„Pasażerka”, czyli Cathrynek w operze.

Proszę Państwa, pragnę na samym początku zaznaczyć, ze byłam pierwszy raz w operze, w związku z czym moja relacja może nie być zbyt poważna. I zbytnio trzymająca się kupy – mam urwanie łba, robię 500 rzeczy naraz, a w piątek mam test (oboże) i dwie prezentacje, ciekawa jestem, jak to przeżyję.


Z „Pasażerką” historia jest taka, że (dziecięciem będąc, czyli dwa lata temu) pisałam o książce prezentację maturalną*, dodatkowo obejrzałam film (genialne dzieło Andrzeja Munka, swoją drogą) i uznałam to za jedną z lepszych opowieści, z jaką dane mi było się zapoznać.
Powstała opera, coś o tym słyszałam, ale było to dawno temu (nie chodzę do opery, więc wiedza o spektaklu wyparowała mi szybko z głowy).
A kiedy okazało się, że mam możliwość zobaczyć „Pasażerkę” na własne oczy, nie wiedziałam, jak do tematu podejść. Pierwszy raz miałam pójść do opery.
Byłam przerażona, co na siebie założę.
Żarty żartami xD, problem szybko się rozwiązał; odbębniłam dwa wykłady i, odpicowana przez Swoją Siostrę, ruszyłam wraz z mamą podbijać Operę Narodową.
DLA NIEWTAJEMNICZONYCH: akcja „Pasażerki” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: na statku pasażerskim oraz w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Poznajemy dzieje byłej nadzorczyni z podobozu kobiecego, Lisy (aufseherin Franz), która podczas pracy w obozie „opiekowała się” Martą, polską więźniarką (dawała jej jedzenie, pozwoliła się spotkać z narzeczonym, etc.), ale była też przesiąknięta nazistowską propagandą. Po wojnie płynie statkiem do Brazylii ze swoim mężem i nagle wśród współpasażerów dostrzega Martę, podczas gdy myślała przez te wszystkie lata, że dziewczyna nie żyje… Książkę napisała Zofia Posmysz, była więźniarka Auschwitz.
Pierwsze moje wrażenie – opery są długie. I mają rozwleczoną fabułę. Rozumiem, trochę czasu trzeba poświęcić na odśpiewanie swojej kwestii, ale dla nieprzywykłego widza jest to mordęga. Jako zainteresowana tematem opery nie uległam senności, mamie też się podobało i jakoś dała radę, ale po okolicznych zgromadzonych widać było, że chce im się spać.
Fabuła – zmieniono parę fragmentów, które na kształt całości zbytnio nie wpłynęły, przydały jej dramatyzmu tylko. Podobało mi się. Sceny na statku (w ogóle wielkie brawa dla odpowiedzialnych za scenografię!) przeplatały się z tymi w obozie.
Postacie – oczywiście, ta, która grała Lisę, była obłędna. Nie mogła być inna, inaczej ta sztuka byłaby do bani. Co do odtwórczyni roli Marty… Świetna rola, genialne wykonanie… Jedynym zgrzytem dla mnie było to, że śpiewaczka była dość korpulentna. Tak, wiem, z czym do ludzi wyskakuję, przecież to jest opera, konkretnie zbudowane śpiewaczki są tam na porządku dziennym… Ale w obozie mało kto był korpulentny. A jeśli był, to tylko od momentu dojechania do obozu do chwili zamknięcia w komorze gazowej, a to następowało szybko. Jest to jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić i to zrobię. Wszystkie inne śpiewaczki jakoś były wpasowane w realia, no! xD
Słówko o scenografii – zaczęłam się nad nią rozpływać i będę to robić dalej. ^^ W trailerze, który znajdziecie poniżej, możecie zobaczyć, jak fajnie ją zrobiono. Mamy dwa poziomy – pierwszy to pokład statku, a na dole mamy przestrzeń obozową; dodatkowo są też dwa ruchome elementy (nie wiem, jak się to fachowo nazywa), które pełnią rolę ścian oraz dodatkowych pomieszczeń (kajuty, pryczy, etc.) i wystarczy je w odpowiednim momencie przemieścić, by całkiem zmienić scenerię. Według mnie jest to genialny zabieg i łapki bym uścisnęła temu, kto wpadł na tak dobry pomysł. Dorzucę też kostiumy, które były ekstra – suknie balowe, garnitury, pasiaki, mundury SS – między pierwszą z drugą grupą strojów jest wyraźny kontrast, co dodatkowo pogłębia klimat (do wrażeń słuchowych i treści dochodzą wzrokowe).

Muzyka – wszystko OK. Poważna, wprowadzająca napięcie, podtrzymująca napięcie, wszystko cacy. Śpiew – czy tylko ja tak mam, że chwilami nie rozróżniam słów i mi się wszystko zlewa w jeden potok? Serio, człowiek usiłuje wszystko zrozumieć i mu nie idzie. Ratowały mnie napisy (napisy w operze to błogosławieństwo, a pomysłodawca jest znakomitością i mistrzem świata), które były co prawda skrótem wyśpiewywanej treści, ale spełniały swoje zadanie. Dodajmy, że spektakl jest wielojęzyczny i widz ma okazję posłuchać kwestii w języku polskim, niemieckim, angielskim, rosyjskim, francuskim, chyba greckim i chyba czeskim (raz coś tam do mnie dotarło i byłam szczerze zdziwiona).
Tak ogólnie rzecz biorąc, opera to nie jest wyczyn dla każdego. A „Pasażerka” tym bardziej – tu nie ma miejsca na śmichy-chichy, bo człowiek może się, wbrew pozorom, łatwo pogubić. Z drugiej strony sztuka jest rozwleczona, długa (3h) i można przy tym przysnąć. Wrażenie jednak robi kolosalne, kiedy się bacznie wszystko obserwuje i kiedy dochodzi się już do końca historii. Kawał dobrze zrobionej roboty i polecam to gorąco.
Także widzicie, debiut Cathrynka w operze był bardzo ciekawy, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się na coś wybiorę, a teraz idę się uczyć na geografię kulturową.
Wasza tuż przed sesją
Cath

*temat, jeśli kogoś interesuje – „Obraz hitlerowskich obozów koncentracyjnych w literaturze polskiej i światowej na wybranych przykładach”. Przykłady: „Pasażerka”, „Dom lalek”, „Pięć lat kacetu” i „Lista Schindlera”. ^^

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s