Wołomińskie klimaty cz.2 – okruchy dzieciństwa.

Wybaczcie, że aktualizacje nie są wybitnie częste – upały źle na mnie wpływają i staję się rozlazła.
Dzisiaj znowu powspominamy, a bardziej będą to moje wspomnienia z lat dziecięcych, obfitujące w niezbyt przydatne informacje, dużo miłości i w ewolucje mojego rodzinnego miasta.
Zacznijmy od tego, że po urodzeniu (miałam okazję przyjść na ten łez padół w Nowym Dworze Mazowieckim, bo w Wołominie remontowano porodówkę. Podobnie było pięć lat wcześniej, kiedy na świat przyszła Moja Siostra) rodzice mnie przywieźli do domu przy ulicy Broniewskiego 8. Tam spędziłam pierwsze jedenaście lat życia, potem się przeniosłam na ulicę Generała A. i tak już tu mieszkam.
Dom przy Broniewskiego był stary – mówiąc „stary”, mam na myśli „przedwojenny”. Jedyne dobrodziejstwo, jakie tam było, to prąd. No i trzy piece kaflowe, o które kilka razy się oparzyłam, na szczęście bez śladów. Z dzisiejszej perspektywy zauważam, ile ten dom miał wad – zimno, grzyb na ścianie w niektórych miejscach, nieszczelne okna, szczury… Ale pamiętajcie, że wszystko zależy tak naprawdę od tego, kto w takim domu mieszka. Rodzice stworzyli mi i Olce bezpieczną przystań, dom, do którego nie bałyśmy się wracać.
Kiedy wspominam dzieciństwo, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to dom, podwórko i szkoła. Podwórko miałam ogromne, ponieważ było połączone z sąsiednią posesją, gdzie stał opuszczony dom. Rosło tam dużo drzew owocowych, maliny, jaśmin… Było gdzie się bawić z psami, których w pewnym momencie było u nas cztery – jeszcze żyjący Bolek, który ma 14,5 roku i mentalność szczeniaka oraz Sara, Dino i nieodżałowany Bej, z którym się wychowywałam. O moich zwierzakach powstanie kiedyś osobna notka 😉 Także podwórko w gruncie rzeczy miałam naprawdę spore. Teraz, jak czasem tamtędy przechodzę, już mi się takie nie wydaje (działkę z opuszczonym domem sprzedano niedługo przed tym, zanim się wyprowadziliśmy, naszą kilka lat później – gwoli ścisłości, wynajmowaliśmy ten dom): owszem, jest długie, ale wąskie. Wtedy jednak było w sam raz.
Jeśli chodzi o szkołę, to chodziłam do sławnej wołomińskiej Jedynki, gdzie teraz znajduje się siedziba biblioteki. Pamiętam zdziwienie pracownic, jak chodziłam po dziale dla dzieci i mówiłam, co w którym miejscu się znajdowało 🙂 Dlatego dobrze to zapamiętałam, bo szkoła wydawała mi się magicznym miejscem… Oczywiście, poza ludźmi, bo nie miałam tam przyjaciół. Jedynie moi przyjaciele w tym czasie to książki. Mogę się Wam pochwalić, że doświadczenie bibliotekarskie zdobywałam już w czwartej klasie, pomagając pani Wytrykus w pracy – roznosiłam książki, wyciągałam karty, sprzątałam, takie pierdoły. To był piękny rok – na każdej przerwie biegałam do biblioteki, myszkowałam między regałami, wyciągałam strasznie zakurzone książki, czytałam i potem polecałam ludziom… Nowości było mało, ale co tam, zawsze się jakaś klasyka znajdowała. Do dziś pamiętam rozkład biblioteki, podobnie sal. Musicie wiedzieć, że budynek Jedynki jest jednym z najstarszych w Wołominie! Do piątej klasy poszłam już w Czwórce, bo miałam o wiele bliżej z nowego domu, a i tak rok później wszystkie klasy z Jedynki zostały przeniesione do Czwórki z powodu kiepskiego stanu budynku. Niedługo potem szkoła została oficjalnie zlikwidowana, a budynek niszczał przez wiele lat, stając się wrzodem na ciele powiatu – sporo osób, w tym ja, skakało z radości, jak w końcu znalazły się pieniądze na remont.
Nie ma już też znanego wołomińskiego basenu, do którego miałam bardzo blisko, bo był po drugiej stronie ulicy. 🙂 Zamknięto go i po dłuższym czasie wybudowano aquapark na Huraganie. Basen na Broniewskiego miał swój urok: był blisko, wstęp nie był drogi, swego czasu nawet udało mi się kilka razy wejść za darmo… Nie było żadnych atrakcji, tylko basen i brodzik, ale tam właśnie uczyłam się pływać, tam wydawałam kieszonkowe nawet po przeprowadzce na drugi koniec miasta… Obok basenu był ogromny trawnik, na którym w lecie stały zraszacze. Razem z okolicznymi dzieciakami przełaziliśmy przez ogrodzenie i chlapaliśmy się wodą ze zraszaczy, biegaliśmy, skakaliśmy, a potem zwiewaliśmy w podskokach przed ochroniarzem bądź właścicielem. xD
Cała okolica, w której dorastałam, zmieniła się nie do poznania w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Część budynków zburzono, a na ich miejscu postawiono nowe. Kiedy przejeżdżam tamtędy na rowerze, nie muszę się bać, że wjadę w wystającą płytę chodnikową, tylko (jak dama) jeżdżę po kostce brukowej. Teraz na Placu 3-go Maja najważniejszy jest nie pomnik bohaterów ziemi wołomińskiej, ale jeden z najbrzydszych (wg rankingu Wirtualnej Polski) w kraju pomników papieża oraz fontanna. Kino Kultura zdążyło zamknąć swe podwoje i je otworzyć po kilku latach. Wyremontowano przedszkole przy Broniewskiego, do którego chodziłam. Niedaleko wybudowano Kaufland, miejsce pielgrzymek po chrupki. xD A jeszcze jakieś dziesięć lat temu były tam tylko gruzy i straszące wszystkich budynki!
Człowiek, im bardziej się starzeje, tym częściej wraca do lat dzieciństwa. Przynajmniej ja tak mam. Było biednie, ale wesoło.
Wasza popijająca niegazowaną Saguaro z Lidla (i papugująca Pijaru Koksa) 😉
Cathryn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s