Chała tygodnia – przenosiny wołomińskiego czołgu do Urli

Z racji tego, że mam dobre serce, nie wyrwałam lapka Siostrze siłą i dlatego mamy opóźnienie z notką. Wybaczcie.
Dzisiaj będziemy psioczyć na fakt, że bezkarnie ukradziono (nie zgadzam się na inną nomenklaturę) jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli mojego miasta – mowa tu o czołgu T-34, który przez dwadzieścia siedem lat stał przy granicy Wołomina z Kobyłką i witał nadjeżdżających od strony Warszawy. Czołg stał jako pamiątka bitwy pancernej, która miała miejsce pod Wołominem (dodajmy, że był produkcji radzieckiej).
Jakiś czas temu serce moje zmroziła wiadomość, że czołg ma zostać przeniesiony w okolice Liceum Wojskowego w Urlach. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to proste pytanie – „po kiego grzyba”? Po co zabierają nam symbol miasta? Czy władze Wołomina już naprawdę nie mają co robić? Ze wszystkich głupich pomysłów na zagospodarowanie przestrzeni naszego miasta ten był ewidentnie najgłupszy.
Popytałam więc – okazało się, że władze miasta planują zagospodarować teren koło Muzeum Zofii Nałkowskiej i czołg im przeszkadza. Nie pasuje. Charakter miejsca ma być zupełnie inny.
I wtedy się, proszę państwa, zaczęło.
Pojawili się bowiem Obrońcy Czołgu, którzy protestowali pod feralnym pomnikiem, mówiąc (słusznie zresztą), że czołg stoi tam prawie trzydzieści lat, małe dzieci go nawet kojarzą, całe pokolenia się pod nim bawiły, umawiały na randki etc. i my, wołominianie, czołgu nie oddamy. Nieważne, że charakter miejsca może jest nie ten – kogo to obchodzi? Nie oddamy i już. Sprawą zainteresowały się prasa oraz telewizja – okazało się, że jesteśmy fenomenem na skalę krajową, bo jako jedyni tak bronimy czego, co jest pochodzenia sowieckiego.
Nie brałam udziału w protestach pod czołgiem, ale dzielnie wspierałam Obrońców, rozpuszczając wieści o tym, co Rada Miasta planuje zrobić z naszym symbolem. Śledziłam również na bieżąco to, co się wokół czołgu działo. A działo się sporo – czołg został pomalowany w ramach protestu przez (ekhm) nieznanych sprawców na różowo*, nawoływano również do sumienia ludzi odpowiedzialnych za ewentualne przenosiny. Nic to nie dało, czołg został przewieziony do Urli, a postument po nim w czwartek zlikwidowano.
Dla mnie czołg był, jak już mogliście zauważyć, symbolem mojego miasta – kiedy się wracało z podróży i widziało go z daleka, człowiek już czuł, że jest w domu. I tego nas pozbawiono! Teraz co, mamy się cieszyć na widok McDonald’sa? Też mi pociecha! Na znaku fastfoodu nie mogłabym zrobić sobie takich zdjęć!

Zabranie czołgu oznacza jedynie hańbę dla pomysłodawców i oby ich za to poskręcało! Zresztą, te obrazki (krążące od jakiegoś czasu po Facebooku) pokazują, jakie są nastroje mieszkańców.

Tutaj się nawet wypowiedzieli ci, co z chęcią głosowaliby w poprzednich wyborach na Króla Juliana (na mieście wisiały plakaty z hasłem „Król Julian na burmistrza Wołomina”)

I ostatni, mój ulubiony, który mówi sam za siebie

Drogie władze miasta (z panem burmistrzem na czele) – bójcie się. Nie bójcie się tego, że ktoś was może złapać wieczorem w ciemnej uliczce. Bójcie się tego, że mało kto będzie na was głosował. Wkurzyliście bowiem nie mieszkańców, którzy nie mają nic do powiedzenia – wkurzyliście elektorat. Żyjcie z tą świadomością.
I właśnie dlatego, moi drodzy, zabranie czołgu stało się nową Chałą tygodnia – to nie jest zwykły czołg. To coś, z czym każdy ma jakieś wspomnienia i co jest bliskie każdemu z nas, wołominian.
Wasza cały czas wkurzona i nawołująca „Oddajcie nam czołg”
Cathryn

* Już kilka lat temu chuliganie go pomalowali, teraz powtórzono ten wyczyn.

Projekt Nobliści, czyli moje osiągnięcia w dziedzinie czytania twórczości wybitnych jednostek.

Na Projekt* natrafiłam dzięki blogowi Czytam, bo lubię (pozdrawiam autorkę) i jestem baaardzo wdzięczna za ten wpis, bo dzięki niemu mam temat na kolejną notkę 🙂 Postanowiłam przyłączyć się do Projektu, mam nadzieję, że dzięki temu poznam więcej ciekawych książek i genialnych pisarzy.
Swego czasu chciałam się zagłębić w książki, których autorzy otrzymali Literacką Nagrodę Nobla – ciekawiło mnie, czemu akurat ją otrzymali. Co prawda pokojowy Nobel jest przyznawany za różne dziwne rzeczy, natomiast literacki zwykle jest trafiony** i to mnie motywuje. Ostatnio kiepsko mi idzie poznawanie kolejnych pisarzy, ale i tak mogę się poszczycić dłuższą listą, niż przeciętny licealista, który czytał od czasu do czasu zadaną lekturę. Także zapraszam do czytania mojej listy. 😉 Będzie chronologiczna (w sensie, jak kto otrzymał nagrodę).

1. Henryk Sienkiewicz (1905) – klasyka. Przeczytałam bardzo dużo jego dzieł na przestrzeni tych 12 lat, kiedy chodziłam do różnych szkół, zaczęło się od Janka Muzykanta. Później poszły przeróżne nowele, W pustyni i w puszczy, Quo vadis (czytane wiele razy), Ogniem i mieczem, Potop… W planach od kilku lat mam Pana Wołodyjowskiego; mam problemy z zabraniem się do tego tytułu, a naprawdę chcę to przeczytać (za pierwszą część Trylogii wzięłam się z własnej woli!). Zastanawiam się również nad Bez dogmatu.
2. Rudyard Kipling (1907) – fragmentarycznie przeczytałam pierwszy tom Księgi dżungli, ale nic z niego nie pamiętam i kiedyś do tego wrócę.
3. Władysław Reymont (1924) – pierwszy tom Chłopów i do tej książki na pewno wrócę (w klasie maturalnej nie za bardzo miałam czas na całość, a potem nie udało mi się do tego ponownie zasiąść), zwłaszcza, że w końcu mam własny egzemplarz xD
4. Sigrid Undset (1928)Krystyna, córka Lavransa… Co za odmiana po Sadze o Ludziach Lodu! Kawał porządnej, ambitnej literatury, od której nie można się oderwać i nie można spać, bo człowiek jest ciekaw, co się dalej wydarzy! Ze wszystkich wymienionych książek najbardziej polecam Wam właśnie tę trylogię. Dowiedziałam się o jej istnieniu od Melanka, która kiedyś cierpiała na brak ciekawych książek i którą poratowała babcia. Pozdrawiam obie panie 🙂
5. Albert Camus (1957)Dżuma, ale tylko pierwsze 50 stron. Nie rozumiem, czemu ludzie się zachwycają tą książką.
6. Isaak Bashevis Singer (1978) – mój osobisty guru, chociaż znam raptem jego trzy książki: Szatana w Goraju, Sztukmistrza z Lublina oraz Szoszę. Dawkuję sobie tego pisarza, by nie zacząć płakać za szybko z powodu braku kolejnych dzieł. Największym moim zaskoczeniem jest ostatni tytuł – Singer pokazał Warszawę od strony, której nie znałam.
7. Czesław Miłosz (1980) – nie przeczytałam jeszcze żadnego tomiku wierszy, ale sporo pojedynczych utworów znam i czasem nawet uda mi się coś przywołać z pamięci. Nie należy do moich ulubionych poetów, ale bardzo go szanuję.
8. William Golding (1983) – nieszczęsny Władca much, którego czytałam w gimnazjum i z którym mam związane traumatyczne wspomnienia. To nie jest lektura dla dzieci, zwłaszcza wrażliwych. Teraz pewnie miałabym inne zdanie, ale boję się próbować.
9. Jaroslav Seifert (1984) – wstyd się przyznać, ale kiedyś przeczytałam kilka wierszy… Tylko. Jako bohemista powinnam w nocy o północy cytować Seiferta. Jednym z moich postanowień na nowy rok akademicki będzie: nadrobić.
10. Wisława Szymborska (1996) – jedna z moich ulubionych poetek. Zwłaszcza za wiersz Kot w pustym mieszkaniu.
11. Günter Grass (1999) – będąc w Gdańsku po raz pierwszy, przy zwiedzaniu co i rusz przywoływałam Kubie Blaszany bębenek. Według mnie nie ma książki bardziej związanej z tym miastem. Czytałam również inne książki, jak np. Kot i mysz (nie przypadła mi do gustu) oraz niesamowite Wróżby kumaka ze znakomitą ekranizacją. Jeśli ktoś chce się zapoznać z twórczością Grassa, polecam najpierw Wróżby kumaka.
12. Imre Kertész (2002) – jedynie Likwidację, ale podoba mi się postrzeganie Holokaustu przez autora i jeszcze nieraz do niego wrócę.
13. Elfriede Jelinek (2004) – zaczęłam od mniej znanej książki, jaką są Amatorki i urzekło mnie niestosowanie przez autorkę interpunkcji. Podobny zabieg potem znalazłam u Hrabala w Vita nuova i chyba będę szukała więcej takich książek. Co do Amatorek – dziwne, ale podobało mi się.
14. Doris Lessing (2007) – sytuacja podobna, jak u pani wyżej: zaczęłam od Szczeliny, która mnie zaskoczyła tematyką i podejściem do niej. Do Lessing na pewno wrócę.
Plany na przyszłość poza tym, co podałam wyżej? Przede wszystkim Knut Hamsun (Głód), George Bernard Shaw, Henri Bergson, Thomas Mann, Aleksander Sołżenicyn (koniecznie!), Hemingway (trzecie już podejście…), Boris Pasternak, Samuel Beckett, więcej Singera, Saramago, Pamuk i Vargas Llosa.
Nobliści poszerzają horyzonty. Czuję, że przeczytane (bądź nawet zaczęte) książki sporo wniosły w moje życie (i w moją znajomość literatury) i to na pewno jest dobra droga do obrania.
A Wy coś czytaliście? Jeśli tak, to pochwalcie się! Jeśli nie, to też napiszcie, chętnie Wam coś polecę (i to nie musi być koniecznie Singer). 😉
Wasza ostatnio mniej czytająca, bo nadrabia filmy
Cathryn

P.S. Na zdjęciu jestem ja z czasów drugiej klasy liceum. Zdjęcia uatrakcyjniają notki 😉

* Podaję adres: http://projektnoblisci.blogspot.com/
** Staram się śledzić na bieżąco rozdania nagród w tej dziedzinie i jakoś nie natknęłam się na kiepskiego pisarza, który dziwnym trafem otrzymał nagrodę.

Chała tygodnia – „Królewna Śnieżka i Łowca”

Proszę ja Was, z racji tego, że ostatnio miałam do czynienia z wieloma różnymi Chałami, zdecydowałam się wprowadzić cykl na stałe. Czyli że notki będą się ukazywać co tydzień, a nie okazjonalnie. Powinnam była to wcześniej zrobić, ale nie miałam materiałów. Zresztą, kto powiedział, że ten blog musi być idealny… Także ogłaszam wszem i wobec, że Chały będą się pojawiać co piątek (bo wtedy będę miała okienko na uczelni) i w związku z tym mam do Was wielką prośbę: jeśli znacie beznadziejny film/książkę/anime/cokolwiek/niepotrzebne skreślić, podeślijcie. Czy to tutaj, czy na fejsie. Ten blog, wbrew pozorom, nie jest tylko dla mnie 😉 Bardzo bym prosiła zwłaszcza o książki, bo sama nie mam raczej do czynienia z czymś skrajnie złym (chociaż przyszła mi do głowy najnowsza książka Jana Grossa… xD), a fajnie by było o czymś napisać. Tyle spraw organizacyjnych 🙂
Dzisiaj porozmawiamy, a raczej poobrzucamy błotem film, co do którego miałam wielkie nadzieje i – jak się domyślacie – skończyło się to źle. Cierpię do tej pory. Poważnie. Przed Wami Królewna Śnieżka i Łowca.

Fabuły nie muszę nikomu przedstawiać – film jest wariacją na temat baśni braci Grimm. Mamy tutaj Śnieżkę, mamy macochę, która po trupach doszła do władzy i więziła pasierbicę, mamy Księcia, mamy krasnoludki… Ale nie tak, jak w standardowym wydaniu. Tutaj bowiem Śnieżka ucieka z zamku, spotyka Łowcę, który miał ją zabrać do Królowej, potem napotyka zrzędzące i pijące krasnoludki… Dużo tego 🙂 Sam pomysł na fabułę mi się wyjątkowo spodobał, bo wnosi wiele świeżości.
Pomysł na fabułę świetny, realizacja – już nie. W tym filmie bowiem jest tyle nieścisłości i nielogiczności, że aż oczy bolą. Chociażby to, jak Śnieżka wyglądała po latach niewoli – ludzie od Przed świtem potrafili komputerowo odchudzić Kristen Stewart, ktoś mógł to samo zrobić tutaj. Potem to, jak jej się udało uciec z zamku – mistrzostwo świata, wszyscy bowiem byli mniej wysportowani od dziewczyny, która iks lat spędziła w celi. Słucham? O, jeszcze lepsza akcja: Śnieżka budzi się (po „pocałunku prawdziwej miłości”, ach, jakie to było piękne) ze snu, w jaki wprawiło ją zatrute jabłko. Wstaje sobie, idzie do sali pełnej ludzi i nawołuje do walki. Ja się pytam, bo nie rozumiem: czemu Śnieżka nie jest osłabiona? Rozumiem, że mamy do czynienia z baśnią, ALE po takim śnie (który na moje oko trwał ze dwa dni), gdzie nie było możliwości odżywiania, panienka powinna być cholernie osłabiona i słaniać się na nogach. Nieee, była zdrowiuteńka, następnego dnia pojechała walczyć z macochą. Gdzie tu logika?! Takich „smaczków” jest o wiele więcej, aż szkoda miejsce na nie marnować.
*SPOILER ALERT* Wspomnę o największej głupocie, jaką widziałam wraz z Kubą w tym filmie, mianowicie o DEBILIZMACH BATALISTYCZNYCH, jak to ładnie Kuba nazwał. Słuchajcie, na strategii znam się właściwie tyle co nic, ale nie wpadłabym na pomysł, by wojsko, które chce pokonać Królową, będzie jechało sobie spokojnie plażą. Na wprost zamku. Gdzie byli na widoku strasznie długi czas. Słucham?! Ludzie, gdybym była Złym Lordem, od razu skołowałabym łuczników i wystrzelała wojsko w pień! Co za człowiek wymyślił, by wojsko ze Śnieżką na czele tak sobie jechało na zamek i było na widoku? Noż kurde. Oczywiście, scenarzysta wpadł na pomysł, by postawić łuczników i zacząć strzelać, ale po zadziwiająco długim czasie. Królowa, zamiast robić wszystko, by jej nie zabrali zamku i jej nie zdetronizowali, siedzi sobie i czeka na Śnieżkę. Czasami tylko się uaktywni i coś zrobi. Ludzie, litości! Ciągle mam powtarzać, że gdybym była Złym Lordem, postąpiłabym inaczej? Kto pisał scenariusz?!
Dobrze, skończmy ten temat. Przejdźmy do gry aktorskiej (już widzę, jak krzyczycie z radości).
Nie będę tutaj jeździła po Kristen Stewart i jej drewnianym sposobie grania (pewnie jesteście zawiedzeni), bo na ten temat wypowiadali się mądrzejsi ode mnie. Powiem tylko, że szkoda mi tej dziewczyny. Gdyby miała inną twarz, bardziej rozbudowaną mimikę i więcej naturalnych predyspozycji do grania, byłaby naprawdę świetna. Lubię ją za role w sadze Zmierzch, bo akurat pasuje do postaci Belli (serio. Przeczytajcie książkę, będziecie wiedzieli). Mam nadzieję, że się kiedyś rozwinie.

Wg mnie największe brawa należą się Charlize Theron, która stworzyła niesamowitą kreację (chociaż też chwilami pełną sprzeczności, ale już trudno) i powinna dostać jakąś nagrodę za ten film. Ratuje go, powiedzmy sobie szczerze. Dla niej chciałam oglądać tę szmirę. Najbardziej zaskakujące było dla mnie to, że nie była na wskroś zła, tylko po prostu życie dało jej się we znaki. Swoją drogą ciekawa jestem (podobnie jak rzesze internautów), kto stwierdził, że Stewart jest od niej piękniejsza. Mówiąc kolokwialnie, Charlize Theron jest hot i Śnieżka się do niej nie umywa! xD
Pozostałe postaci – do wywalenia. Jeszcze ratuje się pan, który grał Łowcę (chociaż i tak podczas seansu krzyczeliśmy z Kubą „Thor, użyj młota!” xD) plus krasnale (uwielbiam), tak to reszta mi się strasznie nie podobała, była płaska, drewniana, do niczego. Zwłaszcza ten, który grał Księcia – Boziu, bardziej pedałkowatej postaci w życiu nie widziałam.
Oprawa muzyczna była średnia, nic nie wpadało w ucho (poza motywem, który brzmiał jak przeróbka z Incepcji). Z całego soundtracku warta uwagi jest tylko piosenka Florence + The Machine, której słucham bez przerwy.

Strona wizualna to miejscami mistrzostwo, miejscami coś, co też bym wywaliła. Spece od wykreowanej komputerowo przestrzeni spisali się na medal, ale trochę za dużo było tych komputerów, a za mało naturalności. To nie jest wielka wada, raczej moje zastrzeżenie jako widza, który lubi naturalność.
Spodziewałam się dobrego filmu, który na jakiś czas zabierze mnie w świat bardzo mrocznej baśni, pokaże, jak dobro zwycięża zło (ale z wielkim trudem), gdzie aktorzy mogą się popisać swoimi umiejętnościami i gdzie mamy zachowaną logikę. Spodziewałam się, że scenariusz będzie dopracowany w najmniejszych szczegółach i Królewna Śnieżka i Łowca będzie kamieniem milowym, jeśli chodzi o wariacje na temat powszechnie znanych baśni. Pytacie, czemu byłam naiwna? Bo wiem, że można fajnie i z pomysłem przedstawić starą historię na nowo, tak było bowiem w przypadku Zaplątanych. Dlatego pewnie tak bardzo się zawiodłam. Miejscami ten film był tylko efektownie wyglądającą, hollywoodzką wydmuszką, która nie wnosi nic do życia widza i nie ma mowy o jakichkolwiek refleksjach. Niech będzie wieczna chała twórcom (chyba, że pójdą po rozum do głowy).
Wasza cały czas zniesmaczona
Cathryn

Ocalone od zapomnienia, czyli moje znaleziska na Cmentarzysku Zapomnianych Książek.

Moi drodzy, kilka dni temu skorzystałam z tego, że byłam w Warszawie i wybrałam się wraz z Siostrą na Cmentarzysko Zapomnianych Książek – miejsce, gdzie za śmieszne pieniądze (tym bardziej, że była likwidacja…) udało mi się wynieść 59 książek (plus starą mapę Jerozolimy). Szczerze żałuję, że tego typu miejsce jest zamykane, można tam znaleźć prawdziwe cuda.
Dla tych, co nie wiedzą: Cmentarzysko działa na zasadzie „płacisz konkretną kwotę, wynosisz, ile udźwigniesz”. Swego czasu były takie akcje w całej Polsce – kiedyś próbowałam się dostać na taką w BUWie, ale się spóźniłam, wszystko zdążyli ludzie rozgrabić. Normalnie dostajesz na wejściu torbę i do niej zbierasz, ale z racji tego, że się załapałam na likwidację, mogłam zbierać do kilku (by jak najwięcej wynieść). I tak oto razem z Siostrą targałyśmy plecak i dwie torby. xD
Oto wszystkie znaleziska:

Znaleziska, związane z wojną bądź obozami koncentracyjnymi (dużo Hołuja, ja nie mogę):

Znaleziska czeskie (najbardziej się cieszę z Povídek malostranských) plus mapa Jerozolimy:

Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję, by pojechać na akcję związaną z Cmentarzyskiem, jedźcie. Na pewno znajdziecie coś fajnego 🙂
Wasza myśląca nad kolejną Chałą tygodnia i susząca paznokcie
Cathryn

Cathrynkowe sposoby na oszczędzanie.

Do napisania tejże notki natchnęła mnie rozmowa z Moim Ojcem. Wróciłam godzinę temu do domu i wprowadzałam rower na posesję, on siedział na ławce przed domem i palił papierosa. Powiedział, że jestem bardzo grzecznym i przyzwoitym dzieckiem. Stanęłam na moment, nie wiedząc, co może mieć na myśli: dodał, że mam włączone światła przy rowerze, czyli dobrze czynię. Ja się wtedy żachnęłam, że jakby mnie policja złapała, to bym dostała mandat za jazdę bez włączonych świateł i kto by go zapłacił, skoro nie mam pieniędzy. I tak oto mnie olśniło! Przecież nie wspominałam Wam o jednej z moich najważniejszych cech!
Pogadajmy o oszczędzaniu. xD

Zapewne się zapytacie, co ma jazda ze światłami do oszczędzania, ale do tego za chwilkę przejdziemy.
Otóż w moim przypadku oszczędzanie jest miejscami chorobliwe. Niektórzy zwalają to na żydostwo; osobiście twierdzę, że składa się na to wiele czynników. Pochodzę z rodziny, w której kiedyś było dość biednie. Nauczyłam się odkładać przyjemności na potem, a poza tym doszłam do wniosku, że umiejętność dobrego gospodarowania pieniędzmi się bardzo w życiu przydaje i jest przejawem przedsiębiorczości. I tak oto ostatnią wypłatę z biblioteki przepieprzałam rok. Naprawdę. Nie miałam wielkich wydatków, a jeśli miałam, to poszła na nie pierwsza wypłata. 🙂 Wiem, jestem dziwna. Dodatkowo zagracam swój pokój figurkami Żydów, więc pieniądze się jakoś mnie trzymają ^^’
Teraz o dziedzinach życia, gdzie sposoby na oszczędzanie się sprawdzają.
1. Przestrzegaj przepisów drogowych (i wszelkich innych)
Tutaj macie odpowiedź na wyżej podane pytanie – przestrzeganie przepisów drogowych sprawia, że nie dostajemy mandatów. A mandat można dostać za chociażby przejście przez ulicę na czerwonym świetle lub w miejscu bez pasów, jazdę na rowerze bez świateł po zmroku, jazdę bez biletu… D~Bogna się ze mnie śmieje, że nie dbam o własne życie, tylko o to, by nie musieć płacić kary. Każdy powód jest dobry.
2. Kupuj ciuchy w szmateksach
Nie dość, że można w nich znaleźć perełki, to kupi się nawet dziesięć szmat w cenie jednej, jak się człowiek odpowiednio zakręci. 😉 Nie marudzić, że ciuchy używane są obrzydliwe – zdąży się je pięć razy wyprać i nie będzie już czuć różnicy. A niektóre są nowe! Z metką! Moja mama może potwierdzić. Szmateksy są genialne, możemy tam kupić również buty (cały czas zazdroszczę D~Bognie jej butów z Prady, które kosztowały ponad 40 złotych. Ech.), torby, ceramikę, biżuterię, słowem wszystko, co jest babom potrzebne do szczęścia. I to wszystko za śmieszne pieniądze.
3. Nie kupuj markowego żarcia
Chyba, że jest specjalna okazja, wtedy nie bronię. Kiedy mam ochotę na np. chrupki, wsiadam na rower i jadę do Lidla. Albo Tesco. Tam można kupić o wiele więcej za śmieszne pieniądze i jaki człowiek potem jest zadowolony! 🙂
4. Pięć razy się zastanów przy kupowaniu niektórych kosmetyków
Zasady z kupowaniem niemarkowych rzeczy nie można stosować przy kosmetykach, albowiem nie od dziś wiadomo, że to, co droższe, zazwyczaj jest lepsze. Jednakże można zaoszczędzić przy kupowaniu na przykład płynów do kąpieli w Rossmannie (Moja Siostra potwierdza i aprobuje), które są naprawdę dobrej jakości i świetnie pachną. Szampony (zależy od przypadku), chusteczki nawilżane… Dużo tego jest.
5. Zanim kupisz coś w sklepie, sprawdź na Allegro, czy tego tam nie ma
Już wiele razy miałam okazję sporo zaoszczędzić, robiąc zakupy przez Allegro. Najczęściej kupuję książki (moim największym osiągnięciem jest kupienie „Ucieczki z Sobiboru” za w sumie 19 złotych od wydawnictwa, które pozbywało się wadliwych egzemplarzy), zdarzyło mi się nabyć dodatki do ubrań i kolczyki. Zawsze zostawało mi kilka złotych w kieszeni. Polecam, gorąco polecam – nie bójcie się, że przesyłka zaginie lub kontrahent będzie nieciekawy. Często na Allegro swoje konta mają księgarnie, wydawnictwa, antykwariaty, normalne sklepy odzieżowe, którym zależy na dobrych komentarzach.
6. Nie gardź Clubcard w Tesco
Owszem, program jest badziewny, bo zysku właściwie nie ma, ale dla mnie przyjemnością jest dostawać co kwartał bon o wartości 3 zł i móc wydać go na jakiegoś łakocia. 🙂 Nic nie tracę, a łakoć piechotą nie chodzi.
7. Wymienianie się ciuchami ze znajomymi
Najlepszy sposób na zaoszczędzenie kasy – czasem można dostać coś pięknego za darmo, bo komuś się szafa nie domyka. Ale do tego trzeba mieć jeszcze znajomych, a z tym ciężko bywa.
8. Szukaj okazji
Dzięki konkursom udało mi się już pojechać do teatru za darmo, wygrałam w promocji dwa bilety do kina, wygrałam bony płatnicze w konkursie… Szukajcie okazji! Nawet nie wiecie, ile ich czasami bywa. Zwłaszcza w internecie.
Jest wiele innych sposobów na oszczędzanie, które stosuję, ale są już tak drobiazgowe, że nie starczy tutaj na nie miejsca. Mam nadzieję, że w sposób ciekawy przybliżyłam Wam swoje „mądrości” i że może kogoś też natchnę do oszczędzania. Albo kupowania w supermarketach, whatever.
Wasza zgłębiająca klasykę literatury jidysz
Cathryn

Chała tygodnia – „Od zmierzchu do śmiechu”

Zwykle do Chał nie daję podtytułu, dlatego zamieszczę go tutaj – „Czyli jak nie robić parodii”. Zmierzchu zwłaszcza. Dzisiaj będziemy jeździć po czymś, co nie powinno było ujrzeć światła dziennego, bo nic kompletnie nie wnosi w ludzkie życie poza odruchem wymiotnym. Przed Wami kolejna Chała, czyli Od zmierzchu do śmiechu.

Najwięcej o tym filmie powie Wam trailer.

Ten film był najbardziej obrzydliwym ze wszystkich, jakie widziałam w tym roku. Powinnam była po pierwszych kilku minutach zrezygnować z seansu, jednak tego nie zrobiłam, ponieważ postanowiłam dać szansę temu czemuś, a nuż mnie rozśmieszy. Tak się nie stało.
Pytacie się zapewne, skąd wytrzasnęłam taki gniot. Już tłumaczę: Moja Siostra gdzieś go znalazła i, jako trzeźwo myśląca fanka Zmierzchu, postanowiła to obejrzeć. Na moim laptopie, siedząc na mojej pufie w moim pokoju, kurde mać. xD Stwierdziłam, że obejrzę to z nią, może to będzie coś ciekawego. O mój Boże, co ja zrobiłam.
W Od zmierzchu do śmiechu nie ma nic dobrego. Kompletnie! Ten film jest nieśmieszny, obrzydliwy, bazujący na najbardziej prymitywnych żartach (pierdzenie i seks) i niemający grama sensu. Co poniektórym się pewnie cholernie podobał, bo nie jest tak przesłodzony jak oryginał, ale… Ludzie, pro Boha, jak można coś takiego oglądać? To jest gorsze od wszystkiego, co wyszło spod łap twórców Strasznego filmu! W Strasznych filmach, Poznaj moich Spartan i innych tego typu produkcjach czasem trafi się ambitny żart, tu jeśli nawet był, to nie zauważyłam, bo uważałam, by nie zacząć rzygać na dywan.
Żeby nie było, że nagle bronię Zmierzchu – uważam, że jest to rzecz warta parodii (chociaż sama w sobie też nią jest. To skomplikowane) i już została genialnie wyśmiana. Przez Wampiry i świry (polski tytuł jest o kant stołu potłuc, ale to również cecha omawianego tutaj „dzieua”). Widziałam to z 1,5 roku temu i się nieźle pośmiałam. Tam wszystko było zgrabniej wykonane, nie było tyle prymitywnych żartów, były pokazane absurdy oryginału, po prostu było lepiej. W obydwu parodiach żartowano z popkultury, ALE w Wampirach i świrach pasowały do klimatu. Natomiast biegające wcielenia Johhny’ego Deppa i postacie z „Avataru” byly ni przypiął, ni wypiął i kompletnie nie rozumiałam, o co tam chodzi. Nie wiem, co jarali twórcy Od zmierzchu do śmiechu, ale powinni zmienić dilera.
Jeżeli chodzi o niektóre pomysły scenarzystów, nie mam zielonego pojęcia, co mogli brać i w sumie nie chcę wiedzieć – część sytuacji była wzięta z kosmosu. Wątek babci Belli, „mały Edward” (sprośny karzeł), oglądanie przez Cullenów telewizji (nie pytajcie, nie chcecie wiedzieć)… O co chodzi?! Ktoś mi wyjaśni? Od seansu minął tydzień i cały czas tego nie pojmuję.
Żarty żartami. Nie podobały mi się też postacie. Kompletnie. Ta, która grała Bellę, w innych okolicznościach mogła nawet być niezła (i tak ma lepszą mimikę od Stewart), tutaj nie mogłam na nią patrzeć. Edward – kompletna porażka, na widok Jacoba robiło mi się niedobrze (wilkołak z nadwagą, Boże jedyny). Lubię panów przy kości (ale lekkiej! Małej!), tego jednak nie zdzierżyłam. Rodzina Edwarda też o kant stołu potłuc… Za wyjątkiem Rosalie, która miewała ciekawe teksty i otwarcie pokazywała, jak nie znosi Belli. Robiła to co prawda jak przeciętna nastolatka, czyli bez polotu i finezji, ale jakie to ma znaczenie…
Przyznam się bez bicia, w połowie seansu wyszłam, wzięłam prysznic i wróciłam do oglądania. Nie czuję, że straciłam coś bardzo ważnego: gorzej z tym czasem, który zmarnowałam na film. Jeśli chcecie obejrzeć porządną parodię Zmierzchu, obejrzyjcie Wampiry i świry. Macie na to atest Cathrynka. Od zmierzchu do śmiechu omijajcie szerokim łukiem, chyba, że lubicie żarty o zaliczaniu panienek i o pierdzeniu. Naraz.
Wasza próbująca czytać Cmentarz w Pradze, ale średnio idzie
Cathryn
P.S. Czy Wy wiecie, co ma wyjść w 2013 roku? Nie wiecie, to Wam powiem: otóż ma wyjść ekranizacja Intruza. Jestem wielką entuzjastką pomysłu, ponieważ książka mi się niezwykle podobała (normalnie jakby nie Meyer pisała!) i jestem ciekawa, czy twórcom uda się zrealizować pomysł Meyer tak, by to się trzymało kupy. Na zachętę macie teaser:

C.R.

Odwieczna przyjaźń człowieka z papugą.

Z racji tego, że mam spory zwierzyniec i jeszcze nic tak naprawdę o nim tutaj nie napisałam, czas zacząć. A najlepiej zacząć od czegoś, co jest cholernie ciekawe i uprzykrza mi życie.
Internecie, poznaj Heńka.

Henio to papuga nimfa, mieszka z nami od 2006 roku. Jego poprzednia właścicielka zmarła i nie miał kto się zaopiekować papugą. Początkowo mieli go wziąć inni ludzie, ale urzekł moją mamę i tak już został.
W domu nazywamy go różnie – Henio, Heniek, Henrycze, Heniuń, Heniuś, Dzióbek, żółte badziewie, żółta cholera, żółte gówno, paskudztwo i wiele innych epitetów. Oczywiście, Henio jest w miarę inteligentny i nauczył się, że jak mówię do niego „żółte badziewie”, to wcale go nie chwalę ani nie nazywam pieszczotliwie i wtedy syczy, przy okazji próbując mnie dziabnąć.

Przez wiele lat mieszkał w łazience na piętrze. Raz towarzyszyła mu złapana na polu papużka falista, innym razem nimfa, którą po śmierci towarzysza się kupiło Heniowi w zoologicznym. Niestety, znowu jest sam. Zrobiło mi się go szkoda rok temu i wzięłam go do siebie. Teraz lata mi po pokoju, sra na wszystko, dziobie kable i książki (m.in. zasmakował w „Ogniem i mieczem”) i nie daje mi żyć. To cholernie towarzyskie bydlę i jak się uczepi człowieka, to nie da za wygraną. Najczęściej cierpią na tym Moja Siostra i Kuba, który stresuje papugę miotełką do kurzu albo maskotką w kształcie kaczki.
Jak każda papuga, Heniek potrafi naśladować otoczenie. Co prawda, nie umie mówić (Kuba ubolewa nad tym, że nie mówi „Dzień dobry”), ale opanował różne dźwięki. I tak oto śmiesznie kląska („ciura”, jak to mówi Moja Siostra), gwiżdże, udaje alarm samochodowy (najczęściej rano, kiedy chce, bym wstała) i syczy na kilka sposobów. Drze się, doprowadza człowieka do szału, a potem podchodzi do niego i zaczyna gwizdać, domagając się pieszczot. Nie nadążysz za nim ni cholery.

Heniek poza tym ma kilka upierdliwych cech – przede wszystkim nie znosi niektórych gatunków muzyki i kiedy się to przy nim puszcza, zaczyna wariować (np. kiedy mu włączam Mansona). Najśmieszniejsze jest to, że gusta mu się zmieniają i raz jest przy czymś spokojny, innym razem ma ochotę odgryźć ci palec. Kolejną sprawą jest to, że raz cię kocha, siedzi ci na ramieniu i ociera się o policzek, a za chwilę jest gotów ugryźć cię w ucho. Czuje się zagrożony czy coś. Nie nauczył się, że nagłym dziobaniem w ucho nie zdobędzie mojej miłości.

Czasem, jak ma chęć, daje się pogłaskać, ale tylko po głowie. Uwielbia, gdy się go drapie przy uchu (tak, papugi mają uszy. Nimfy pod pomarańczowymi piórkami na głowie).

Mama, jakby mogła, wzięłaby go do siebie na parter. Niestety, urzęduje tam Lulek, więc nici z tego, tak więc papuga śpi u mnie. W roku akademickim często jest taka sytuacja, że mama wstaje wcześniej, niż ja, chodzi po domu, zagląda do mojego pokoju i wypuszcza Heńka z klatki. Jak myślicie, co się wtedy dzieje? Henio leci na moje łóżko, galopuje mi po nogach i po plecach, zatrzymuje się na ramieniu, sadowi się wygodnie i gwiżdże mi do ucha. Jest tak bezczelny, że potrafi wejść pod kołdrę; jego ofiarą często pada Olka, która się zagrzebuje w pościeli, a ten kombinuje, jak się do niej dostać i śpiewać jej do ucha. Nie chcecie wiedzieć, jakie epitety wtedy latają po piętrze.
By zobaczyć próbkę umiejętności Heńka, macie dwa filmiki pokazowe:

Atak Heńka

Czasami mimo wszystko Henio miewa dobre dni, kiedy się tuli, śpiewa do ciebie i ogólnie jest do rany przyłóż. Mam nadzieję, że jeszcze długo ze mną będzie, w końcu urozmaica mi życie. Takie małe, a tak potrafi człowieka zdenerwować. 🙂
Wasza świeżo po odetkaniu uszu i słysząca aż za dużo
Cathryn