Ze skrajności w skrajność, czyli odczucia po lekturze „Bojowej pieśni tygrysicy” Amy Chua.

Zamiast siedzieć nad tekstami na myśl kulturoznawczą i czerpać jakąkolwiek przyjemność z tego, że zostałam słomianą wdową na okres kilku dni, bo Kuba bawi się na Blog Forum Gdańsk, zaczytałam się w książce, na którą czekałam kilka miesięcy (czytelnik przetrzymywał). Mowa o Bojowej pieśni tygrysicy autorstwa Amy Chua – książka ta wywołała spore zamieszanie, ponieważ autorka przyznaje się w niej do stosowania bardzo rygorystycznej metody wychowawczej, polegającej na ciężkiej pracy dzieci, ciągłych ćwiczeniach i nauce oraz zerze swobody. Słyszałam, że ludzie nazywali ją „potworem”, „kobietą, którą własne dzieci powinny znienawidzić” i tak dalej. Z racji tego, że Melanek i D~Bogna utrzymują, że będę bardzo wymagającą matką, postanowiłam się zapoznać z tą książką, by móc zweryfikować, czy będę potworem, czy nie.

Wyszło na to, że książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, pod niektórymi stwierdzeniami mogłabym się spokojnie podpisać, ale tej pani nie zaszkodziłby psychiatra.
Moi drodzy, po wielu latach łażenia po tym łez padole i obserwowania ludzi doszłam do wniosku, że bezstresowe i niewymagające właściwie niczego wychowanie nie daje dobrych efektów. To nie nowość, nie ja jedna tak twierdzę. Co mam jednak na myśli – otóż rodzice, którzy niczego nie wymagają od dzieci (albo tylko wymagają, by się uczyły i były cicho) to według mnie ludzie, którzy albo za dużo pracują i myślą jedynie o zapewnieniu bytu, albo tacy, którym się dziecko po prostu przydarzyło. Nikogo nie oskarżam, każdy ma inną metodę. Czasami myślę o tym, jaką będę i jaką chciałabym być matką (jestem dziwna, zdaję sobie z tego sprawę – mam 21 lat i myślę o dzieciach) i dochodzę do wniosku, że każdy człowiek jakiś potencjał w sobie ma i fajnie by było go wykorzystać. Nie zrobię z dziecka żydołaka, bo mnie jeszcze znienawidzi, nie ma sensu go zmuszać do czytania Kereta czy klasyków literatury jidysz. Jeśli moje dziecko będzie jakoś uzdolnione, to zrobię wszystko, by się mogło rozwijać, bo w dzisiejszych czasach trzeba się nieźle napracować, by się wybić ponad tłumy ludzi stojące w kolejce do pośredniaka. Widzę, że posyłanie dzieci do szkół językowych daje efekty, więc pewnie (zależy też od finansów) dam swojemu potomkowi kopa na rozpęd i każę się uczyć języka – nie ma czegoś takiego, że to mu się w życiu nie przyda. Nie wierzę w to.
Dość moich rozmyślań, bo uśniecie z nudów. Według mnie pani Chua robiła wszystko, by ją własne dzieci znienawidziły i by ją oddały na starość do domu opieki. Z racji tego, że byłam wychowywana w zupełnie inny sposób, szokuje mnie postawa autorki książki, szokuje mnie to, że nawet na wakacjach kazała córkom ćwiczyć po tyle samo godzin, co normalnie, bez przerwy je poniżała i nigdy nie chwaliła ich publicznie – co jest złego w powiedzeniu dziecku przy ludziach, że rodzic jest z nich dumny, do cholery? Te kilka słów sprawia, że dziecko zostaje uskrzydlone i ma chęć na więcej pracy. Tak było przynajmniej w moim przypadku. Nie rozumiem tego, nie rozumiem wiecznych pretensji i wpędzania dziecka w głupie myśli. Ta pani jest strasznie nerwowa, cały czas się trzęsła o swoje dzieci i chyba nie potrafi bez nich żyć. Ciekawa jestem, co będzie, jak zostanie sama z mężem, bo córki się wyprowadzą.
Znałam przypadki bardzo konserwatywnych rodzin, gdzie rodzina była na pierwszym miejscu, a każdy obcy był lustrowany i bardzo często przeganiany z otoczenia dziecka na różne sposoby – pytam się, jaki w tym sens? Rodziny zabraknie i co dziecko zrobi? Dla mnie ważne jest to, by utrzymywać kontakty z kimś spoza rodziny (nawet, jeśli mam tylko kilka zaufanych osób wokół siebie. Nie potrzebuję dzikich tłumów), by poznawać nowe punkty widzenia, a nie przyjmować jako pewnik to, co powiedzą rodzice, zwłaszcza, że ci są tylko ludźmi. Mają prawo się mylić i popełniać błędy.
Co jest złego w tym, że dziecko ma własne zdanie i chce robić coś innego? Spotkać się z kimś, trochę krócej ćwiczyć grę na instrumencie, wyjść wcześniej na przerwę w szkole? Co jest w tym złego? Czuję, że nie potrafiłabym być aż tak wymagającą matką. Popadłabym pewnie w gorsze skrajności.
Gorąco polecam Wam tę książkę – jest napisana żywym językiem, przyciąga uwagę czytelnika (zwłaszcza fakt, że autorka co i rusz odwołuje się do zakończenia – jak to córka ją wystrychnęła na dudka). Nie dała mi spokoju: wczoraj ją wypożyczyłam, dwie godziny temu skończyłam. Warto było to przeczytać, chociażby po to, by zweryfikować swoje osądy i pomysły na rodzicielstwo.
Wasza mająca nad sobą miecz Damoklesa pod postacią prezentacji na myśl kulturoznawczą
Cathryn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s