i nudna, bez niechybnych oznak nadchodzącej Apokalipsy.
W domu regularnie sprawdzałam sprawozdania Baśki na YouTube, by być na bieżąco z tym, czy u niej zaczyna się koniec świata.
Oczekiwanie przerwało mi wieczorne przybycie Kuby, z którym potem grałam w Świat Dysku^^’.
***
Podsumowując: jeśli koniec świata nastąpił, to go nie zauważyłam. U mnie wszystko cacy, po skończeniu tej notki wracam do czytania Starcia królów ^^.
A hymnem końca świata zostaje ta piosenka w tym oto wykonaniu. Koniec kropka.

Wasza zaczytana i nadal lekko zaziębiona
Cathryn

Odkrycia roku 2012 – osobiste ;)

Wbrew temu, co sugerowała rozpiska na Facebooku, ten tydzień rozmyślań nad odkryciami roku zaczniemy nie od literatury, ale od osobistych zaskoczeń i tym podobnych rzeczy. Dlaczego? Ostatnio wrzucam masę obrazków i pewnie już się znudziliście 😉 Dla odmiany będzie tekst…
…Okraszony jednym zdjęciem. Wiecie, dzisiaj jest 18 grudnia, pierwsza rocznica śmierci Václava Havla. Z tej okazji powstała inicjatywa, by właśnie dzisiaj, w hołdzie temu wybitnemu człowiekowi, podwinąć nogawki spodni. Pewnie jesteście zaskoczeni i macie ochotę zapytać, czemu. Otóż z Havlem wiąże się taka historia, że gdy obejmował urząd prezydenta, cały świat miał okazję zobaczyć, jak paraduje z podciągniętymi spodniami. Wszyscy myśleli, że są za krótkie (podobno podczas siedzenia się podciągnęły). Dlatego też dzisiaj możemy tak powspominać Havla.
Oczywiście, nie mogło mnie zabraknąć wśród tych, którzy podwinęli nogawki (wiecie zresztą, że zawsze jestem pierwsza przy takich śmiechowych pomysłach). ^^ Tak, możecie się pośmiać z moich skarpetek w misie.

***
Jeżeli chodzi o osobiste odkrycia – rok temu nic z nich nie wyszło, bo się nie wyrobiłam, a dwa lata temu na Facebooku pojawiło się jedynie zdjęcie grzywki Agi, która mnie zachwyciła. Słabiutko. A ten temat to kopalnia ciekawostek, moi drodzy! I przy okazji pomaga usystematyzować niektóre wspomnienia czy fakty. Tak więc zaczynamy!
1. Niebieski fiacik D~Bogny
Dorota ostatnio mi marudziła, że mogłam napisać rok temu o jej fiacie. Że jest odkryciem, bo jest niebieski, jeszcze się nie rozpadł, bo mnie nim wozi etc. ^^’ Nie napisałam, kajam się, piszę teraz. Ale w jakim kontekście? Ano w takim, że:
a) jeszcze się nie rozpadł*
b) dużo w sobie mieści (zakupy, dzikie tłumy ludzi, mnie)
c) wiele razy nam się przysłużył w ciągu tego roku i odkryłyśmy, że nie umiemy bez niego żyć. ^^’
2. Odkryłam, że umiem urządzać wycieczki zagraniczne
O Pradze pisałam tutaj. Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie jestem taka ciapa, jak sądziłam i nawet za granicą potrafię coś fajnego zorganizować. Jeśli chodzi o wycieczki krajowe, powolutku nabieram doświadczenia, ale Praga to było prawdziwe wyzwanie.
3. Wrocław
Co prawda, podczas jazdy do w/w Pragi zatrzymaliśmy się tam tylko na pół godziny, ale to już wystarczyło. Podczas jazdy na dworzec autobusowy siedziałam z nosem przy szybie i tylko krzyczałam: „Dorota, Ino, chodźcie zobaczcie, Boże, jakie to piękne, ja tu zostaję!” i inne tego typu teksty. Wrocław jest przepiękny. Prze-cu-dow-ny!!! Przy najbliższej okazji tam pojadę i zostanę chyba z tydzień.
4. Mieszkanie z papugą w pokoju nie jest takie złe
Wskutek różnych przeżyć i zawirowań Henrycze trafił do mojego pokoju. Mieszka u nas już parę lat, a dopiero niedawno tak naprawdę się z nim zżyłam. Kiedy piszę te słowa, siedzi na oparciu krzesła i stroszy piórka ^^ Papuga potrafi być niezłym budzikiem… I reguluje, kiedy chodzę spać. Czemu? W okolicach północy zaczyna się drzeć i nie daje się uspokoić do momentu, kiedy zgaszę światło. Czasem mam ochotę wywalić go za okno, ale żyć bez tej cholery nie mogę.
5. Biblioteka Narodowa
Ci, co znają mnie bliżej, wiedzą, że gdy usłyszę hasło „BUW”, zacznę się szeroko uśmiechać. Uwielbiam tę bibliotekę, mogłabym tam zamieszkać. Jednakże o miejsce w moim sercu BUW bije się z Biblioteką Narodową.
Do BNu zaczęłam jeździć, kiedy zbierałam materiały do pracy na kulturę popularną Czech. Od paru miesięcy nie ma tygodnia, bym tam nie była. Wolne piątki spędzam, przygotowując coś na licencjat, czytając trudno dostępne lektury czy też poszerzając horyzonty, jeśli chodzi o rzeczy związane z Czechami (czytanie Lidovych Novin na przykład). Katalogi mnie zadziwiają. BUW ma tę wadę, że często ma po jednym egzemplarzu danej książki, który ktoś wyniesie i studenci zostają z niczym, podczas gdy w BNie wszystko jest udostępniane na miejscu. Owszem, trzeba poświęcać czas, ale z racji bycia bezrobotną chwilowo mogę sobie na to pozwolić. Miejmy nadzieję, że mi się kiedyś opłaci.
Żeby nie było, Biblioteka Narodowa ma inne wady, pierońsko drogie ksero chociażby.
6. Bary mleczne
Po cholerę objadać się ciągle kanapkami, skoro za kilka złotych mogę zjeść porządny obiad? Odkąd jestem na trzecim roku, często zaglądam do tego typu miejsc. Moje skąpstwo cierpi, ale żołądek jest zadowolony. ^^
7. Ten kraj nie może przestać gadać o Smoleńsku
Swoje żale wylewałam już kiedyś tutaj. Jakie tu jednak odkrycie? Ano takie, że ten kraj nie jest normalny i pewnie w ciągu najbliższych kilkunastu lat niewiele się zmieni. Ech. Zawiodłam się.
8. Warszawa powolutku ładnieje
Jestem dumna ze swojej stolicy. Przy każdej okazji robię sobie wycieczki po mieście i oglądam zmiany. Nie mówię tutaj o nowych wieżowcach w Centrum, bo są ni przypiął, ni wypiął. Mam na myśli:
a) rozświetlenie Pałacu Kultury i świątecznie oświetlenie Zamku Królewskiego oraz Państwowej Akademii Nauk
b) remont dworców (przymierzam się do notki o Warszawie Wschodniej! Serio, jest nie do poznania)
c) na niektórych trasach jeżdżą nowe autobusy
d) remont budynków (np. przy Placu Bankowym jakiś czas temu zakończyła się renowacja budynku, gdzie kiedyś była restauracja „U Fiszera” – ślicznie to wygląda teraz!)
9. Hale na Marywilskiej
OK, są strasznie daleko, KupiecBus rzadko jeździ, często oferta jest podobna na co drugim stoisku… Ale zauważcie: z Wietnamczykami idzie się pięknie ugadać cenowo! Poza tym sama znalazłam tam już kilka perełek za grosze i z każdej wyprawy jestem bardzo zadowolona. Polecam!
To tyle. Notka o książkach będzie w czwartek albo piątek 🙂
Wasza mniej zachorzała
Cathryn

* Dorota, wiesz, że uwielbiam Twój samochód, ja tak o każdym piszę xD

Odkrycia roku 2012 – AMVki

Moi drodzy, dopadło mnie przeziębienie. Od kilku dni cierpię. Chciałam ten weekend wykorzystać inaczej, pójść na miasto, zrobić coś konstruktywnego, a tu guzik, leżę w łóżku i dogorywam. Gardło mnie tak bolało przez pierwszy dzień, że płakałam na myśl o jedzeniu, a jednocześnie miałam ochotę na chrupki… Jestem niereformowalna.
Nie mogę Was jednak zaniedbywać, obiecałam notkę, to piszę 🙂 (poczekałam jednak, aż mi się zrobi trochę lepiej i będę przytomna). Dzisiaj zestawienie najlepszych AMVek tego roku. Uprzedzam, listy nie należy interpretować w taki sposób, że jak coś jest na pierwszym miejscu, to jest lepsze od chociażby miejsca dziesiątego. Nie kolejność jest podyktowana przez moją listę ulubionych na YouTube xD
Tym razem mam dwa podstawowe źródła teledysków: Kamiana (pozdrawiam serdecznie) oraz listę polecanych filmów na YouTube. Często była taka sytuacja, że ktoś inny polecał mi AMVkę, którą znalazłam kilka dni wcześniej ^^’ Tak więc zaczynamy.
1. Nightmare

Utwór: „Mz Hyde” by Halestorm
Anime: Mirai Nikki

Dzięki temu teledyskowi mam kolejny ulubiony zespół. _^_ Piosenka odzwierciedla klimat anime.
2. Heartstrings

Utwór: „Divenire” by Ludovico Einaudi
Anime: Kimi ni Todoke

Wrzuciłam dużo AMVek z KnT, bo w tym roku jest jakiś wysyp. Ta mi się podobała ze względu na muzykę.
3. Enchanted

Utwór: „Enchanted” by Owl City
Anime: Kimi ni Todoke

Oooo, Owl City. xD
4. Fairytale of Lies

Utwór: „Faster” by Within Temptation
Anime: Romeo&Juliet

Ścieżka, którą podąża Within Temptation, coraz bardziej mi się podoba. Zresztą, mam też sentyment do tej piosenki, ostatnio Kuba często jej słucha. I fantastycznie się przy niej biegnie na autobus xD Anime nie widziałam, ale AMVka zachęciła mnie do seansu.
5. All or Nothing

Utwór: „All or nothing” by Theory of a Deadman
Anime: Sekaiichi Hatsukoi

Podczas pierwszego oglądania byłam zachwycona i piszczałam z radości: wyszalała się moja wewnętrzna yaoistka. Utwór fajnie się wpasował w klimat anime.
6. Affective Schoolgirls

Utwór: „Snuffel” by Equilibrium
Anime: Nichijou

Anime nie widziałam, ale słyszałam, że jest dość psychorypne. Tę AMVkę podesłał mi Kamian (w tamtej chwili stał mi przed oczyma obraz rechoczącego braciszka). Pierwszy raz widzę połączenie pagan metalu ze szkolnym anime o słodkich dziewczynkach, ale efekt mnie powalił xD
7. 150% Lobotomy

Utwór: „Le bien qui fait mal” by Mozart L’Opera Rock
Anime: Fullmetal Alchemist: Brotherhood

Wraz z D~Bogną piszczałyśmy z radości podczas oglądania – mamy kolejną genialną AMVkę do FMA! Poprzednią zmajstrował Tyler i od niej zaczęły się dwie miłości: Doroty do FMA, a M&M’sów do Placebo. Mnie teledysk zachwycił, ale żadnej większej miłości jakoś z tego nie ma. ^^
8. Black Impulse

Utwór: „All The Things She Said” (DnB Remix) by PESS vs t.A.T.u
Anime: Black Rock Shooter TV

Piosenka średnio ma się do anime, ale jak ktoś nie wie, jaka jest fabuła, to powinno mu się to spodobać. Uwielbiam t.A.T.u, wszyscy to wiedzą, a ten remiks wyjątkowo przypadł mi do gustu.
9. Crazy End

Utwór: „The Beautiful People” by Marylin Manson
Anime: Mirai Nikki

Moja miłość do Mirai Nikki i Mansona jest niezmierzona, a kiedy się połączy obydwa te zjawiska, powstaje coś, przy czym Cathrynki dostają tzw. joygazmu xD
10. Empty Motion

Utwór: „Love gun” by Aya Hirano
Anime: różne

AMVka bez fabuły, ale świetnie zmontowana i z wesolutką piosenką Ayi Hirano ^^
11. Death Note and Game of Thrones

Utwór: opening z Gry o tron
Anime: Death Note

Króciutkie, ale mnie zachwyciło montażem.
12. Whataya Want From Me

Utwór: „Whataya Want From Me ” by Adam Lambert
Anime: Sekaiichi Hatsukoi

Kolejna AMVka z SH, mniej zachwycająca niż poprzedniczka, ale mimo wszystko mi się podobała.
13. Magic Eye

Utwór: „No light, no light” by Florence and the Machine
Anime: Steins;Gate

Florence!!! xD Nieważne, że nie znam anime: jest Florence, jest zachwyt! A na poważnie: fajne.
14. Just a dream

Utwór: „Just a dream” by Nelly
Anime: Kimi ni Todoke

Podobała mi się tutaj zabawa kolorami. Samo anime jest słodkie, urocze i w ogóle cudne, a piosenka (plus kolory) nadają mu trochę innego klimatu.
15. Wouldn’t Change a Thing

Utwór: „Doesn’t change a thing” by Camp Rock
Anime: Kimi ni Todoke (once again xD)

AMVka tylko dla fanów Kimi ni Todoke – z przydługim wstępem, ale zadowalającą resztą.
16. Under! Where?

Utwór: „Underwear” by Royal Republic
Anime: różne

Pantsu! Pantsu everywhere!!! Kiedyś widziałam podobną AMV z cyckami. Takie rzeczy robi się dla czystej rozrywki… ^^’
17. Little Girls

Utwór: „Little Girls” by Oingo Boingo _^_
Anime: Azumanga Daioh

Matko, nie znałam wcześniej nazwy zespołu i teraz czuję, że robię głupią minę… Eniłej. Podesłał mi brat. Kiedy to odpaliłam (i przespałam przydługi wstęp), wybuchłam śmiechem i nie mogłam się uspokoić przez kilka minut. Nie ma bardziej trafnej piosenki do tego wątku z Azumangi!!! xD
18. Futuristic Lover

Utwór: „Futuristic Lover” by ktoś podobny do Katy Perry, ale nie wiem dokładnie
Anime: Bakemonogatari

Piosenka jest przerobiona, przez co podoba mi się bardziej, niż oryginał… Nieważne. AMV króciutkie, ale treściwe. W ogóle Bakemonogatari jest wdzięcznym tworzywem.
19. ɴezumi… i want to live…

Utwór: różne
Anime: No. 6

Ooo, No. 6, anime o gejach, którzy rozwalają system… Nie, to nie spoiler, to obiegowa opinia. ^^’ Świetnie zmontowane (mamy tutaj dwie piosenki), z przebijającymi głosami bohaterów, mniamniuśne.
20. Vodoo People

Utwór: „Voodoo People” (Pendulum Remix) by the Prodigy
Anime: Mirai Nikki (again xD)

I ostatnia AMVka w zestawieniu, czyli stare dobre Mirai Nikki plus Prodigy ^^
To tyle na dziś. Nie mam siły na głębsze refleksje. Biorę sobie urlop od uczelni na dwa dni, w tym czasie postaram się wyzdrowieć, ogarnąć i dalej nadrabiać filmy i książki. Może nawet do licencjatu usiądę… ^^’
Wasza smarkająca
Cathryn