Wołomińskie klimaty cz.2 – okruchy dzieciństwa.

Wybaczcie, że aktualizacje nie są wybitnie częste – upały źle na mnie wpływają i staję się rozlazła.
Dzisiaj znowu powspominamy, a bardziej będą to moje wspomnienia z lat dziecięcych, obfitujące w niezbyt przydatne informacje, dużo miłości i w ewolucje mojego rodzinnego miasta.
Zacznijmy od tego, że po urodzeniu (miałam okazję przyjść na ten łez padół w Nowym Dworze Mazowieckim, bo w Wołominie remontowano porodówkę. Podobnie było pięć lat wcześniej, kiedy na świat przyszła Moja Siostra) rodzice mnie przywieźli do domu przy ulicy Broniewskiego 8. Tam spędziłam pierwsze jedenaście lat życia, potem się przeniosłam na ulicę Generała A. i tak już tu mieszkam.
Dom przy Broniewskiego był stary – mówiąc „stary”, mam na myśli „przedwojenny”. Jedyne dobrodziejstwo, jakie tam było, to prąd. No i trzy piece kaflowe, o które kilka razy się oparzyłam, na szczęście bez śladów. Z dzisiejszej perspektywy zauważam, ile ten dom miał wad – zimno, grzyb na ścianie w niektórych miejscach, nieszczelne okna, szczury… Ale pamiętajcie, że wszystko zależy tak naprawdę od tego, kto w takim domu mieszka. Rodzice stworzyli mi i Olce bezpieczną przystań, dom, do którego nie bałyśmy się wracać.
Kiedy wspominam dzieciństwo, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to dom, podwórko i szkoła. Podwórko miałam ogromne, ponieważ było połączone z sąsiednią posesją, gdzie stał opuszczony dom. Rosło tam dużo drzew owocowych, maliny, jaśmin… Było gdzie się bawić z psami, których w pewnym momencie było u nas cztery – jeszcze żyjący Bolek, który ma 14,5 roku i mentalność szczeniaka oraz Sara, Dino i nieodżałowany Bej, z którym się wychowywałam. O moich zwierzakach powstanie kiedyś osobna notka 😉 Także podwórko w gruncie rzeczy miałam naprawdę spore. Teraz, jak czasem tamtędy przechodzę, już mi się takie nie wydaje (działkę z opuszczonym domem sprzedano niedługo przed tym, zanim się wyprowadziliśmy, naszą kilka lat później – gwoli ścisłości, wynajmowaliśmy ten dom): owszem, jest długie, ale wąskie. Wtedy jednak było w sam raz.
Jeśli chodzi o szkołę, to chodziłam do sławnej wołomińskiej Jedynki, gdzie teraz znajduje się siedziba biblioteki. Pamiętam zdziwienie pracownic, jak chodziłam po dziale dla dzieci i mówiłam, co w którym miejscu się znajdowało 🙂 Dlatego dobrze to zapamiętałam, bo szkoła wydawała mi się magicznym miejscem… Oczywiście, poza ludźmi, bo nie miałam tam przyjaciół. Jedynie moi przyjaciele w tym czasie to książki. Mogę się Wam pochwalić, że doświadczenie bibliotekarskie zdobywałam już w czwartej klasie, pomagając pani Wytrykus w pracy – roznosiłam książki, wyciągałam karty, sprzątałam, takie pierdoły. To był piękny rok – na każdej przerwie biegałam do biblioteki, myszkowałam między regałami, wyciągałam strasznie zakurzone książki, czytałam i potem polecałam ludziom… Nowości było mało, ale co tam, zawsze się jakaś klasyka znajdowała. Do dziś pamiętam rozkład biblioteki, podobnie sal. Musicie wiedzieć, że budynek Jedynki jest jednym z najstarszych w Wołominie! Do piątej klasy poszłam już w Czwórce, bo miałam o wiele bliżej z nowego domu, a i tak rok później wszystkie klasy z Jedynki zostały przeniesione do Czwórki z powodu kiepskiego stanu budynku. Niedługo potem szkoła została oficjalnie zlikwidowana, a budynek niszczał przez wiele lat, stając się wrzodem na ciele powiatu – sporo osób, w tym ja, skakało z radości, jak w końcu znalazły się pieniądze na remont.
Nie ma już też znanego wołomińskiego basenu, do którego miałam bardzo blisko, bo był po drugiej stronie ulicy. 🙂 Zamknięto go i po dłuższym czasie wybudowano aquapark na Huraganie. Basen na Broniewskiego miał swój urok: był blisko, wstęp nie był drogi, swego czasu nawet udało mi się kilka razy wejść za darmo… Nie było żadnych atrakcji, tylko basen i brodzik, ale tam właśnie uczyłam się pływać, tam wydawałam kieszonkowe nawet po przeprowadzce na drugi koniec miasta… Obok basenu był ogromny trawnik, na którym w lecie stały zraszacze. Razem z okolicznymi dzieciakami przełaziliśmy przez ogrodzenie i chlapaliśmy się wodą ze zraszaczy, biegaliśmy, skakaliśmy, a potem zwiewaliśmy w podskokach przed ochroniarzem bądź właścicielem. xD
Cała okolica, w której dorastałam, zmieniła się nie do poznania w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Część budynków zburzono, a na ich miejscu postawiono nowe. Kiedy przejeżdżam tamtędy na rowerze, nie muszę się bać, że wjadę w wystającą płytę chodnikową, tylko (jak dama) jeżdżę po kostce brukowej. Teraz na Placu 3-go Maja najważniejszy jest nie pomnik bohaterów ziemi wołomińskiej, ale jeden z najbrzydszych (wg rankingu Wirtualnej Polski) w kraju pomników papieża oraz fontanna. Kino Kultura zdążyło zamknąć swe podwoje i je otworzyć po kilku latach. Wyremontowano przedszkole przy Broniewskiego, do którego chodziłam. Niedaleko wybudowano Kaufland, miejsce pielgrzymek po chrupki. xD A jeszcze jakieś dziesięć lat temu były tam tylko gruzy i straszące wszystkich budynki!
Człowiek, im bardziej się starzeje, tym częściej wraca do lat dzieciństwa. Przynajmniej ja tak mam. Było biednie, ale wesoło.
Wasza popijająca niegazowaną Saguaro z Lidla (i papugująca Pijaru Koksa) 😉
Cathryn

Reklamy

Wołomińskie klimaty cz.1 – Rock Piątki.

Już gdzieś kiedyś pisałam, że zacznę omawiać „poważne” (ahahahaha) zagadnienia. Na czas wakacji postanowiłam opowiedzieć Wam (zwłaszcza tym, co nigdy u mnie nie byli) o swoim mieście, czyli o Wołominie – niby zagłębiu mafijnym, gdzie biegają mordercy pewnej rodziny i ogólnie lepiej wieczorem stosować się do Prawa Łoma, czyli nigdy nie wychodzić bez łomu. Dzisiaj trochę powspominam, by było wesoło i byście zobaczyli, że można się w Wołominie uchować. Zaczniemy od nieodżałowanego cyklu imprez, jakim były znane na powiat i okolice Rock Piątki.
Jak sama nazwa wskazuje, były to imprezy rockowe i działy się w piątki. Co do pierwszego członu nazwy – można się chwilami nie zgodzić, ponieważ występowały u nas zespoły zarówno rockowe, jak i metalowe czy też niemające z dwoma powyższymi gatunkami nic wspólnego. Who cares? xD I tak było sympatycznie. Imprezy miały miejsce w latach 2004-2009, odbyło się ich chyba siedemnaście (ciężko policzyć, bo nie byłam chyba na dwóch… Na pewno byłam na szesnastu!), pierwszy raz byłam na grudniowym w 2004 roku i jakoś dojechałam do ostatniego, gdzie daty z różnych przyczyn nie pamiętam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. ^^ Zaznaczam, że na swoim pierwszym RP miałam trzynaście lat. I to był jedyny koncert, gdzie sprzedawali legalnie piwo… Ale do tego tematu jeszcze dojdziemy. Jeśli chodzi o lokalizację – był to Wołomiński Dom Kultury, w skrócie MDK.
Elementy Rock Piątków oczami Cathrynka (wypisane w podpunktach):
1. Muzyka. W końcu to o nią najczęściej chodzi na koncertach. W zasadzie rzadko kiedy miałam okazję pójść tam, bo znałam jakiś zespół… ^^’ No co? Miał być Rock Piątek, okazja, by się wyszaleć ze znajomymi i w dobrym, metalowym towarzystwie! ^^ Muzyczną legendą Rock Piątków stał się poległy już zespół Suspense, który tworzyli chłopaki z Wołomina. Co się pojawiali na scenie, publika szalała. A po koncercie można było ze składem wypić piwo. Albo kilka.
By nie było, że Wołomin to wieś i tylko lokalne kapele grały – z bardziej znanych zespołów gościliśmy Happysad (to były czasy, kiedy zaczynali być sławni, za bilet dałam 12 złotych), Plateau (trudno, by wołomińska grupa u nas nie zagrała!), Milczenie Owiec, Openspace, Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni, Ametria, Snowball, Sjel, Orbita Wiru oraz Wrinkled Fred. Było tego dużo, dużo więcej, ale aż tak nie znam się na obecnej scenie muzycznej, więc nie chcę niepotrzebnie rzucać nazwami. Powiem Wam tyle, że większość była fajna – można było poskakać, pogować (tak, niżej podpisana pogowała bardzo często), ogólnie miło spędzić czas. Tylko kilka grup okazało się być strasznymi niewypałami, ale osobiście pamiętam, że tylko raz kogoś wygwizdano. Ciekawi? Opowiem w komentarzach. 🙂
2. Organizacja. Bez sprawnej ekipy niczego nie dało się zrobić. Najbardziej znaną twarzą jest Maciek Łoś, szef wszystkich szefów, wszędobylski, wszystko umiał załatwić. Dusza człowiek. Mimo sporej różnicy wieku między rockpiątkowiczami a nim, ze wszystkimi był na ty, posiadał niesamowite pokłady wyrozumiałości i tylko czasem puszczały mu nerwy, kiedy coś naprawdę szło nie po myśli wszystkich, ale do tego też dojdziemy. Maciek patronował imprezom bardzo długo, jednak ostatni Rock Piątek był już bez niego – do głosu doszła młoda gwardia, która nie poradziła sobie moim zdaniem ze wszystkim i ogólnie impreza pożegnalna nie była taka, jak myśleliśmy, że będzie. Tyle poprawnych politycznie słów z mojej strony.
Cenowo nie było źle – zazwyczaj bilet kosztował mniej niż 10 złotych.
3. Ludzie. Zazwyczaj można było spotkać stały skład rockpiątkowiczów, na który składało się kilkadziesiąt osób (w tym ja oraz Mel, Mizu, D~Bogna i Pijaru Koksu). Na koncerty nie wpadali jedynie rdzenni mieszkańcy wsi Wołomin, odwiedzali nas też ludzie z Kobyłki, Radzymina, Czarnej oraz Warszawy, co często było wielkim zaskoczeniem dla wszystkich, którzy rozmawiali z przyjezdnymi.
Nawiązywały się wieloletnie przyjaźnie, rodziły się i upadały związki – podczas przeglądania zdjęć nieraz musiałam się zatrzymać i pomyśleć, co się dzieje z tymi, których teraz oglądam. Muszę też powiedzieć, że sama należę do szczęśliwców, ponieważ Pijaru Koksa poznałam właśnie na Rock Piątku, a szczególnym koncertem dla nas był ten z jedenastego marca 2005 roku, ale miało nie być o związkach, więc tematu nie pogłębię. ^^
4. Epickie akcje. Przy takim natężeniu młodych, często podchmielonych bądź zwyczajnie po*ebanych osób nie mogło się obyć bez dziwnych i zabawnych sytuacji. Zacznijmy od tego, że w lutym 2005 roku ukradziono z MDK-u pisuar… Do tej pory nie wiem, jak to się stało, ale jakimś cudem wyrwano go w toalecie i sprawiono, że zniknął. Wtedy Maciek Łoś się strasznie zdenerwował, a jeden z występujących zespołów zadedykował koncert „poległemu pisuarowi” xD Poza tym na przykład jedzono styropian (próba odwagi, sprostałam jako jedyna dziewczyna), nawiedziła nas Śmierć, a raczej Śmierciu (genialny strój, pozdrawiam pana, który się wtedy przebrał)… Swego czasu również po MDK-u przewalały się damskie majtki niewiadomego pochodzenia, co skończyło się tak, że nosili je organizatorzy. 🙂 Oczywiście, na spodniach.
5. Alkohol, skutki picia wódki oraz sposoby przemycania. Gdzie Polacy, tam alkohol, wiadoma rzecz. Wspomniałam już, że można było legalnie kupić piwo na moim pierwszym koncercie – niestety, szybko wycofano pozwolenie (za co możemy podziękować miłościwie wtedy panującemu burmistrzowi, wszyscy wtedy mu pięknie życzyli), nie wiadomo, dlaczego. Przecież nikt nie zginął ani nie ucierpiał. Mimo zakazu spożywania i wnoszenia alkoholu na terenie imprezy jakoś dawaliśmy sobie radę i znajdowaliśmy masę sposobów na szmuglowanie piwa, wina i innych rzeczy.*
Na przykład otwierano okno w damskiej toalecie (znajdującej się w podziemiu) i podawano kumplom tanie wino. Oczywiście, organizatorzy szybko to wyczaili i usunięto klamki. W związku z czym przemycano w małych buteleczkach (podobno do torebek po 7Daysach wkładano flaszeczki z wódką i zgrzewano opakowanie żelazkiem xD) rozmieszczonych po kieszeniach, w rękawach kurtek, w butelkach po Coli… Spożywano też za MDKiem, gdzie nawet mój kolega Bazyl kiedyś dostał mandat. Współczujmy mu. Pito po kątach, gdzieś na tyłach widowni, w ubikacji (damska łazienka pod tym względem była miejscem legendarnym).
Wbrew pozorom, nie było burd. Nie pamiętam, by ktoś się pobił. Nigdy też nie wzywano policji – przyjechała tylko raz, w lutym 2005 roku, by zabrać z przystanku autobusowego jakiegoś przedstawiciela lumpenproletariatu (zima była wtedy ostra, nie chciano, by zamarzł). Obwołano go rockpiątkowiczem i opisywano potem w opowieściach. Przypadki osób bardziej nietrzeźwych niż trzeźwych przechowywano w łazience bądź odstawiano gdzie indziej pod eskortą kumpli. A jeśli ktoś był grzeczny, mógł się bawić dalej.
6. Nie samym koncertem się żyło. Na Rock Piątkach bowiem zdarzały się występy teatru amatorskiego (ukłon w stronę Piątego Wymiaru, który swego czasu występował z zespołem Łojezus), były organizowane wystawy…
Na każdym RP można było dostać w cenie biletu (czyli included, innymi słowy) koncertowy Zine. W trakcie bądź po imprezie czytało się wywiady z zespołami, komentowało się epickie fotki z poprzedniego koncertu bądź śmiało z komiksów lub esejów, tworzonych przez orgów i ich przyjaciół. Zdjęcie macie poniżej, jestem w posiadaniu piętnastu Zine’ów, z czego każdy następny lepszy od poprzedniego. ^^
Oczywiście, komentowało się też sprawy polityczne, czyli głównie bluzgało na poprzedniego burmistrza, ponieważ chciał zakazać imprez. Na szczęście mu się to nie udało. 🙂
Nie mogło obyć się bez zdjęć!** ^^

Tutaj mamy boskiego Radlina, omawiającego wraz z towarzyszami imprezy pewne dzieło sztuki

Dobry duch i ojciec chrzestny Rock Piątków – Maciek Łoś

Dwie Doroty z boku ^^

Kolekcja Zine’ów

Kolekcja biletów i dwie kostki do gitary – podarunki od zespołów Openspace oraz Tube

Jakby ktoś nie wierzył, że dawno temu byliśmy parą (Kuba mnie zabije, ale było warto! xD Zdjęcie jest genialne, znalazłam je przez przypadek)

Od prawej: D~Bogna, Mizunek, ja, Melanek, randomowy rockpiątkowicz

Piękne zobrazowanie stwierdzenia, że „zasady są po to, by je łamać” 😉
Słowo na zakończenie – z jednej strony żałuję, że Rock Piątków już nie ma, była to doskonała okazja na poznanie nowych ludzi oraz zwyczajne odchamienie się w przyjaznym środowisku. Jednak muszę Wam powiedzieć, że jestem dumna, że mogłam być rockpiątkowiczką i mogłam być częścią tego niezwykłego zjawiska.
Wasza ocierająca łezkę wzruszenia
Cathryn vel Żyd

* Piszę o tym dlatego, ponieważ w dzisiejszych czasach mało prawdopodobne, by RP wróciły. Dlatego możecie się pośmiać. 🙂 Oczywiście, nie próbujcie tego sami, a tym bardziej nie zwalajcie na mnie winy – część z tych historii jest zasłyszana, nie wiem, czy są prawdziwe!
** Któreż to w większości bądź w całości są wykonane przez Pisklaka.

Ewolucja piosenki, czyli o „Sexy and I know It” LMFAO.

Nim zaczniemy omawiać poważniejsze (ahahahaa) tematy, jeszcze jedna chwila dla nabrania oddechu. Dzisiaj na warsztat weźmiemy to, jak jedna piosenka może ewoluować i za każdym razem być co najmniej ciekawa. Przed Wami omówienie fenomenu „Sexy and I know it” by LMFAO.
Po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę jakiś dłuższy czas temu, zastanawiając się, komu odwaliło, by stworzyć coś tak głupiego. xD Dzieło to jest autorstwa amerykańskiego zespołu muzycznego LMFAO, który (o dziwo) za swoją twórczość spod znaku electro house* zgarnął już kilka nagród.
Sam utwór „Sexy and I know it” ma charakter humorystyczny, trochu parodystyczny, a przede wszystkim – nie jest na poważnie. Bo niby jakim, kurde, cudem ktoś latający w obciachowych gatkach ma być seksowny? xD
Warte przyjrzenia się są w teledysku charakterystyczne kroki tancerzy, wyjątkowo obciachowy ubiór, karton na głowie (po co, nie wiem), plastikowe okulary, otoczenie (wakacyjne wręcz). Piosenka wpada w ucho i człowiek chcąc nie chcąc zaczyna ją w pewnym czasie nucić. Trudno jest jej się pozbyć z głowy, coś o tym wiem.
Dość omawiania – myślę, że po obejrzeniu sami zobaczycie, co jest w tym niezwykłego.
Oto oryginał, który przesłuchałam może ze dwa razy w życiu (podobnie, jak większość ludzi w Internetach), nim się zabrałam za pisanie notki.

Oczywiście, jak to zwykle w Internetach bywa, przeróbki piosenek pojawiają się jak grzyby po deszczu, a niektóre nawet stają się bardziej znane od pierwowzoru. Zapewne każdy z Was kiedyś miał okazję usłyszeć jakąś parodystyczną wersję znanego hitu, ale teraz czeka Was prawdziwa kompilacja przeróbek „Sexy and I know it”. Zacznijmy więc wymieniać!
Na pierwszy ogień pójdzie ta najsłodsza, która mnie rozbroiła – „I’m Elmo and I know it”.
Elmo version

Jestem bardzo ciekawa, gdzie twórcy znaleźli dziewczynę o tak słodkim głosiku. Piosenka się sprawdza – teledysk porządnie zrobiony, człowiek ma wrażenie, że wideo było wykorzystane w „Ulicy Sezamkowej”. Komuś się bardzo nudziło i miał duuuuuużo czasu, by to zrobić. Podziwiam. xD
Schemat tekstowy jest zachowany – mamy przedstawienie postaci, potem nieśmiertelną partię „when I do something, this is what I see”, wyjątkowo rozbrajające jest „kids look at this crayons”, zastępujące „girl look at that body”. Mniodzio.
Dalej mamy wersję, która jest moją najukochańszą i tylko zdrowy rozsądek nie pozwolił mi wrzucić jej na początek listy. ^^
Wersja żydowska

Tutaj mamy do czynienia z piękną, czystą parodią, gdzie jest zachowane mniej więcej otoczenie, stroje, okulary, tekst (w sensie schemat), ale dodatkowo mamy postać przebraną za Żyda, wielkie gwiazdy Dawida na łańcuchach (chcę coś takiego!!!) oraz nieodzowne jarmułki. No i tematyka tekstu – „I’m Jewish and you know it” mówi samo za siebie. Patrzcie, jak powinno się robić teledyski – zachowano choreografię (mniej więcej, sekwencja początkowa jest taka sama), obciachowość ciuchów, są dziewczyny, normalnie wielka impreza xD A na poważnie: jest to najlepiej wykonana parodia, jaką słyszałam i jaką widziałam.
Teraz wersje polskie (bo nie może ich zabraknąć, Polacy nie gęsi w końcu) – znalazłam dwie warte uwagi.
Pierwsza z nich wyszła na światło dzienne, kiedy polscy internauci lamentowali i buntowali się przeciwko Wielkiemu Złu, jakim było ACTA. Ta parodia od razu podbiła serca internautów, ponieważ miała funkcję spajającą nasze serca (chociażby przez tekst „jestem piratem i wiem o tym”). Można powiedzieć, że została hymnem walki przeciwko tej durnej ustawie.
Kradziony bit
Po kolei jednak: jak sami widzicie, oryginalny schemat fabularny (o ile można o takim mówić) nie został zachowany. Warunki zostały przerobione na typowo polskie, gdzie zazwyczaj dochodzi do ściągania plików: widzimy domowe zacisze, zwykły pokój, telewizor, firanki w oknie… To, co mamy u siebie w domach. Nawet panowie z V-Unit wyglądają, jakby wiedli normalne życie (chociaż codzienne ubrania zostały dodatkowo urozmaicone o różne obciachowe dodatki, typu kamizelka odblaskowa, czepek kąpielowy, kapelusz, skąpe koszulki, dzięki czemu klimat piosenki został zachowany). Nie mogło się obyć bez wielkich okularów przeciwsłonecznych, które w tym teledysku mają akurat rozbudowaną symbolikę. Nie tylko są dodatkiem do ubrania, są też symbolem anonimowości, a w końcu każdy pirat jest anonimowy, prawda?
Dodatkowo tytuł piosenki nie jest typowy. Mogłoby być „Jestem piratem i wiem o tym”, ale „Kradziony bit” z racji swojej długości jest łatwiejszy do zapamiętania. W samym tekście piosenki nie ma nic o byciu piratem, są jedynie poruszone tematy ACTA i buntu przeciwko władzy, mamy tutaj omówienie sytuacji, w jakiej jeszcze niedawno się znajdowaliśmy. Brawa i wielki szacun dla chłopaków z V-Unit. Jedyna wada piosenki: rymy są nierówne i to chwilami mocno przeszkadza w słuchaniu, ale możemy im to wybaczyć, prawda? 😉
Ostatnia omawiana piosenka to niedawne znalezisko Kuby, które mnie rozwaliło, albowiem forma nie ma nic wspólnego z oryginałem, a jedynie odnosi się (podobnie, jak „Kradziony bit”) do obecnych polskich realiów.
Napijmy się gorzoły

Ach, jakie to swojskie, nie? 🙂 Piosenka autorstwa Chwytaka i DJ Wiktora nie jest pod tym względem oryginalna – nie oni pierwsi i nie ostatni poruszyli temat narodowego pociągu do wódki. I innych trunków. Właściwie jedyne, co jest zachowane z oryginału to muzyka i karton na głowie (no kto to wymyślił xD), plus obecność pięknych pań. Wersy są dość długie i kiepsko się to śpiewa w stanie nawet niezbyt wskazującym, ale do posłuchania się nadaje. 🙂
Poruszę jeszcze dwie kwestie – jak można zobaczyć w oryginale LMFAO, mamy do czynienia z dwoma wokalistami. Ta zasada nie zawsze jest zachowana (W „Kradzionym bicie” śpiewa pięciu panów, w wersji z Elmo śpiewa jedynie… Elmo), ale w końcu jakie to ma znaczenie… Ciekawą sprawą jest też przerywnik przed ostatnim refrenem. W przypadku oryginału oraz wersji Chwytaka i DJa Wiktora jest to bliżej nieokreślony bełkot, przy Elmo słyszymy słowo „tickle” („łaskotki”), w wersji pirackiej – powtarzanie w kółko słowa „ściągam”, a przy wersji żydowskiej – „bacon, bacon, bacon, no”, co mnie osobiście rozbraja najbardziej.
Nom, to na tyle tym razem. Od przyszłego tygodnia lecimy z notkami o Wołominie (ale, oczywiście, możecie spodziewać się przerywników pod postacią sprawozdania z wyjazdu do Pragi). Mam nadzieję, że się Wam dzisiaj podobało 🙂
Wasza odpoczywająca i nadrabiająca
Cath vel Żyd

*podaję za Wikipedią, nie znam się na tego typu muzyce.

Wakacyjna chwila nabrania oddechu, przemyślenia i mała sesja zdjęciowa.

Dziś będzie luźno i z lekką nutką przemyśleń.
Wszystko zaczęło się od tego, że wracałam z Asią i D~Bogną ze sklepu i zauważył mnie kolejny facet. Niby nic dziwnego, bo w końcu szły trzy ładne, zgrabne, młode dziewczyny… Tzn. dwie dziewczyny plus ja… Ale on tak zareagował na mój widok. Podobnie, jak kilku innych. Pytacie zapewne: czemu? Ano temu, że miałam na sobie sukienkę. Zdjęcia poniżej.
Zastanawia mnie teraz jedno (i nie piszcie mi w komentarzach, że jestem laska bądź cokolwiek innego) – jakim, kurde, cudem udało mi się w ciągu ostatnich siedmiu lat być singielką przez może dwa dni? Dlatego „może”, bo nie ma sensu bawienie się w liczenie godzin.
Przecież w gimnazjum byłam jedną z największych brzydul, której dodatkowo wisiało i powiewało, co ma na sobie, w liceum było może ciut lepiej, ale już sama nie wiem… Dopiero teraz dojrzałam do chodzenia w kieckach i spódnicach (kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że młodość przemija. Oberwałam obuchem w łeb, tak do mnie dotarła ta prawda). Znam tyle fajnych dziewczyn, które wyglądają i ubierają się zarąbiście, a nigdy nie były w związku, czasem się z tym nieźle męczą, mnie zaś swego czasu zastanawiało, jak to jest być singlem. Wyjaśnijcie mi: co takiego jest we mnie, że – mimo, iż nie wyglądam tak zabójczo na co dzień – zawsze coś się przydarza i nie mogę nawet tych nieszczęsnych godzin zliczyć. To wielka niesprawiedliwość, uważam. Serio. W ogóle tego nie pojmuję.
Miało nie być o związkach, wiem. Ale to pytanie jest luźno powiązane.
A teraz zapowiedziana luźność tematyczna: odpoczywam. Nie przeżywam tego, że kiepsko mi idzie szukanie pracy, nie przeżywam nadchodzącej poprawki – cieszę się, że mogę nadrobić zaległości książkowo-filmowo-animcowe, cieszę się, że mogę wreszcie odpisać na listy. No i , oczywiście, cieszę się nawet z pisania licencjatu, chociaż tego po mnie nie widać. Innymi słowy – jest dobrze. I pogoda zrobiła się lepsza. ^^ Wyjazd do Pragi się coraz bardziej przybliża i cieszy mnie to niezmiernie. 🙂
Doczekaliście się, macie zdjęcia ^^ Wszystkie zrobiła nieoceniona Asia, od której się dzisiaj sporo nauczyłam, jeśli chodzi o fotografowanie.

Okulary są Doroty, kiecka moja (żeby nikt nie powiedział, że nie mam takich fajnych ciuchów xD)




Czuję się normalnie, jakbym była Kasią Tusk – co notka, to fura swoich zdjęć.


Ostatnie jest NAJLEPSZE. I jest dedykowane Agnes, czuję się marną naśladowczynią ^^’
No i powiedzcie. Ja rozumiem, żebym tak wyglądała na co dzień, ale zwykle przypominam wpół do chłopaka. Nic już kompletnie nie rozumiem.
Wasza odpoczywająca
Cath vel Żyd
P.S. Zdjęcia będą też na Facebooku, jakby się kto pytał. Ale nie dziś, lecę oglądać „True Blood”.
C.R.

Moja Siostra jest magistrem!!!

A raczej panią magister. Dzisiaj się szczęśliwie obroniła! Jakby ktoś pytał, jest pedagogiem kryminologicznym, chociaż ta nomenklatura jest dziwna, więc pewnie coś przekręciłam.
Eniłej… Mazel Tov! xD
hava nagila
Tany, tany, specjalnie na cześć Mojej Siostry. Kłaniajcie się jej w pas, nikt z mojej rodziny (poza ciocią, ale z czego ona nie ma) jeszcze nie uzyskał tego tytułu. Ja na razie pracuję na miano licencjusza.
Dokładnej reakcji Siostry nie znam, nie widziałam się z nią, w weekend wróci od narzeczonego. Ale tam pewnie dzielnie świętuje, więc my, moi drodzy Czytelnicy, również musicie trochę poświętować. 🙂 Tańczymy!

Gratulaaaaacje 🙂
To byłam ja, Cathrynek, specjalistka od robienia obciachu na dzielni. Nie tylko swojej.
Wasza
C.R.

Make reading exotic, czyli co Kasia Tusk myśli o czytaniu, a co ja myślę o Kasi Tusk xD

Proszę Państwa, ta notka (jak wiele poprzednich) powstała pod wpływem impulsu. Impuls nastąpił wczoraj dzięki Vardzie (pozdrawiam!), która na fejsie udostępniła niżej podany link*. Dzisiaj porozmawiamy trochę o Make Life Easier, a dokładnie o tym, co Kasia Tusk (bądź sztab wyspecjalizowanych Murzynów** do odwalania za nią tej roboty) popełniła (w marcu zresztą) na temat czytania książek.
Podczas czytania jej notki wyglądałam mniej więcej tak:
konata
Boziu, jak ja się cieszę, że trafiłam na tę notkę teraz, a nie kilka miesięcy temu. Liczę bowiem na to, że albo target Tuskówny zmądrzał, albo ona sama przestała tak myśleć o czytelnictwie.
Po kolei jednak (muszę nauczyć się prezentować argumenty, po to służą m.in. notki z cyklu „Chała tygodnia”):
1. Czytając, zapomniałam o plotkach, że blog jest pisany nie przez Tuskównę, lecz przez wyżej wymieniony sztab Murzynów***. I – tak samo, jak w przypadku notek Kominka – nóż mi się w kieszeni otworzył. Ale, ale, moi drodzy czytelnicy, bądźcie mądrzejsi ode mnie i pamiętajcie, że tego, co można znaleźć na Make Life Easier, nie wolno brać na serio. Tak więc ochłonęłam i postaram się w miarę na poważnie podejść do tematu.
2. Przez dłuższą chwilę myślałam, że autorka robi z narodu debili, którzy w ogóle nie czytają i dla nich czytanie to rozrywka niezwykle egzotyczna. Przez chwilę miałam ochotę zrobić komuś krzywdę, bo wszyscy moi znajomi czytają… Potem sobie przypomniałam, że nie wszyscy. I ta świadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Ktoś w końcu musi nie czytać, skoro wyniki badań BNu wychodzą takie, a nie inne. Kiedyś znajoma, która nie czyta, bo woli oglądać telewizję, powiedziała, że nie wiem, co tracę, nie włączając telewizora. Książki są dla niej za ciężkie (za trudne), woli prostszą rozrywkę. Nie sugerujcie zmiany znajomych, jeśli nie czytają! Doskonale Was rozumiem, ale nie warto rezygnować z człowieka, jeśli po prostu nie lubi czytać. Ma inne zalety. Za to powiem Wam świętą, najświętszą prawdę i stosujcie się do niej, a będziecie się czuli lepiej – jeśli czytacie, NIGDY nie wiążcie się z osobą, która nie znosi książek. NIGDY. Bo inaczej będziecie mieli przerąbane i nie będzie Wam dobrze w takim związku. Miałam niby nie pisać o „Intymnych relacjach międzyludzkich”, ale po raz kolejny nagnę tę zasadę, by móc kogoś uratować przed wielką życiową porażką. Uważacie inaczej, OK, Wasz problem. 😛
3. Notka jest beznadziejną reklamą e-czytnika z Empiku, który podobno wcale zajebisty nie jest, co potwierdza masa opinii moich znajomych. Miałam kiedyś taki czytnik w ręku i się ździebko załamałam, bo poznałam wcześniej zajebistość Kindle’a. Należę jednak do grona tych, którym e-papier nie zastąpi książki, ale wróćmy do tematu.
4. Notka ma jednak wartości, które trzeba propagować – zachęca do czytania. Kasia Tusk daje tutaj bowiem dobre rady, jak się nie zniechęcać do książek i jak szukać czegoś, co może być dla nas wciągające i pasjonujące. I chwała jej za to. Co nie zmienia faktu, że podczas czytania notki poczułam się, jakbym wróciła do podstawówki, gdzie co i rusz ktoś mnie zaczepiał, jak czytałam na korytarzu („Co ty w tym widzisz?” i tak dalej).
5. Najlepsze pytanie w całym tekście – Co robić, jeśli lubisz czytać, ale robisz to za rzadko ?:)
Czytaj. Po prostu czytaj. Nie trafia do mnie argument, że ktoś studiuje i nie ma czasu czytać. Zawsze się znajdzie czas na chociaż kilkanaście stron dziennie. Ja na przykład – wraz z D~Bogną i Asią – dzielnie propagujemy czytanie w środkach komunikacji, typu pociąg, SKMka, metro, tramwaj (u mnie autobus odpada, momentalnie przez chorobę lokomocyjną jestem nie do życia, metro lepsze). Nawet nie wiecie, ile czasu można zmarnować, gapiąc się bezmyślnie w ścianę podczas jazdy. Ile książek przeczytałam, jeżdżąc pociągiem… Owszem, możecie marudzić, że dodatkowe tomiszcze w torbie czy plecaku to ból pleców, OK. To bierzcie małe formaty. Mój model „do jazdy” to książka w formacie zeszytu A5, najlepiej mająca ok. 200 stron. Można takie znaleźć, na przykład masa czeskiej literatury jest wydawana w takim formacie. I tak oto czytam sobie lektury (bądź Žambocha) i nie narzekam. Także nie trzeba od razu kupować e-czytnika, tylko wystarczy pofatygować się do biblioteki i ewentualnie poprosić o pomoc. 😉
6. Osobiście wkurzają mnie zdjęcia Tuskówny, które co i rusz pojawiają się w notce. Rozumiem, taka rola bloga, ale sama wolę wstawić Konatę, lepiej zobrazuje moje odczucia.
Także co? Make life easier, wypożyczajcie cienkie książki i czytajcie w dojazdach. A tymczasem wracam do dość sporego „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” Andrusa i… Czubaszek 😉
Wasza nadrabiająca zaległości w czytaniu (jak widać)
Cathryn
P.S. Napisałam do chłopaków z Make Life Harder, by także coś napisali o czytelnictwie. Ciekawe, czy dadzą się namówić 😉
C.R.

*dlatego bawię się w gwiazdki, bo mam problem z szablonem i nie chce mi linków do notek wstawiać. Macie więc przeklejony adres. http://www.makelifeeasier.pl/film-i-literatura/make-reading-easier/#comments
**Autorka bloga informuje, że nie ma nic do Murzynów, Azjatów etc., w końcu jest Polką, żydołaczką i początkująca czechofilką. Po prostu takie sformułowanie się utarło w naszym języku i dlatego nie boję się z niego korzystać. 😛
***Autorka pragnie również wspomnieć, że używa tego utartego zwrotu jedynie w celach metaforycznych 😛

Pośmiejmy się z sesji, czyli teksty, kwiatki, epic faile itd.

Ta sesja letnia była wyjątkowa. Co prawda, nie miałam galopującego przeziębienia, jak rok wcześniej (myślałam, że umrę podczas egzaminów), nie miałam ochoty zemdleć z powodu nerwów (ech, przechodzenie na dzienne studia, to były czasy…), nie poryczałam się ani razu (tak jak po egzaminie u Pana Promotora, który postawił mi czwórkę, nie wiedząc, że dzięki niemu nie muszę już płacić ciężkich pieniędzy za studiowanie). O nie, tym razem było inaczej. Było to jak pewna księga Kundery – dużo śmiechu i dużo zapomnienia. A raczej zapominania, nevermind. Pośmiejcie się wraz ze mną ze wspomnień z tegorocznej sesji letniej.
Tym razem mieliśmy do oddania miliard prac zaliczeniowych, których forma była różna i podłużna. Najlepiej pisało mi się pracę z kultury popularnej, za którą kochany pan doktor postawił mi 3+… Jak zwykle, mam problemy z problematyką i diabli właściwie wzięli moje dwa dni, spędzone w Narodowej nad źródłami. Ech. Potem średnio było z pracą na Językowy obraz świata, do tej pory nie wiem, co z niej dostałam, ale się dowiem. A najgorzej było ze źródłami informacji! Dostaliśmy temat, do którego mieliśmy opracować plan pracy i bibliografię (pracy nie musieliśmy pisać, uff). Myślałam, że gwizdnę czymś o ścianę. Miałam źródła, ale za mało; bibliografię zrobiłam na odwal się, bo pisałam licencjat, a jeszcze wysłałam złą wersję, wkurzałam się, bo nie wiedziałam, co jeszcze mogę dodać, załamywałam ręce nad planem, bo co tu dużo pisać o mniejszości czeskiej w Sudetenland w latach wojennych… Moja wina, sama wzięłam taki temat. A wiecie, jak wyglądało pójście po wpis? Pan magister wytłumaczył mi dokładnie, co mogłam jeszcze zrobić, pogadaliśmy, zapytał się, skąd zainteresowania wojenno-żydowskie, oczywiście, odpowiedziałam, bo jakżeby inaczej… A on się mnie pyta o to, kto to był Heydrich. Na zasadzie pogawędki. Jest serbistą z wykształcenia, ma prawo pytać. I tak od słowa do słowa się rozgadałam i po paru minutach powiedział, że mam pojęcie o temacie i stawia mi piątkę. xD Kochajmy pana magistra, oby niedługo już był doktorem. 🙂
Teraz o egzaminach. Mam poprawkę z kultury popularnej. Do zaliczenia testu brakowało mi chyba dziesięć, nie, trzynaście punktów… Oficjalnie takich jak ja nazywa się leniami, a muszę Wam powiedzieć, że trafiłam na tak beznadziejne pytania, że aż żal pewną część ciała ściska. Oblałam to epicko, ponieważ w pytaniu o tezy feministyczne zaczęłam pierniczyć o prawach dla kobiet, a chodziło o coś zupełnie innego, czego nie miałam w notatkach, bo mnie NIE BYŁO NA WYKŁADZIE. Kurde, opuściłam chyba najmniej ze wszystkich zebranych osób i oblałam! Nie ja jedna, kampania wrześniowa zapowiada się ciekawie. xD
Wszyscy spodziewali się masakry na czeskim, a najgorzej było z kulpopem. xD Lektorka zrobiła nam beznadziejnie żmudny test, gdzie oddzielnie oceniała esej, oddzielnie gramatykę (kto to widział, proszę ja Was?), a ustny zapowiadał się masakrycznie… Po pisemnym byłam pełna najgorszych przeczuć. Wiecie, jak wyglądał ustny? Dostawało się dwa tematy, które się opracowywało przez kilka minut. Pierwszego dnia egzaminowania (były dwa) weszłam jako ostatnia, co chyba zostało nagrodzone, bo lektorka wyszła na chwilę. Co?! xD Mogłam robić, co mi się żywnie podobało – szkoda, że nie miałam przy sobie słownika. xD Z wylosowanych tematów („pieniądze” i „moja pięta Achillesowa”) zeszłyśmy na tematy różne, w tym na Żydów… Kolegę się pytała o narzeczoną, a koleżankę o jej zwierzęta… Normalnie kochajmy lektorkę… Postawiła mi za całokształt twórczości na czeskim 3+ i powiedziała, że jak się przyłożę, to na trzecim roku będzie czwórka. Jeeee! _^_
Oguny – z renesansu, o którym już kiedyś pisałam, dostałam 3+, bo mi się nie chciało lektur czytać. Chryste Panie, ten człowiek olewał sobie lektury i gadał na wykładzie o wszystkim innym, tylko nie o renesansie, a potem na egzaminie się dziwił, czemu tylko „Pochwałę głupoty” czytałam. xD A Żydów dwa razy poprawiałam – za pierwszym podejściem byłam po niecałych sześciu godzinach snu, gdzie do Wołomina wróciłam o trzeciej nad ranem (już świtało) od Muśka (pozdrawiam) z Żoliborza, dostałam 3, co zaskoczyło wielu, ponieważ co wykład miałam coś ciekawego do powiedzenia i bez przerwy coś dodawałam do wykładanej treści. Za drugim razem, ździebko już wkurzona, dostałam 3+ i miałam ochotę kogoś zabić. Masa osób nie zdała, po co robić na ogunach takie trudne testy?! Pani doktor jednak okazała się być człowiekiem i kiedy poszłam do niej po wpis, popatrzyła się na mnie, powiedziała, że głupio jej stawiać mi 3+ i za całokształt postawiła 4. xD
Skoro mowa o Żydach – na egzaminie z literatury wylosowałam taki fragment dzieła, że aż zaczęłam rżeć ze śmiechu w sali. To była końcówka „Pana Theodora Mundstocka”, książki o Holokauście. xD Jeden z najlepszych egzaminów ever.
To teraz o czymś, co miało być zbiorową porażką, było zbiorową salwą śmiechu – współczesny czeski i geografia. Na pisemnym pani doktor wyszła na jakieś trzy minuty. Na każdym egzaminie. Już od dawna nie widziałam tak masowego ściągania i konsultacji (co, oczywiście, nie jest niczym złym, bo była to praca zbiorowa, a nie zwykłe bycie pasożytem). Dzięki temu współczesny wszyscy zdali. Zrozumcie – byliśmy obkuci, sprawdzaliśmy tylko, czy dobrze myślimy. Jeśli ktoś przychodzi na współczesny, wiedząc, jak się nazywa, ni cholery nie zda, bo to gramatyka opisowa po czesku. Na ustnej geografii też było wesoło, bo pytania się co drugą, trzecią osobę powtarzały i dzięki temu, że koleżanka Asia Ł. opowiedziała o tym, że miała wymienić secesyjne zabytki Pragi, zdałam, bo trafiło mi się takie pytanie. W ogóle powinnam była epicko oblać, bo ze stresu wszystko zapomniałam. Po kilku kompromitujących minutach pani doktor postawiła mi miłosiernie trójkę, za co będę ją wielbić do końca studiów. Chociaż niektórzy przyjechali do ISZiPu tylko po dwóję do indeksu, jak mój kolega… Swoją postawą i podejściem do tematu wszystkich strasznie rozśmieszył i do tej pory chichoczę, jak o tym wszystkim myślę.
Na koniec (bo wywód długi) wspomnę jeszcze o licencjacie. Rozdział mój został podsumowany tak: ni cholery nie umiem korzystać ze środków filmowych (typu opisać ruch kamery, dźwięk, etc.), streszczam fabułę (again =.=”), dobrze wyodrębniłam symbolikę, ale argumenty mam ułożone strasznie chaotycznie… Mam poprawić, napisać drugi rozdział i oddać we wrześniu, wtedy dostanę wpis xD Kochajmy Pana Promotora!!! Specjalnie dzisiaj pojechałam do instytutu i do BUWu po specjalną literaturę, z czego nie wszystko dostałam, będę siedziała i pisała. Ja pierniczę. xD Chociaż mogło być gorzej… Rozdział o przestrzeni lasu pisałam przy m.in. „Hyc o podłogę”, „Piłem w Spale, spałem w Pile” (i to jak na razie tyyyleeeeee!), The Rasmus, jakieś straszliwe głupoty… Wyjątkowo się to na treści nie odbiło. Chociaż przy pisaniu o wtórnym charakterze siana* już dostawałam spazmów ze śmiechu. A przede mną przestrzeń miasta… Nie myślmy o tym. Teraz nadrabiam czytanie.
Wasza odpoczywająca, bo upał jest straszliwy
Cathryn vel Żyd („Ciocia Dobry Żyd” xD)

*wtórny charakter rzeczy (u Toporowa to było) znaczy tyle, co to, że rzecz nabiera nowego znaczenia i ma nowe funkcje pod wpływem czyjegoś działania. Na przykład siano, jako pokarm saren, staje się czynnikiem osłaniającym chowających się pod nim Żydów, którzy spierniczyli z transportu. Jasne? Bo mnie to śmieszy jako cholera, nie wiem, jak Was xD