Chała tygodnia na Halloween ;)

Moi drodzy, na wstępie chciałam zaznaczyć, że blog nie będzie się opierał tylko i wyłącznie na Chałach tygodnia i nie będzie tak, że przy każdej możliwej okazji coś zjadę. Nie mam duszy hejtera ani nie wiadomo jakich zacnych materiałów – wszystko trafia mi się praktycznie przypadkowo. Jeśli się komuś nie podoba, czytać nie musi 😉
To tak: dzisiejsza Chała ma specjalny wydźwięk, ponieważ wielkimi krokami zbliża się Halloween: zachodnie święto, które przewspaniały i bez wad Kościół katolicki potępia. Od razu powiem, że osobiście nic przeciwko temu świętu nie mam (bo i po co), sama świętuję na swój sposób szabat i w piątkowe wieczory się opierniczam w myśl hasła „w szabas się nie pracuje” ^^ Co jednak mi się nie podoba: sposoby nie tyle celebracji, co ozdabiania tego święta. Mam na myśli obrazki, które można znaleźć poniżej.
Niejaki Pablo Stanley, znany szerzej z komiksów z Kapitanem Oczywistością oraz Grammar Nazi, zirytował mnie niemiłosiernie jakiś czas temu serią obrazków pod tytułem „Childhood Zombified”, co w wolnym (tj. Cathrynkowym) tłumaczeniu oznacza tyle, co „dzieciństwo przesycone zombie”. Nie da się tego ładnie przełożyć, proszę się nie czepiać. Otóż pan Stanley wpadł na genialny pomysł, by bohaterów kreskówek (które kojarzą właściwie wszyscy z mojego pokolenia, a jeśli nie, to sorry, ale mieliście zrypane dzieciństwo) przerobić na… Zombie. Właśnie. Nie mam nic do tematów o zombie, ale to połączenie wydało mi się ohydne. I tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu w miarę upływu czasu i zamieszczania na Facebooku kolejnych obrazków. Wrzucam tutaj tylko kilka, byście się nie załamali:



To jest po prostu straszne. Czuję się tak, jakby moje dzieciństwo zostało zgwałcone. I to wielokrotnie. Niby człowiek dorósł, ale te obrazki mnie przerażają i kompletnie nie rozumiem, jaki był zamysł autora. OK, tego typu rzeczy na pewno się sprzedadzą… Ale wywołują też masę dziwnych myśli. Nie podoba mi się to i tyle.
Mamy też przykład z polskiego podwórka – za przerabianie bohaterów filmów i seriali animowanych na zombie zabrał się MNQ, autor uwielbianego przeze mnie (zupełnie nie wiem, czemu) komiksu o przygodach Człowieka Skurwiela. W jego sklepiku z gadżetami z komiksu można kupić specjalne koszulki z limitowanej edycji na Halloween. Powiem tyle, że cieszę się, ponieważ nie zdecydował się na przerobienie na zombie wszystkich z wybranych postaci – niektórzy zostali pogromcami zombie i to mi się cholernie spodobało. ^^



Krecik! Rumcajs! Studia padły mi na mózg! xD
Wracając do tematu – te obrazki są obrzydliwe. O ile akcje typu Zombie Walk, malowanie się i strojenie jestem w stanie zrozumieć, to tego typu rysunki gwałcą moje poczucie estetyki i mam poczucie przekroczenia tabu. Chciałabym część z tych bajek pokazać swoim dzieciom, do cholery…
Życzę Wam miłego długiego weekendu, żadnych niemiłych przygód na cmentarzach, odpoczynku i świętego spokoju. A Wy możecie mi życzyć, bym się wreszcie ogarnęła. xD
Wasza mająca problemy z pisaniem licencjatu („Co ja poradzę na to, że pani ma obsuwę? Odda pani za tydzień”)
Cathryn

Ewolucja piosenki, czyli o „Gangnam Style” PSY.

Chyba się domyślacie, o czym będzie ta notka 😉
Proszę państwa, z racji tego, że mam dużo na głowie, licencjat jakoś nie chce się pisać i pierońsko mi się nic nie chce robić, postanowiłam opisać kolejną ewolucję piosenki. Notka o Sexy and I know it spotkała się z miłym przyjęciem, niektórzy czytelnicy nie znali wcześniej wymienionych przeze mnie parodii, tak więc myślę, że drugie tego typu zestawienie nikomu krzywdy nie zrobi. Przed Wami ewolucja piosenki Gangnam Style 🙂
O tym ciekawym utworze usłyszałam w momencie, kiedy zajął już pierwsze miejsce na liście wyświetleń na YouTube. Na początku zabierałam się do niego jak pies do jeża („matko jedyna, co to ludzie znowu wymyślili, pewnie jakieś badziewie”). Średnio mi się podoba koreańska muzyka, mało jej słucham i nie za bardzo jestem w stanie się o niej wypowiedzieć.
Moje wrażenia po pierwszym obejrzeniu teledysku?
„It’s so… Korean” ^^
Ludki, uśmiałam się przy tym. Cały dzień mi się gęba cieszyła na samo wspomnienie tego, jak wokalista wywija, jak to dziwne coś przypominające confetti lata, jak się wszyscy cieszą i tańczą „horse dance”. Sama miałam ochotę popodskakiwać troszkę (ku uciesze Kuby), ale mi to tak dobrze nie wychodzi. Te jaskrawe kolorki, te stroje, dodatki – wszystko to znam z filmów, nielicznych utworów muzycznych i innych rzeczy made in South Korea. Innymi słowy: PSY mnie kupił.
Może teraz słówko o tym, kim ten pan właściwie jest: wiedzieliście, że PSY studiował w Bostonie? Facet świetnie mówi po angielsku (oglądałam kawałek programu Ellen Degeneres), naprawdę umie tańczyć i jest przede wszystkim skromny. I taaaki pocieszny! ^^ Gangnam zaś to luksusowa dzielnica Seulu, z której PSY pochodzi.
Dość gadania, macie oryginał:

Piosenka piorunem podbiła zarówno koreańskie, jak i światowe Internety. W tempie błyskawicznym zajęła pierwsze miejsce na liście wyświetleń na YouTube, a PSY teraz dzielnie koncertuje i udziela najrozmaitszych wywiadów.
Ta piosenka jest dowodem na to, że nie trzeba (kolokwialnie rzecz ujmując) szczuć wokół cycem i golizną oraz śpiewać po angielsku, by stać się sławnym. True Story.
Z prędkością światła powstała masa przeróbek. Z tych kilkunastu, które widziałam, wybrałam parę, które wg mnie zasługują na wyróżnienie. Na początku teledysk, gdzie piosenka nie została zmieniona, ale… Zobaczcie sami.
Skyrim: Gangnam Style Dance

Nie jest wybitne, ale mnie rozbawiło ^^
Można mieć głos jak Pokemon

Poległam. Po prostu poległam, kiedy usłyszałam, jak Hyuna śpiewa. Jest ładna, zgrabna, świetnie tańczy, ale niech się trochę zastanowi nad swoim głosem, bo wywołuje salwy śmiechu (moja propozycja: niech pracuje w dubbingu, będą ją tam kochali).
Swoją drogą, ta wersja nie jest parodią, ale i tak można się setnie ubawić xD
Oppa Sandman Style

Uwielbiam Mashupy. Zazwyczaj stanowią dowód na to, że wśród internautów znajdą się wybitnie kreatywne jednostki. Moim zdaniem najlepszy mashup to ten, gdzie połączono Biebera i Slipknota, ale to swoją drogą. 🙂 Swoją drogą, ciekawe, czy ludzie z Metalliki to słyszeli. ^^
Jewish Style

Kuba nie wiedział, co czyni, pokazując mi tę piosenkę. Mój absolutny numer jeden!!!
Podobnie, jak w przypadku I’m Jewish and you know it, piosenka (oraz teledysk) służą przybliżeniu kultury i tradycji żydowskiej. W Jewish Style mamy pokazane najróżniejsze święta oraz rytuały żydowskie (obrzezanie, bar micwa, Rosz Haszana, Jom Kippur etc.) oraz punkty widzenia (podejście żydowskiej matki do gojskiej dziewczyny). Twórcy mieli zarąbiste pomysły na zaprezentowanie tego wszystkiego. Do tego dodajmy choreografię (podziwiam ich za to, jest naprawdę dopracowana), odwzorowanie poszczególnych elementów z oryginalnego wideo (chociażby kolejność układów tanecznych, czołówka z samolotem i wachlarzem, wybuch czy sceny w autokarze) i kolorowe ciuchy. Plus te przecudowne Gwiazdy Dawida w formie wisiora – ja chcę taką!!!
Gandalf Style

Ulubiona przeróbka Kuby. Krótka, ale treściwa – brawa dla twórców za pomysł i dowcipne nawiązania do Władcy Pierścieni. Swoją drogą, reakcje przechodniów były niezłe. 🙂
Hitler Version

Trzeba mieć już naprawdę zryty mózg, by pokusić się o próbę stworzenia przeróbki z Hitlerem. Jakby ktoś nie wiedział – sceny pochodzą z Upadku, a tekst nie ma najmniejszego sensu. Po jakimś dziesiątym odsłuchaniu zaczęło mnie to nawet śmieszyć. ^^’
Eastern Europe Style

I na koniec w miarę świeże odkrycie – twórca jest Serbem, mieszka sobie w Wielkiej Brytanii i kręci różne filmiki. Między innymi ten.
Moje podsumowanie – Gangnam Style dla ubogich, ale jakie śmieszne! xD Okazuje się, że stereotypy o Polakach w Wielkiej Brytanii nie dotyczą tylko moich rodaków, ale też innych ludzi z Europy Wschodniej. Oczywiście, większość z zaprezentowanych sytuacji jest tutaj strasznie przejaskrawiona, ale chodziło tylko o to, by się pośmiać. Wódka się leje, ludzie się tłuką, pracują za śmieszne pieniądze, to takie swojskie. Plus jedno moje spostrzeżenie: niektóre sceny strasznie przypominały mi te z filmu Czarny kot, biały kot Kusturicy xD
Mam nadzieję, że zestawienie się podoba, nie wyszłam (jak zwykle) na głupka, który ogląda byle pierdoły zamiast pisać licencjat ^^’
Wasza patrząca na ten biały syf za oknem i załamująca ręce
Cathryn

Chała tygodnia – „1920 Bitwa Warszawska”

Podejrzewam, że wyborem filmu nikogo nie zaskoczyłam. Notkę dedykuję Paulinie Ł., od której cały czas czegoś się uczę (i dzięki której poszerzyłam troszkę swoje filmowe horyzonty) 😉

Pamiętam, jak Paulina właśnie opowiadała o tym filmie na seminarium. Pamiętam też, jak Pan Promotor się uśmiechał i jak powiedział słynne dwa zdania, podsumowujące omawiany dziś tytuł.
„A ja nie obejrzałem tego filmu. *chwila ciszy* Bo nie chciałem.”
To mówi wszystko. Ja jednak zdecydowałam się zaryzykować, postawiłam wszystko na jedną kartę i obejrzałam 1920 Bitwę Warszawską (beznadziejny tytuł, pozwolicie, że utnę datę w dalszej części notki). Z jednej strony bardzo chciałam to zobaczyć, by móc się zwyczajnie pośmiać z aktorów, z drugiej jednak mam niemiłe wspomnienia związane z paskudnym epizodem w mojej przeszłości, a elementem tego epizodu miało być asystowanie właśnie w tym filmie. Czy do niego doszło, nie wiem, nie interesuje mnie to, ale niesmak pozostał. Rozłożyłam sobie seans na dwa dni…
I co?
I tutaj widać, że się nie nadaję na hejtera – wiem, że to chała, ale nie umiem napisać, dlaczego. Pozwolicie, że notka będzie trochę chaotyczna (przymknijcie oko na ewentualne głupie sformułowania).
Primo: uważam, że nie powinno się kręcić filmów w estetyce kiczu. A ten film jest pięknym przedstawicielem przesadzonych produkcji historycznych. Krew leje się przez ekran (bądź przez matrycę laptopa) hektolitrami. Cały czas sobie powtarzam, że bitwa przecież nie może być piękna i bezkrwawa, ale mam wrażenie, że twórcy ostro przegięli z tą ilością (aż mi się Pasja przypomniała). Kolory były przesadzone, za dużo intensywnych barw wg mnie było (spróbujcie mnie zrozumieć: macie sobie film, gdzie wszystko rozgrywa się w sposób realny, ale niektóre kolory są aż za ostre. I to psuje odbiór tak naprawdę. Bo ja na przykład, zamiast skupić się na fabule *ekhm*, skupiałam się na tym, jak bardzo mnie te kolory wkurzają). Jednakże nie zabrakło czegoś, co jest cholernie istotne, mianowicie brudu. Tu dzięki wielkie składam twórcom, ponieważ spodziewałam się, że postacie będą sobie po polu bitwy spacerowały czyściutkie, a takie filmy też się widziało.
Secundo: fabuła, a raczej jeden z ważniejszych (o zgrozo) wątków, czyli ten z Szycem i Urbańską. Powiedzcie mi, co to tu, kurde mać, robi. Historia iście hollywoodzka przy jednym z najważniejszych zdarzeń w historii Polski? Sorry, nie kupuję tego. Zwłaszcza, że sama mogłabym napisać lepszy scenariusz, lepszą historię i (dam sobie za to rękę uciąć!) lepiej zagrać bohaterkę tego miłosnego badziewia. To było takie… Tanie. Sztampowe. Przewidywalne. Proste aż do bólu. Jest tyle dobrze opowiedzianych historii miłosnych w polskich filmach (osobiście jestem fanką wątku Kmicica i Oleńki z ekranizacji Potopu, do tego jeszcze wrócimy); aż żal przysłowiową dupę ściska, jak się ogląda takie popłuczyny. W ten film zainwestowano kupę kasy! Można było się wysilić! Boziu, aż mnie serce boli po prostu.
Rozłóżmy to na czynniki pierwsze, bo może nie wszyscy wiedzą, o co się rozchodzi. Otóż love story w Bitwie Warszawskiej to opowieść o losach dwójki ludzi: artystki kabaretowej oraz jej świeżo poślubionego męża, który wyrusza tłuc się z bolszewikami. Okej, jestem w stanie zrozumieć, że ona była aktorką i wywijała na scenie: przebłyski z teatru były bardzo fajnie zrealizowane, lubię takie rzeczy. Jednak krew mnie zalewała, jak widziałam Urbańską.
Normalnie nie uprawiam wielkiego hejtingu tej osoby, tutaj jednak sobie pofolguję. ONA JEST SZTUCZNA!!! JAK Z PLASTIKU!!! Co ją widziałam, przypominała mi się Małgorzata Braunek, jak grała w Potopie (mimo, iż wątek Oleńki i Kmicica uwielbiam, Braunek nawaliła po całości, grając drewno. Było jeszcze gorzej, niż w Zmierzchu, wierzcie mi.) i miałam ochotę rzucić czymś ciężkim w laptopa*. Miewałam w życiu epizody aktorskie i mogę się nawet założyć, że miejscami zagrałabym lepiej od Urbańskiej. Mam wrażenie, że tutaj zastosowano ten sam schemat, co przy pani Braunek – wzięło się najmniej odpowiednią aktorkę, która jest na fali popularności, by wypromowała film. Najbardziej boli mnie scena, kiedy po ślubie prosiła Szyca, by ten wrócił z bitwy. Sorry, słońce, nie jesteśmy w teatrze, gramy troszkę bardziej naturalnie, mogłaś się wykazać. Zatrudnienie Urbańskiej to wielki błąd. Jedyne, co dobrze robiła, to tańczyła i śpiewała.
Tertio: fabuła była płaska, jak ja w wieku lat dziesięciu. A przy scenach bitwy mało nie usnęłam. Może za dużo filmów o wojnie, obozach i innych takich oglądam i mam znieczulicę, ale jedyne, co mnie chwyciło za serce, to moment śmierci księdza Skorupki. Przypomniały mi się wycieczki do Ossowa na pola bitwy, ten krzyż, który stoi w miejscu śmierci księdza Ignacego i coś tam w tym moim zimnym wnętrzu drgnęło.
Za mało było Piłsudskiego. Pojawiał się jedynie epizodycznie, a szkoda. Olbrychski świetnie go zagrał, nawet nie wiedziałam, że tak potrafi.
Wiem, że to były wręcz pogańskie czasy, Polska dopiero odzyskała niepodległość, ale czy rzeczywiście uskuteczniano wtedy takie chaotyczne akty bezsensownej przemocy? Pytam, bo nie wiem, to takie pytanko poza konkursem.
Mam naprawdę mieszane uczucia po tym filmie. Cholernie. To jest definitywnie chała, ale nie umiem nawet poukładać sobie argumentów.
Co mi się podobało (a trochę tego było):
1. Ferency. Mój idol! Po prostu mój idol xD Brawa dla tego pana! Kojarzyłam go głównie z roli w Niani (jak pewnie pół narodu), teraz mi się wrył w pamięć jako straszny czekista.
2. Epizody aktorskie – Szapołowska, Wiśniewska (masa skojarzeń z Hallo Szpicbródka ^^)… Linda mi się już średnio podobał.
3. Żydzi. Przez film przewijają się Żydzi. ^^
O, tutaj kolejna chała! Było pokazane żydowskie miasteczko – brawa dla twórców, ale chała za to, że cmentarz żydowski dali na środku wsi. Proszę ja Was, cmentarz dla Żydów w tamtym czasie to było miejsce nieczyste i często chowano zmarłych daleko za miastem. Co za debil zrobił kirkut na środku sztetla?! xD
4. Piosenka końcowa (niestety… Teraz gra mi w głowie).

Podsumowując, bo trochę długa notka wyszła – jeśli chcecie zmarnować prawie dwie godziny i nie macie nic lepszego, możecie to obejrzeć. Według mnie nie warto. Bitwa warszawska to tylko strata czasu, a epizody z Ferencym można pewnie obejrzeć na Youtube xD
Mam wrażenie, że polskie kino się stacza po równi pochyłej. A staczając się, przez długi czas nie napotykało żadnych przeszkód. Podobno Róża i nowiutka teraz Obława to kawały porządnego filmu, trzeba będzie się zapoznać, by odzyskać wiarę w rodzimą kinematografię.
Wasza pisząca licencjat
Cathryn
P.S. Jakby ktoś się pytał – Szyc mi się podobał. On się odnajdzie w każdej roli. 🙂

* Trochę szkoda, że oglądałam to sama – Potop oglądaliśmy w kilka osób w pierwszej klasie ogólniaka i nabijaliśmy się równo.

Film „Korczak” jako upamiętnienie postaci Starego Doktora.

Rok 2012 został ogłoszony rokiem Janusza Korczaka. Siedemdziesiąt lat temu mianowicie odjechał transport z Warszawy w kierunku obozu zagłady Treblinka, a w transporcie tym znajdował się doktor Janusz Korczak (Henryk Goldszmit), wybitny pedagog, wychowawca i pisarz żydowskiego pochodzenia. Zresztą, nie muszę chyba Wam tej postaci przedstawiać; ostatnio o Doktorze zrobiło się głośno m.in. właśnie przez ogłoszenie roku Janusza Korczaka, kolejne publikacje na jego temat i to, że przy różnych okazjach się o nim przypomina. To jednak za mało! Korczak staje się powolutku postacią pomnikową, postrzega się go jedynie przez pryzmat tego, że zdecydował się pojechać ze swoimi wychowankami na śmierć (tak na przykład widzą go ludzie w wieku moich rodziców – zajmował się sierotami i wraz z nimi, kolokwialnie rzecz ujmując, „poszedł do gazu”), a rzadko przez to, że zastępował tym dzieciom rodziców oraz napisał wiele świetnych tekstów, które weszły też do kanonu lektur szkolnych (mówię tu o powieści dla dzieci Król Maciuś Pierwszy). Skoro mamy okazję, zastanówmy się przez chwilę, jak inaczej można o nim opowiedzieć. Czy można pokazać go w sposób odbiegający od gloryfikacji, jako człowieka z krwi i kości? To nie lada wyzwanie.
Tegoż wywzwania podjęli się Andrzej Wajda i Agnieszka Holland, twórcy jednego z lepszych filmów o Holokauście, jaki widziałam w życiu. Mam na myśli film Korczak z 1990 roku (a więc prawie mojego równolatka!). O Korczaku napisano już wiele i książek, i artykułów, a nie od dziś wiadomo, że za pomocą filmu można opowiedzieć zupełnie inną historię.

Sprawy techniczne w telegraficznym skrócie: jak już wspomniałam, film pochodzi z 1990 roku, kręcono go w Warszawie i Łodzi*; jest czarno-biały (przy czym ma się wrażenie, że ogląda się naprawdę stary film. Nie to, co przy Liście Schindlera ^^’). Rolę główną gra Wojciech Pszoniak. Za reżyserię odpowiada Wajda, za scenariusz – Holland, a za muzykę Wojciech Kilar (brawa dla tego pana!!!). Czas akcji: lata 1939-1942.
Na pierwszy plan, oczywiście, wysuwa się postać Korczaka, grana przez fenomenalnego Wojciecha Pszoniaka. Wiecie, czemu? On bowiem sprawił, że Stary Doktor był jak żywy! Okazuje się, że ten wybitny pedagog nie był uosobieniem spokoju i dobroci do końca, w sposób wręcz przesadzony – już na samym początku widzimy, na co było tego człowieka stać. Korczak Pszoniaka był impulsywny, potrafił ostro zareagować w sytuacji bardzo stresowej (jednak nie tej wywołanej przez dzieci). Innymi słowy – kiedy trzeba było, potrafił na kogoś ostro nawrzeszczeć i go zwymyślać! Byłam bardzo zdziwiona, jak obserwowałam proces przemiany Korczaka z człowieka szczebioczącego o audycjach radiowych, które mogłyby prowadzić dzieci w człowieka agresywnego, który krzyczał na swojego pracodawcę (z przyczyn zrozumiałych, oczywiście – został zwolniony z powodu panoszącego się wszędzie galopującego antysemityzmu). Dodatkowo ekspresja uczuć została zwielokrotniona dzięki świetnej grze aktorskiej Pszoniaka. Takiego Korczaka można się w pierwszej chwili przestraszyć.

Dalej obserwujemy go już jako wychowawcę i opiekuna sierot żydowskich. Powiem szczerze – tacy ludzie już nie chodzą po ziemi. Nie wierzę w to. A jeśli chodzą, to nie zajmują się sierocińcami. Wajda pokazuje Korczaka jako człowieka, który potrafił zakrzątnąć się wokół dzieci, pomóc im w rozwiązywaniu problemów, przyciągnąć ich uwagę i sprawić, że te go mogły pokochać jak rodzica. Mimo, iż wiedziałam, co się z Goldszmitem stało, podczas seansu cały czas miałam nadzieję, że jednak zdarzy się cud i ten dobry człowiek ocaleje. Tak się nie stało.
W filmie mamy do czynienia z sierocińcem idealnym – zgranym organizmem, który większość swoich potrzeb zaspokaja sam (począwszy od gotowania i sprzątania przez robienie mebli, na nauce kończąc). Korczak jako dyrektor domu dziecka był nie tylko urzędnikiem, był też wychowawcą, nauczycielem i (co mi przyszło na myśl w którymś momencie) taką kwoką, co to dba o własne kurczęta. 🙂 Dla dzieci był gotów poświęcić wszystko i wszystko zorganizować (wystarczy spojrzeć na sceny w getcie, gdzie zdobywa jedzenie różnymi drogami).

Korczak był człowiekiem, któremu do szczęścia wystarczyła tylko obecność dzieci, możliwość opiekowania się nimi. W tym filmie widać to jak na dłoni: do jednej z najbardziej rozczulających scen należy wg mnie ta, kiedy Korczak wchodzi do sali z dziećmi i zaczyna z nimi bawić się w pociąg. Pszoniak wyodrębnił te cechy Starego Doktora, które określały go najbardziej: nie potrafił przejść obojętnie obok krzywdy dziecka (zarzekał się, że nie przygarnie dzieci z drugiego sierocińca w getcie, ale wcześniej do gromadki jego sierot dołączył mały Szloma), interesował się nawet najdrobniejszymi problemami swoich podopiecznych (tym, że ktoś próbuje handlować mleczakiem, który mu jeszcze nie wypadł, tym, że ktoś się boi i tym, że ktoś cierpi z powodu złamanego serca). Zastępował tym sierotom nie tylko rodziców: sprawił, że inne dzieci stały się ich rodzeństwem, a wychowawcy – krewnymi.
Wierny swoim przekonaniom i kochający sieroty jak własne dzieci, nie zgodził się ukryć po aryjskiej stronie i na początku sierpnia 1942 roku poszedł wraz z dziećmi na Umschlagplatz, skąd zabrał go pociąg do Treblinki.

Wędrówka mieszkańców Domu Sierot w kierunku placu załadunkowego jest tutaj pokazana w sposób niezwykle sugestywny, wywołujący w widzu skrajne uczucia (strach w różnych postaciach) i jest wg mnie jedną z najlepszych scen tego filmu. Można poczytać o tej „ostatniej podróży”, ale co innego jest, kiedy się zobaczy coś takiego, kiedy ujrzy się Pszoniaka prowadzącego gromadkę dzieci za esesmanami.
Osobiście dziękuję Andrzejowi Wajdzie za niepokazanie tego, jak transport dociera do Treblinki, ale zakończenia tutaj i tak nie opiszę. Uważam, że ten film trzeba znać i należy samemu zinterpretować ostatnią scenę.
Czy Wajda spełnił swoje zadanie i upamiętnił postać Janusza Korczaka? Uważam, że tak. Udało mu się to w stu procentach. Raz, że odbrązowił go i pokazał z jak najbardziej ludzkiej strony, dwa, że udowodnił, iż same słowa nie są tyle warte, co próba filmowej rekonstrukcji wydarzeń z ostatnich lat życia Starego Doktora. Jednak (zawsze musi się znaleźć jakieś „ale”) można też powiedzieć, że niektóre sceny to było zagranie pod publikę (chociażby to, że dzieci niosły w drodze na plac sztandar, czego w zeznaniach jednego ze świadków nie ma, ale w końcu jakie to ma znaczenie…). Korczak Wajdy jest ludzki. Nie możemy powiedzieć, że nie ma żadnych wad – unosi się gniewem, w chwili wielkiego zdenerwowania upija się, jest porywczy i nie dba o własne życie – ale te wszystkie rzeczy sprawiają, że jest nam bliższy. Bardziej bliski niż rząd pomników, niż masa publikacji. Filmy o takich osobach powinny powstawać i mam nadzieję, że będą powstawały.
Korczak był polskim kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale w końcu nie został nominowany. Szkoda.
Na zakończenie dodam jeszcze, że Korczak pojawia się również w innym filmie, a mianowicie w Dzieciach Ireny Sendlerowej. 🙂
Śmieję się, że razem z Moją Siostrą zajmujemy się Korczakiem – jak od strony żydowskości, działalności w getcie oraz śmierci, a Ola się o nim uczyła na studiach pedagogicznych. 🙂
Tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że notka nie jest za długa i że nie przynudzałam.
Wasza zastanawiająca się, czy napisze dwa rozdziały licencjatu w tydzień
Cathryn
P.S. Notka ta została przeze mnie zgłoszona do konkursu „Blogerzy dla Korczaka” w ramach krzewienia pamięci o Starym Doktorze (kto jak kto, ale ja musiałam wręcz wziąć udział w tym konkursie, żydołaka nie mogło zabraknąć ^^). Link do konkursu macie podany poniżej wraz z banerem 🙂
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/1081/blogerzy-dla-korczaka—konkurs

P.S.2 Screeny z filmu są mojego autorstwa.

*Za: http://www.filmweb.pl/film/Korczak-1990-1128

Chała tygodnia – „Cień katedry” by Miloš Urban.

Wybaczcie spóźnienie – z przyczyn różnych (wliczając siedzenie do późna w remontowanej Bibliotece Narodowej i wieczorny burger z Kubą) mam obsuwę z notką. Nie spodziewajcie się, że tego typu sytuacje będą na porządku dziennym; ostatnie, czego mi w życiu brakuje, to niewyrabianie się z terminami.
Dzisiaj ponarzekamy na cholernie nudną książkę, w której tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi.

Słuchajcie – rzadko kiedy zastanawiam się nad rzuceniem właśnie czytanej książki w diabły, chociażby przez wrodzony szacunek do wszystkiego, co książkę przypomina, ale tutaj nie wyrobiłam: tak wielkiego steku bzdur nie czytałam od czasów „Strachu” Grossa (ciekawa jestem, jak mi się będzie zgłębiało treść „Złotych żniw”). Jest mi smutno jeszcze z tego powodu, bo jest to książka czeska, a wg mnie wydawcy powinni się pięć razy zastanowić, nim coś wydadzą, bo na złe książki zwyczajnie szkoda papieru.
Mamy dwóch głównych bohaterów – Ropsa, który pisze książkę o katedrze św. Wita w Pradze oraz Klarę, która pracuje jako policjantka. Połączyła ich sprawa morderstwa księdza i razem próbują rozwiązać zagadkę – kto chciał się pozbyć duchownego i w jakim celu?
Gubiłam się tu po dwóch zdaniach. Zasypiałam po pięciu. Tego typu książka powinna mieć jakąś żywą akcję, wartki język, masę niespodziewanych sytuacji – tymczasem jest płaska jak deska, stanowi zarąbisty środek usypiający i wprowadza zamęt w mózgu czytelnika. Byłam w katedrze św. Wita, mam nawet zdjęcia jako dowód, a nie kojarzę żadnego miejsca, które było wymienione w książce. W ogóle nie byłam w stanie sobie tego zobrazować – miałam wrażenie, że poszłam nie do tej katedry, co trzeba (musicie wiedzieć, że to ciężkie zadanie, jak się jest na Hradczanach). Ze wszystkich miejsc, które były wymienione w pierwszej połowie książki, kojarzę ulicę Nerudovą. Tyle. Co mnie zaskoczyło – raz Klara kogoś śledziła. I łaziła za nim przez pół Pragi. Gdybym była na jej miejscu, nogi by mi w plecy plazły i padłabym na ryjek z przemęczenia. Ze Starego Miasta przeszła się na plac Wacława – to kawał drogi! Mnie by po takim spacerze wszystko bolało!!!
Rops spotyka się z różnymi ludźmi, którzy w jakiś sposób mogą się przyczynić zarówno do powstania książki,jak i wyjaśnienia zagadki śmierci księdza. Te rozmowy wg mnie są niepotrzebne, nic nie wnoszą do fabuły i tylko sprawiają, że się historia niepotrzebnie rozwarstwia na różne wątki.
O ile do samego Ropsa jakoś przyczepić się nie mogę, to Klara jest po prostu okropna. Wychowana przez husytów, nie znała swoich rodziców, łobuzowała, potem wstąpiła do policji po gwałcie (co?), tam pracowała w wydziale zabójstw, biegała po Pradze i miała dziwne komentarze dotyczące otoczenia i Ropsa, zwłaszcza Ropsa. Mam wrażenie, że ta postać to chore wyobrażenie autora, który nie wie, jak powinna wyglądać i się zachowywać policjantka z prawdziwego zdarzenia. Tak dziwacznie myślącej kobiety w życiu nie widziałam, a zwłaszcza w wydziale zabójstw.
Podsumowując – będę unikać tego autora, ponieważ bajdurzy, jest nudny i zwyczajnie nie warto go czytać.
Wasza szykująca już nową notkę 😉
Cathryn

Następna stacja: Warszawa Lotnisko Chopina – wrażenia.

Pamiętacie, jak kiedyś na okienku pojechałam zwiedzać wyremontowaną stację Warszawa Stadion? Otóż notka tak Wam się spodobała, że zachęciła mnie do kolejnych wojaży. Tym razem celem była nowa stacja, która wg mnie powinna była powstać dawno temu, ale to drobny szczegół. Dzisiaj między zajęciami pojechałam podbijać dworzec Warszawa Lotnisko Chopina.
Podróż ze Śródmieścia trwała dwadzieścia minut, co nie jest powalającym czasem. Jechałam czyściutką (o dziwo) SKMką z Sulejówka, wracałam SKMką jadącą w kierunku Legionowa. Dlaczego to piszę? Bo między tymi pociągami jest jedna zasadnicza różnica (poza tym, że mają inną stację docelową). Otóż te do Legionowa jeżdżą przez dworzec Centralny, inne przez Śródmieście. I w ten oto magiczny sposób wylądowałam później na Centralnym.
Moje wrażenia? Matko, jak tam czysto. Od razu widać, że mało ludzi jeździ z tej stacji (albo trafiłam na taką porę po prostu) – czyściutko, wszystko lśniło, była nawet KLIMATYZACJA, bo wiało świeże (!) powietrze. Jak żyję i jak długo studiuję w stolicy, w życiu nie uświadczyłam tam tak czystego powietrza. Aż się chciało oddychać, proszę ja Was. Przestronnie, ciężko się zgubić, tablice informacyjne czytelne, droga na powierzchnię nie była długa i kręta… Wyszłam tylko na moment, zobaczyłam wokół budynki i kawałek nieba i stwierdziłam, że chyba jednak trzeba wracać, bo się jeszcze zgubię i będzie wstyd o drogę pytać. Tak oto zaliczyłam wizytę na Okęciu. 🙂
Mała galeria zdjęć:

Widok ogólny

Informacja

Czytelne znaki

Jeszcze bardziej czytelny napis

Kolejna tablica informacyjna


Zdziwiła mnie ta andotacja po grecku – dopiero Kuba mi przypomniał, że przecież byliśmy z Grekami w grupie na Euro.

Przeraził mnie ten drut kolczasty – wyszłam i od razu takie widoki. Chwilkę się pokręciłam i postanowiłam wracać (zwłaszcza, że miałam kilka minut później SKMkę).

Winda

W planach mam odwiedzenie dworca Wschodniego, części od strony Kijowskiej jeszcze nie widziałam, poza tym czekam z niecierpliwością, aż otworzą stację Warszawa Wilno, wokół której wciąż rosną kontrowersje, a ja jestem zwyczajnie ciekawa, czy był sens ją budować.
Wasza niewiedząca, co ma ze sobą zrobić, tyle do roboty
Cathryn

Ogólny zapierdziel i co u Mojej Siostry.

Z racji tego, że na każdym kroku uczelnia usiłuje mi udowodnić, że trzeci rok to nie sielanka i trzeba zapierniczać, postanowiłam troszkę odsapnąć i napisać notkę o Mojej Siostrze. Dawno nic nie było w końcu.
Otóż Moja Siostra została twarzą sklepu, w którym pracuje (mowa o jednym z punktów ECCO). Czemu akurat ona? Bo w swej niezmierzonej zajebistości i w akcie wielkiej łaski zdecydowała się udostępnić masom niewiernych i kupujących buty na Marywilskiej (chciało się napisać „na stadionie”…) swe oblicze, by i na nich spłynęła jej wspaniałomyślność i błogosławieństwo.
A tak naprawdę to nikt nie chciał się zgłosić do zdjęcia, a Siostra uznała to za świetną zabawę. Oto efekty:

Fajne zdjęcie, prawda? Jestem z Olki dumna i się chwalę wszędzie fotką. ^^
Życie jednak różowe nie jest. Mimo mojego oceanu miłości do Siostry zirytowałam się na nią po powrocie do domu.
Widzicie, kiedy ja idę do jej pokoju i cokolwiek pożyczam, zostawiam wszystko inne tak, jak było i czasem sprzątnę nawet jakiś kubek po kawie.
Kiedy Olka korzysta z czegoś u mnie (często jest to laptop), muszę potem kwadrans po niej sprzątać.
Dzisiaj zastałam stertę upranych rzeczy do rozłożenia, otwarte dwie szuflady, książki walające się na biurku, płyn do zabijania pasożytów u papug obok sterty książek i leżący na pufie zdjęty obrazek ze ściany.
Rozumiem wszystko poza obrazkiem.
Do tej pory mi nie wyjaśniła, czemu ten obrazek jej przeszkadzał i go zdjęła. Założenie go trwało kilka sekund, ale poczucie niesamowitego zdziwienia pozostało i nie daje mi spokoju.
A mnie się ktoś czepia, jak rano zostawię w łazience piżamę…
Poza tym to Siostra jest dla mnie teraz chodzącą zagadką – nie wiem, kiedy raczy nas zaszczycić swoją obecnością i na ile czasu planuje zostać. Niby mieszka u narzeczonego, a widzę ją raz, dwa razy w tygodniu, witającą mnie z uśmiechem i pytającą, czy umyję gary*. Nie przeszkadza mi jej obecność, ale zdążyłam się przyzwyczaić do kilku rzeczy i jej przybycie oznacza nic innego, jak chaos.
Będzie jednak z Siostry pożytek, bo ktoś musi mi dać notatki z filozofii, ponieważ czuję, że przyjdzie mi zwariować na tym wykładzie.
Wasza zagubiona, marudząca i nadrabiająca książki
Cathryn
P.S. (dopisany po godzinie) Publikację notki opóźniła mi sama Moja Siostra, ponieważ przyszła na ploty i dowiedziałam się m.in.:
– że ludzie, którzy olewają studia są durni,
– że ludzie, którzy jedzą sushi, krewetki i inne wynalazki są durni,
– że obowiązek robienia lektoratu na Znanej Warszawskiej Uczelni jest durny,
– że w życiu nie zjadłaby dzika, sarny, jelenia i innych takich zwierząt, bo nie i koniec,
– że kiedyś jadła sushi, rozwijając je i zeskrobując ryż (nie wiedziała, jak się je).
Masa atrakcji xD
C.R.

* Nie zawsze się mnie o to pyta, to jeden z jej stałych tekstów