Pośmiejmy się z sesji, czyli teksty, kwiatki, epic faile itd.

Ta sesja letnia była wyjątkowa. Co prawda, nie miałam galopującego przeziębienia, jak rok wcześniej (myślałam, że umrę podczas egzaminów), nie miałam ochoty zemdleć z powodu nerwów (ech, przechodzenie na dzienne studia, to były czasy…), nie poryczałam się ani razu (tak jak po egzaminie u Pana Promotora, który postawił mi czwórkę, nie wiedząc, że dzięki niemu nie muszę już płacić ciężkich pieniędzy za studiowanie). O nie, tym razem było inaczej. Było to jak pewna księga Kundery – dużo śmiechu i dużo zapomnienia. A raczej zapominania, nevermind. Pośmiejcie się wraz ze mną ze wspomnień z tegorocznej sesji letniej.
Tym razem mieliśmy do oddania miliard prac zaliczeniowych, których forma była różna i podłużna. Najlepiej pisało mi się pracę z kultury popularnej, za którą kochany pan doktor postawił mi 3+… Jak zwykle, mam problemy z problematyką i diabli właściwie wzięli moje dwa dni, spędzone w Narodowej nad źródłami. Ech. Potem średnio było z pracą na Językowy obraz świata, do tej pory nie wiem, co z niej dostałam, ale się dowiem. A najgorzej było ze źródłami informacji! Dostaliśmy temat, do którego mieliśmy opracować plan pracy i bibliografię (pracy nie musieliśmy pisać, uff). Myślałam, że gwizdnę czymś o ścianę. Miałam źródła, ale za mało; bibliografię zrobiłam na odwal się, bo pisałam licencjat, a jeszcze wysłałam złą wersję, wkurzałam się, bo nie wiedziałam, co jeszcze mogę dodać, załamywałam ręce nad planem, bo co tu dużo pisać o mniejszości czeskiej w Sudetenland w latach wojennych… Moja wina, sama wzięłam taki temat. A wiecie, jak wyglądało pójście po wpis? Pan magister wytłumaczył mi dokładnie, co mogłam jeszcze zrobić, pogadaliśmy, zapytał się, skąd zainteresowania wojenno-żydowskie, oczywiście, odpowiedziałam, bo jakżeby inaczej… A on się mnie pyta o to, kto to był Heydrich. Na zasadzie pogawędki. Jest serbistą z wykształcenia, ma prawo pytać. I tak od słowa do słowa się rozgadałam i po paru minutach powiedział, że mam pojęcie o temacie i stawia mi piątkę. xD Kochajmy pana magistra, oby niedługo już był doktorem. 🙂
Teraz o egzaminach. Mam poprawkę z kultury popularnej. Do zaliczenia testu brakowało mi chyba dziesięć, nie, trzynaście punktów… Oficjalnie takich jak ja nazywa się leniami, a muszę Wam powiedzieć, że trafiłam na tak beznadziejne pytania, że aż żal pewną część ciała ściska. Oblałam to epicko, ponieważ w pytaniu o tezy feministyczne zaczęłam pierniczyć o prawach dla kobiet, a chodziło o coś zupełnie innego, czego nie miałam w notatkach, bo mnie NIE BYŁO NA WYKŁADZIE. Kurde, opuściłam chyba najmniej ze wszystkich zebranych osób i oblałam! Nie ja jedna, kampania wrześniowa zapowiada się ciekawie. xD
Wszyscy spodziewali się masakry na czeskim, a najgorzej było z kulpopem. xD Lektorka zrobiła nam beznadziejnie żmudny test, gdzie oddzielnie oceniała esej, oddzielnie gramatykę (kto to widział, proszę ja Was?), a ustny zapowiadał się masakrycznie… Po pisemnym byłam pełna najgorszych przeczuć. Wiecie, jak wyglądał ustny? Dostawało się dwa tematy, które się opracowywało przez kilka minut. Pierwszego dnia egzaminowania (były dwa) weszłam jako ostatnia, co chyba zostało nagrodzone, bo lektorka wyszła na chwilę. Co?! xD Mogłam robić, co mi się żywnie podobało – szkoda, że nie miałam przy sobie słownika. xD Z wylosowanych tematów („pieniądze” i „moja pięta Achillesowa”) zeszłyśmy na tematy różne, w tym na Żydów… Kolegę się pytała o narzeczoną, a koleżankę o jej zwierzęta… Normalnie kochajmy lektorkę… Postawiła mi za całokształt twórczości na czeskim 3+ i powiedziała, że jak się przyłożę, to na trzecim roku będzie czwórka. Jeeee! _^_
Oguny – z renesansu, o którym już kiedyś pisałam, dostałam 3+, bo mi się nie chciało lektur czytać. Chryste Panie, ten człowiek olewał sobie lektury i gadał na wykładzie o wszystkim innym, tylko nie o renesansie, a potem na egzaminie się dziwił, czemu tylko „Pochwałę głupoty” czytałam. xD A Żydów dwa razy poprawiałam – za pierwszym podejściem byłam po niecałych sześciu godzinach snu, gdzie do Wołomina wróciłam o trzeciej nad ranem (już świtało) od Muśka (pozdrawiam) z Żoliborza, dostałam 3, co zaskoczyło wielu, ponieważ co wykład miałam coś ciekawego do powiedzenia i bez przerwy coś dodawałam do wykładanej treści. Za drugim razem, ździebko już wkurzona, dostałam 3+ i miałam ochotę kogoś zabić. Masa osób nie zdała, po co robić na ogunach takie trudne testy?! Pani doktor jednak okazała się być człowiekiem i kiedy poszłam do niej po wpis, popatrzyła się na mnie, powiedziała, że głupio jej stawiać mi 3+ i za całokształt postawiła 4. xD
Skoro mowa o Żydach – na egzaminie z literatury wylosowałam taki fragment dzieła, że aż zaczęłam rżeć ze śmiechu w sali. To była końcówka „Pana Theodora Mundstocka”, książki o Holokauście. xD Jeden z najlepszych egzaminów ever.
To teraz o czymś, co miało być zbiorową porażką, było zbiorową salwą śmiechu – współczesny czeski i geografia. Na pisemnym pani doktor wyszła na jakieś trzy minuty. Na każdym egzaminie. Już od dawna nie widziałam tak masowego ściągania i konsultacji (co, oczywiście, nie jest niczym złym, bo była to praca zbiorowa, a nie zwykłe bycie pasożytem). Dzięki temu współczesny wszyscy zdali. Zrozumcie – byliśmy obkuci, sprawdzaliśmy tylko, czy dobrze myślimy. Jeśli ktoś przychodzi na współczesny, wiedząc, jak się nazywa, ni cholery nie zda, bo to gramatyka opisowa po czesku. Na ustnej geografii też było wesoło, bo pytania się co drugą, trzecią osobę powtarzały i dzięki temu, że koleżanka Asia Ł. opowiedziała o tym, że miała wymienić secesyjne zabytki Pragi, zdałam, bo trafiło mi się takie pytanie. W ogóle powinnam była epicko oblać, bo ze stresu wszystko zapomniałam. Po kilku kompromitujących minutach pani doktor postawiła mi miłosiernie trójkę, za co będę ją wielbić do końca studiów. Chociaż niektórzy przyjechali do ISZiPu tylko po dwóję do indeksu, jak mój kolega… Swoją postawą i podejściem do tematu wszystkich strasznie rozśmieszył i do tej pory chichoczę, jak o tym wszystkim myślę.
Na koniec (bo wywód długi) wspomnę jeszcze o licencjacie. Rozdział mój został podsumowany tak: ni cholery nie umiem korzystać ze środków filmowych (typu opisać ruch kamery, dźwięk, etc.), streszczam fabułę (again =.=”), dobrze wyodrębniłam symbolikę, ale argumenty mam ułożone strasznie chaotycznie… Mam poprawić, napisać drugi rozdział i oddać we wrześniu, wtedy dostanę wpis xD Kochajmy Pana Promotora!!! Specjalnie dzisiaj pojechałam do instytutu i do BUWu po specjalną literaturę, z czego nie wszystko dostałam, będę siedziała i pisała. Ja pierniczę. xD Chociaż mogło być gorzej… Rozdział o przestrzeni lasu pisałam przy m.in. „Hyc o podłogę”, „Piłem w Spale, spałem w Pile” (i to jak na razie tyyyleeeeee!), The Rasmus, jakieś straszliwe głupoty… Wyjątkowo się to na treści nie odbiło. Chociaż przy pisaniu o wtórnym charakterze siana* już dostawałam spazmów ze śmiechu. A przede mną przestrzeń miasta… Nie myślmy o tym. Teraz nadrabiam czytanie.
Wasza odpoczywająca, bo upał jest straszliwy
Cathryn vel Żyd („Ciocia Dobry Żyd” xD)

*wtórny charakter rzeczy (u Toporowa to było) znaczy tyle, co to, że rzecz nabiera nowego znaczenia i ma nowe funkcje pod wpływem czyjegoś działania. Na przykład siano, jako pokarm saren, staje się czynnikiem osłaniającym chowających się pod nim Żydów, którzy spierniczyli z transportu. Jasne? Bo mnie to śmieszy jako cholera, nie wiem, jak Was xD

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s