Przerywnik urlopowy – Praga (czeska).

Cześć z Was już wie, że na te wakacje planowałam pierwszy w życiu wypad za granicę. Mimo różnych trudności udało mi się załatwić wszystkie formalności, zebrać pieniądze i wyruszyć wraz z D~Bogną i InoNeko. W Pradze – bo to był nasz cel – udało nam się spędzić całe pięć dni, które były pełne wrażeń i niespodzianek. Postaram się nie rozpisywać aż za bardzo, byście nie posnęli i by nie wyszła notka długości metra ^^ Po kolei:
Pierwszy dzień – jazda
Po raz kolejny skorzystałam z usług Polskiego Busu, który gorąco polecam. Nie wiem, jak zniosłabym dwanaście godzin jazdy zwykłym autokarem, a tak jakoś dałam sobie radę i obyło się bez większych sensacji. Przejeżdżałyśmy przez Łódź, Wrocław, który nas zachwycił, i jeszcze dwa razy miałyśmy postój (gdzieś w okolicach Łodzi i w Kudowie Zdrój, przed granicą). Dało się przeżyć. Do Pragi dojechałyśmy wieczorem i się od razu zgubiłyśmy w metrze… Musicie wiedzieć, że praskie metro liczy sobie aż trzy linie i można na początku tego nie ogarnąć; później jednak już nie miałyśmy problemów. Jedyną wadą metra w Pradze jest to, że nie ma zniżki studenckiej i musiałyśmy za bilet płacić 24 korony, czyli około czterech złotych… xD Mało jednak jeździłyśmy, ponieważ Praga nie jest strasznie wielka, zabytki są blisko siebie, a do Hradczan (pierwszego przystanku w zwiedzaniu) miałyśmy niedaleko.
Drugi dzień – Hradczany
Taka mała powierzchnia, a tak się nałaziłyśmy, że szkoda gadać. Po powrocie padłyśmy. Hradczany są niezwykłe – praktycznie za każdym rogiem jest coś wartego zobaczenia. Bilet wstępu nie był jakoś strasznie drogi, zbiorczy kosztował coś około 30 złotych (ale miałyśmy bardzo dużo atrakcji, więc się opłaciło). Najbardziej mnie zachwyciła katedra św. Wita, Złota uliczka oraz wystawa „historia Zamku Praskiego”, gdzie było bardzo dużo eksponatów i właściwie gęba mi się nie zamykała, chciałam bowiem dziewczynom opowiedzieć jak najwięcej ciekawostek i by przetłumaczyć podpisy pod zbiorami.
Trzeci dzień – Malá Strana i Stare Miasto
Poznałyśmy naszego największego wroga – kamienne schodki z Hradczan na Małą Stranę. O matko, chodzenie tamtędy z opuchniętymi nogami było straszne. Warto jednak było, bo miałyśmy rzut beretem do kościoła św. Mikołaja, w którym zakochała się Ino (jednak jej największą miłością stał się święty Wit), a stamtąd już bliziutko do Mostu Karola. Na moście było, oczywiście, od groma turystów, sprzedawców pamiątek, których cena chwilami przyprawiała o palpitacje serca, ale znalazła się też mostowa kapela, przy której wpadłam na genialny pomysł i nagrałam kawałek występu. Z dedykacją dla Doroty, którą urzekł pan grający na tarce 😉

Wracając na momencik do Hradczan – kiedy zmierzałyśmy w kierunku Małej Strany (i znienawidzonych schodków), natknęłyśmy się na tych oto panów. Ich wykonanie mojego ulubionego utworu Bedřicha Smetany podbiło moje serce.

Na Starym Mieście natomiast udało mi się dostać w księgarni Karolinum słownik języka czeskiego oraz gramatykę, przy czym miałam zniżkę z legitymacją ISIC. Opłaca się wykupywać ubezpieczenie na uczelni 😉 Stare Miasto jest przepiękne, bez przerwy goniłyśmy od zabytku do zabytku.
Czwarty dzień – Josefov
Cathrynkowe marzenie się spełniło! Zwiedziłam praską dzielnicę żydowską (która de facto już nie jest taka, jak kiedyś było, ale mniejsza z tym, było co zwiedzać). Bilet zbiorczy kosztował skandaliczne 50 złotych (ze zniżką, oczywiście), ale też było warto wydać, bowiem zwiedziłam kilka fantastycznych synagog, byłam na starym cmentarzu oraz… Pocałowałam klamkę sieni obrzędowej, bo jest w remoncie. Tu już się nie opłacało, ale kij z tym. W każdym razie – jeśli kiedyś będziecie w Pradze, pojedźcie na Josefov i obejrzyjcie chociaż z zewnątrz część budynków, naprawdę warto.
Teraz obiecany filmik ze starego kirkutu – na cmentarzu tym bowiem nie wolno robić zdjęć (nawet za opłatą), ale filmować można (co wg mnie jest bzdurne), także macie reportaż.

Musicie wiedzieć, że w Pradze można dostać figurki Żydków! Przywiozłam jednego z Josefova – wspólnie stwierdziłyśmy, że jest uroczy i warto go przygarnąć. Były nawet – uwaga – Żydki z polskimi groszami… xD Importowane z Polski.
A tutaj z kolei powrót z Josefova, gdzie zmierzałyśmy w kierunku mostu Mánesa (raz, że miałyśmy najbliżej, dwa, chciałyśmy ominąć dzikie tłumy turystów).

Piąty dzień – Nowe Miasto
Na Nowe Miasto pojechałyśmy już metrem. Stwierdziłyśmy, że to za daleko, by iść i umęczymy się, nim zobaczymy plac Wacława. Odżałowałyśmy na bilety i pojechałyśmy.
Naszym pierwszym przystankiem miało być Muzeum Narodowe, ale udało nam się zwiedzić tylko wystawę w nowym budynku, bo stary jest w trakcie pięcioletniego remontu (a się napaliłyśmy, ech no), także ruszyłyśmy ustaloną dzień wcześniej trasą w kierunku dworca głównego. Zdarzyło mi się i tam coś nakręcić 😉

Potem poszłyśmy zwiedzić synagogę Jerozolimską, którą się wszystkie trzy zachwyciłyśmy, by następnie udać się do muzeum Muchy. Tutaj macie filmik z synagogi (niesłychane, można było i kręcić filmy, i robić zdjęcia xD Przepraszam za to, że kręciłam bokiem, w połowie filmu odwróciłam w końcu aparat).

Plac Wacława zaskoczył nas swoją wielkością, drogim outletem i pomnikiem św. Wacława (oczywiście, widziałyśmy też wersję Davida Černeho w Lucernie xD).
Szósty dzień – Galeria Narodowa i Žižkov
W ogóle tej galerii nie planowałyśmy. Wszystko zaczęło się od tego, że Dorota zobaczyła na mieście plakat, promujący wystawę „Epopei Słowiańskiej” Muchy. Obczaiłyśmy dojazd, pobłądziłyśmy trochę i tak oto trafiłyśmy do niezwykłego miejsca xD Gorąco polecam – niezwykły zbiór obrazów, który można zobaczyć za cenę 20 złotych (co nie jest wybitnie drogie, jak na Pragę). Mają tam Picassa, Klimta, Muchę właśnie… Plus wiele różnych wystaw. Łaziłyśmy po galerii chyba kilka godzin.
Na Żiżkovie zaś widziałyśmy wieżę telewizyjną ze słynnymi rzeźbami niemowlaków, wybitnie brzydki kościół i mogłam obfotografować stację Jerzego z Podiebradów, o której śpiewał w piosence boski Jarek Nohavica. ^^
Tutaj ostatni z reportaży praskich:

A jako bonus macie Dzióbka – praskiego białego pawia, którym się zachwycam do tej pory. ^^

Siódmy dzień – powrót
Jechałyśmy szczęśliwie 11,5 godziny, chociaż nie obyło się bez problemów, typu zatrzaśnięta toaleta, problemy z klimatyzacją (myślałam, że zemdleję na siedząco!) czy zablokowana Wisłostrada. W ostatnim przypadku było o tyle dobrze, że kierowcy o tym wiedzieli od dawna i jechałyśmy przez Okęcie.
Ogólnie wyjazd do Pragi był baaaardzo dobrym pomysłem, dużo mówiłam po czesku, każda z nas się obkupiła, nałaziła, naoglądała pięknych widoczków i już w drodze powrotnej zaczęłyśmy planować kolejny wspólny wypad. Na razie stanęło na Kijowie, ale kto wie…
Teraz macie galerię zdjęć mniej lub bardziej ambitnych 😉

Autobus spotkany w Łodzi

Niedaleko Letohradku królowej Anny, pierwsze ze zdjęć stylizowanych

Z D~Bogną przed katedrą św. Wita

Przed domkiem na Złotej uliczce

Przed domkiem, gdzie kiedyś mieszkał Franz Kafka (również Złota uliczka)

Słit focia z katedrą św. Wita

Kolega tutaj ma spojrzenie skierowane pod takim kątem, że się gapi na rozporki.

Przed knajpą na Małej Stranie

„Sikający”, czyli zarąbista rzeźba Davida Černego przed muzeum Kafki xD

Żyd na moście Karola

Żyd i Ino na moście Karola

Żydki!

Tak wyglądała większość zwiedzania – Żyd idzie i macha mapą xD

Koło pomnika Jana Husa

Słit focia again

Pomnik Franza Kafki

Nad Wełtawą

Gili, gili!

Zarąbiste obrazki xD

Z alternatywną wersją pomnika św. Wacława

Znalezione na Žižkovie

Skoro o Nohavicy mowa…

Z dziełem Klimta

Zarąbiste owocowe knedle za 11 złotych xD
***
Po tej notce powrócę do opisywania Wołomina.
Wasza ucząca się na poprawkę
Cathryn

Wołomińskie klimaty cz.3 – miejsca, których już nie ma.

Jeszcze trochę powspominamy, tym razem opowiem Wam o miejscach, których już nie ma, a które były bardzo bliskie mojemu sercu. To będzie takie rozwinięcie dwóch wątków z poprzedniej notki. 🙂 To jedziemy!
1. Szkoła podstawowa nr 1 przy ulicy Wileńskiej

Cztery lata życia. Dość ciężkie cztery lata – nieliczni pamiętają, jak wielką pierdołą byłam w czasach podstawówkowych i jak źle się czułam wśród rówieśników. Dlatego szukałam drogi ucieczki – padło na czytanie książek. Zepsułam sobie wzrok, ale byłam cholernie szczęśliwa, ponieważ w czwartej klasie pomagałam w szkolnej bibliotece i nigdy nie zapomnę tych cudownych chwil, kiedy nie musiałam oglądać twarzy ludzi z klasy. Nie, to ze mną było coś nie tak, nie z nimi. Co do samej szkoły: magiczne miejsce. Jeden z najstarszych budynków w Wołominie, w którym szkoła mieściła się ładnych kilkadziesiąt lat. Miejsce to miało kupę wad: nieszczelne okna, spadający tynk z sufitu (kiedyś musiałam posprzątać w bibliotece spory kawał), toalety w budynku sali gimnastycznej, gdzie było strasznie zimno… Ale ludzie, co to za młodość z samymi udogodnieniami? Mieszkałam w przedwojennym domu, gdzie było gorzej, więc nie narzekałam.
Szkołę przeniesiono do SP 4, gdzie chodziłam przez dwa lata po przeprowadzce. Budynek Jedynki nie nadawał się już do tego, by być wykorzystywany jako placówka dydaktyczna. Po przeprowadzce do Czwórki minęły chyba dwa lata, nim SP 1 przestała istnieć. Budynek cały czas stoi. Długo szpecił miasto, strasznie niszczejąc, aż w końcu znalazły się pieniądze na remont i obecnie mieści się tam siedziba miejskiej biblioteki, przychodnia i kilka sklepów.

2. Pływalnia przy ulicy Broniewskiego

Kiedy byłam w podstawówce, często chodziłam tam z tatą. Bilety wstępu były śmiesznie tanie i lubiłam tam chodzić (mimo, iż nabawiłam się kurzajek, których się pozbyłam dopiero po jakichś trzech latach). Baseny były dwa – normalny i brodzik, gdzie uczyłam się pływać. Jeszcze długo po przeprowadzce tam chodziłam.
Na rok przed otwarciem aquaparku przy OSiR „Huragan” zamknięto basen bez podania przyczyn – niektórzy mówią, że to przez złe warunki sanitarne, niektórzy, że to coś innego… Sama nie wiem, wiem za to jedno: kolejne miejsce z mojego dzieciństwa przestało istnieć. Teren wokół budynków jest coraz bardziej zarośnięty i nie zanosi się na jakąś poprawę.

3. Supermarket GLOBI (później Carrefour Express) przy ulicy Wileńskiej

Do dziś pamiętam, jak tata nosił mnie przy GLOBI na barana i mogłam chwytać gałązki wierzb, które rosły tuż obok marketu. Najstarszy wołomiński supermarket, znany jako Społem, MEGASAM, GLOBI, a potem Carrefour Express. Wszyscy jednak mówili na to GLOBI – na zdjęciu można zobaczyć charakterystyczny napis. Zakupy robiło tam pół Wołomina; co poniektórzy mówili, że GLOBI zostanie zamknięte, bo wygryzie to konkurencja pod postacią okolicznego API. Tak się nie stało – koniec spotkał supermarket w dniu moich siedemnastych urodzin, 30 stycznia 2008 roku, kiedy to w nocy GLOBI zostało podpalone. Z kim bym nie rozmawiała, wszyscy mówią, że to robota konkurencji. Mimo, iż w mieście supermarkety rosły jak grzyby po deszczu, GLOBI cały czas miało sporo klientów, zaliczałam się do nich.
Wiecie co, niby był to zwykły sklep, ale też punkt orientacyjny w mieście. Blisko stacji i szkoły, robiło się zakupy całą rodziną, można było wpaść do Telepizzy, która mieściła się tuż obok (w tym samym budynku), wypożyczyć film w wypożyczalni z boku…
Teren po GLOBI do tej pory nie został zagospodarowany, podobno są jakieś problemy z papierami. Kiedyś bardzo popularne miejsce, dzisiaj straszy metalowym ogrodzeniem i ogromnymi chwastami. Nie mogę się doczekać, aż coś tam się ruszy – kiedyś Jedynka szpeciła okolicę, teraz padło na pusty plac.

4. Grzyb przy ulicy Wileńskiej

Jeden z najbardziej znanych punktów orientacyjnych, który znajdował się przy równie słynnej hucie szkła. Powiem szczerze, nie wiem, jaką funkcję spełniał – na pewno dzięki niemu można było się nie zgubić. Kiedy byłam dzieckiem, ludzie się tam umawiali na spotkania 🙂
Z racji planów budowy ronda (dzisiejsze rondo Solidarności) i z powodu odpadania kawałków betonu, co mogło skończyć się tragicznie dla przechodniów, zdecydowano o usunięciu grzyba z krajobrazu miejskiego. Grzyb żegnało sporo wołominian, którzy przyszli specjalnie na wysadzenie go; słyszałam nawet o przypadkach brania fragmentów na pamiątkę.
Obecnie, jak już wspomniałam, jest tam rondo, a a środku ronda stoi pomnik Anioła Stróża Ziemi Wołomińskiej, o którym jeszcze przy okazji wspomnę.

5. Drewniana dzwonnica przy kościele Matki Boskiej Częstochowskiej (ulica Kościelna)

Budyneczek tak stary, jak sam kościół; groził zawaleniem, dlatego go rozebrano. Kiedy miałam komunię, często lubiłam zaglądać do środka przez okno. Zawsze marzyłam o wejściu do środka, niestety, nie było mi to dane. Obecnie stoi tam pomnik kardynała Wyszyńskiego.

Bonus: Kino Kultura (przy ulicy Mickiewicza)

Nawet nie wiecie, jak wielką radość sprawiła mi informacja, że kino będzie ponownie otwarte. Co prawda, niektórzy moi znajomi narzekają na twardość siedzeń, ale to kino ma swój urok i nie wyobrażam sobie miasta bez niego. Bilety są tańsze niż w stolicy, jest bliżej… Plus te swojskie klimaty i świadomość, że jest to jedyne kino w okolicy… ^^
Następna notka będzie za jakieś 1,5 tygodnia – muszę wrócić z Pragi i zebrać materiał. Mam nadzieję, że nie będziecie się nudzić w tym czasie 🙂
Wasza tuż przed wyjazdem
Cath

Większość zdjęć pożyczyłam ze strony My Wołomin