Wpadka Obamy, czyli… Polskie obozy zagłady? Ile można?!

Chciałam napisać teraz notkę o tym, jak bardzo nie chce mi się uczyć do sesji, ale dostrzeżony link na Facebooku uniemożliwił mi to działanie.
Proszę Państwa, miłościwie Amerykanom panujący prezydent wziął i się wygłupił. W swoim wystąpieniu o Janie Karskim wspomniał o „polskich obozach zagłady” („Polish death camps”), czym wywołał (jak się zapewne domyślacie) wielkie oburzenie po stronie polskiej oraz masę protestów różnych osób, od byłego ministra spraw zagranicznych, Daniela Rotfelda, do Naczelnego Rabina Polski, Michaela Schudricha.
Wiecie co, to już się robi nudne. Od wielu lat zwalcza się przekonanie, że (skoro te obozy znajdowały się na terenach polskich) to od razu Polacy je budowali i nimi zarządzali. Serio, ile można? Czy tak trudno jest powiązać obozy z nazistami?
Nie chcę tym wzbudzać żadnej dyskusji, bo po co, skoro większość z Was się ze mną zgodzi, ze trzeba potępiać tego typu słowa. Po prostu człowiek się irytuje, kiedy słyszy coś takiego z ust jednego z najważniejszych ludzi na świecie (zwłaszcza, że Obama był w tamtym roku w Polsce, był pod pomnikiem Bohaterów Getta i raczej zdaje sobie sprawę z tego, że palnął straszne głupstwo.
Rozpętuje się afera, do Obamy nadciągają listy z całego świata, środowiska żydowskie się burzą, a studentka slawistyki musi przejść koło tego obojętnie i się uczyć do sesji. Strasznie mi się nie chce, chociaż pierwsze zaliczenie mam z historii Żydów w Polsce w XIX i XX wieku…
Wasza
Cathryn

Reklamy

Dwie studentki UW na Juwenaliach UKSW, czyli złe buty do skakania i śmieszne akcje.

W tym miejscu (tytułem wstępu) chciałabym podziękować mojemu koledze Igorowi za to, że mnie nakierował na Agrykolę – Igore, díky! Gdyby nie Ty, zapierniczałabym na Topiel i złościła się na to, że mi autobus nie przyjeżdża. 🙂
Proszę ja Was, wczoraj miałam okazję być po raz pierwszy w życiu na Juwenaliach (nigdy mi się nie chciało jechać, wolałam zostać w domu i nad czymś popracować), ale wczoraj grzechem było nie skorzystać – tuż po zajęciach pojechałam na Agrykolę, by posłuchać na żywo Elektrycznych Gitar oraz Happysad. Za darmo *Żyd zaciera ręce, kolejna impreza za friko* xD
Coś Wam powiem – Agrykola to naprawdę fajne miejsce na koncerty, ale za Chiny nie można tam trafić, jak się idzie samemu. Zostałam źle nakierowana z przystanku (nie ja jedna zresztą), a muzykę było kiepsko słychać, także nie mogłam polegać na słuchu. Koniec końców trafiłam, znalazłam D~Bognę, z którą się umówiłam na wspólne skakanie i można było zacząć się bawić.
Sto lat nie byłam na takim koncercie i zapomniałam, że trzeba mieć odpowiedni strój – kryte buty, spodnie, koszulkę, a nie sukienkę i czeszki. xD Kurde, raz w życiu chciałam ładnie wyglądać i guzik. Zostałam solidnie zdeptana już na Elektrycznych Gitarach, na Happysad działo się wszystko, w związku z czym (by ratować nogi, okulary i inne przydatne rzeczy) musiałam się ewakuować do barierek z boku, przy okazji gubiąc Dorotę gdzieś w tłumie. Znalazłyśmy się dopiero po koncercie. xD
Wrażenia? Elektryczne Gitary potrafią rozruszać publiczność. Nie było dzikich tłumów, ale dzięki temu wszyscy się lepiej bawili – mieli więcej miejsca i więcej tlenu. Na Happysad był już problem. xD Ale chłopaki fajnie zagrali – przypomniał mi się ich koncert w ramach Rock Piątku _^_ Miało się te kilkanaście lat… Ludzie mnie nosili na rękach… Coś pięknego.
***
Nie mogło zabraknąć śmiesznych akcji: stałyśmy w kolejce do Toi Toi’a. W ogonku obok stała grupka jakichś znajomych – weszła do budki dziewczyna, zamknęła się i po chwili pewnie się mocno zdziwiła, jak jej kolega zaczął walić pięścią w drzwi z następującymi tekstami:
„Policja! Dowód osobisty proszę! Proszę otworzyć drzwi i podać dowód!”
„Halo, policja! Pani czas się skończył! Proszę wyjść albo pojedzie Pani z Toi Toi’em na policję!”
„Halo, Pani czas się skończył, za chwilę Toi Toi się przewróci do tyłu!” xD
***
Bardzo fajnie było, świetnie się bawiłyśmy – i zdążyłyśmy na pociąg xD To najważniejsze, nie wracałyśmy po drugiej w nocy. Uff.
A teraz biorę się za sprzątanie, wpierw jednak kilka zdjęć:
Elektryczne Gitary raz

Elektryczne Gitary dwa

Dwie sprytne i wybitne studentki UW ^^

To na tyle, uciekam sprzątać (trzeba się też uczyć, ja nie chcęęęęęę)
Wasza
Cathryn
P.S. Wprowadziłam zmianę na blogu – dodałam trzy nowe nagłówki! ^^ Po odświeżeniu strony może się Wam pokazać nagłówek polski, żydowski bądź japoński (wiadomo, chodzi o moje zainteresowania). Czeski w przygotowaniu. ^^
C.R.

Nie czytam kryminałów.

No nie czytam.
Nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Parę razy zdarzy mi się po coś sięgnąć, ale zwykle szybko to odkładam (delikatnie i z szacunkiem, to innymi książkami walę o ścianę).
Wiecie co, to taka moja dziwna, aczkolwiek niezbyt szkodliwa przypadłość. Rozmawiam z kimś i ten do mnie nagle występuje z pytaniem, czy znam taką a taką książkę, bo to świetny kryminał. Mi jest głupio (jak zwykle, kiedy czegoś nie znam), bo co mam powiedzieć? Że nie rozumiem, jaka jest frajda w tym, że bohater szuka przestępcy, rozwiązuje jakieś zagadki kryminalne, etc.? Że z miejsca mój zapał stygnie, kiedy po kilku stronach widzę zaczątek cholernie znanego i oklepanego schematu?
Nie, nie piszę, że nie znoszę kryminałów. Serio, próbowałam się przekonać. Na przykład podczas praktyk wypożyczyłam „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” znanego już na całym świecie ś.p. Larssona – po dwudziestu stronach zdecydowałam się z bólem serca to oddać. Praktycznie wszyscy wokół mnie się tym zachwycają, a ja… Nie zaciekawiło mnie.
Są wyjątki! Podobno ciekawą grą z kryminałem jest „Imię róży”, które mi się bardzo podobało, chociaż męczyłam tę książkę z miesiąc (było to w okolicach sesji zimowej na pierwszym roku). I nie byłam w stanie odpowiedzieć, gdy ktoś mnie zapytał, czy to jest kryminał, czy nie. Po prostu nie znam tej konwencji. xD Albo inna książka – „Śledztwo prowadzi radca Heumann” Ladislava Fuksa. Czytałam to z niezwykłą przyjemnością i naprawdę byłam ciekawa, co się stanie dalej (i kto zginie). Może to kwestia odpowiedniego poprowadzenia fabuły, by mnie to zainteresowało?
Jako erudytka (to jest jedyne mądre słowo, którego używam, określając siebie, bo chyba nikt nie stwierdzi, że wzrok sobie popsułam na czymś innym niż czytanie) czuję się paskudnie. Z jednej strony czuję, że coś tracę, nie czytając tak popularnego w końcu gatunku literackiego, a z drugiej cieszę się, bo dzięki temu mam czas na zgłębianie innych książek.
Niech mi ktoś więc wyjaśni, czemu lubię seriale z nutką kryminalną! Na razie doszłam do wniosku, że przez charyzmatycznych głównych bohaterów – bardziej interesują mnie ich losy, niż historie w tle. Mam tak z „Dexterem” oraz „Sherlockiem” (zaznaczam, że dzieła pana Doyle’a nie czytałam, a pierwowzór literacki Dexia jest cienki jak Polsilver). Why? xD Co jest ze mną nie tak? xD
Przypomniało mi się bardzo często zadawane pytanie, kiedy byłam na praktykach – „Poleci mi pani jakiś dobry kryminał?”, po którym zawsze serce mi stawało na moment. „Wszystko, tylko nie kryminał”, starałam się oczami przekazać rozmówcy komunikat; bezskutecznie. Wiecznie musiałam odsyłać do kogoś innego. Co miałam powiedzieć? Larsson?! xD Najbardziej mnie zaskakiwały starsze panie, które były po lekturze „Mężczyzn…” i przychodziły podekscytowane po kolejny, zamówiony wcześniej tom. Opowiadając przy tym, jak to czytały książkę do czwartej nad ranem, bo nie mogły się oderwać.
Totalnie tego nie rozumiem.
Wasza ucząca się już do sesji i chwilowo ogarniająca notatki do licencjatu
Cathryn
P.S. Sorry za brak notki przez ponad tydzień, ale co się zbierałam, nic mi nie wychodziło. Lepiej teraz i konkretnie, niż kilka dni temu i „na odwal się”, prawda?
C.R.

„Pasażerka”, czyli Cathrynek w operze.

Proszę Państwa, pragnę na samym początku zaznaczyć, ze byłam pierwszy raz w operze, w związku z czym moja relacja może nie być zbyt poważna. I zbytnio trzymająca się kupy – mam urwanie łba, robię 500 rzeczy naraz, a w piątek mam test (oboże) i dwie prezentacje, ciekawa jestem, jak to przeżyję.


Z „Pasażerką” historia jest taka, że (dziecięciem będąc, czyli dwa lata temu) pisałam o książce prezentację maturalną*, dodatkowo obejrzałam film (genialne dzieło Andrzeja Munka, swoją drogą) i uznałam to za jedną z lepszych opowieści, z jaką dane mi było się zapoznać.
Powstała opera, coś o tym słyszałam, ale było to dawno temu (nie chodzę do opery, więc wiedza o spektaklu wyparowała mi szybko z głowy).
A kiedy okazało się, że mam możliwość zobaczyć „Pasażerkę” na własne oczy, nie wiedziałam, jak do tematu podejść. Pierwszy raz miałam pójść do opery.
Byłam przerażona, co na siebie założę.
Żarty żartami xD, problem szybko się rozwiązał; odbębniłam dwa wykłady i, odpicowana przez Swoją Siostrę, ruszyłam wraz z mamą podbijać Operę Narodową.
DLA NIEWTAJEMNICZONYCH: akcja „Pasażerki” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: na statku pasażerskim oraz w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Poznajemy dzieje byłej nadzorczyni z podobozu kobiecego, Lisy (aufseherin Franz), która podczas pracy w obozie „opiekowała się” Martą, polską więźniarką (dawała jej jedzenie, pozwoliła się spotkać z narzeczonym, etc.), ale była też przesiąknięta nazistowską propagandą. Po wojnie płynie statkiem do Brazylii ze swoim mężem i nagle wśród współpasażerów dostrzega Martę, podczas gdy myślała przez te wszystkie lata, że dziewczyna nie żyje… Książkę napisała Zofia Posmysz, była więźniarka Auschwitz.
Pierwsze moje wrażenie – opery są długie. I mają rozwleczoną fabułę. Rozumiem, trochę czasu trzeba poświęcić na odśpiewanie swojej kwestii, ale dla nieprzywykłego widza jest to mordęga. Jako zainteresowana tematem opery nie uległam senności, mamie też się podobało i jakoś dała radę, ale po okolicznych zgromadzonych widać było, że chce im się spać.
Fabuła – zmieniono parę fragmentów, które na kształt całości zbytnio nie wpłynęły, przydały jej dramatyzmu tylko. Podobało mi się. Sceny na statku (w ogóle wielkie brawa dla odpowiedzialnych za scenografię!) przeplatały się z tymi w obozie.
Postacie – oczywiście, ta, która grała Lisę, była obłędna. Nie mogła być inna, inaczej ta sztuka byłaby do bani. Co do odtwórczyni roli Marty… Świetna rola, genialne wykonanie… Jedynym zgrzytem dla mnie było to, że śpiewaczka była dość korpulentna. Tak, wiem, z czym do ludzi wyskakuję, przecież to jest opera, konkretnie zbudowane śpiewaczki są tam na porządku dziennym… Ale w obozie mało kto był korpulentny. A jeśli był, to tylko od momentu dojechania do obozu do chwili zamknięcia w komorze gazowej, a to następowało szybko. Jest to jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić i to zrobię. Wszystkie inne śpiewaczki jakoś były wpasowane w realia, no! xD
Słówko o scenografii – zaczęłam się nad nią rozpływać i będę to robić dalej. ^^ W trailerze, który znajdziecie poniżej, możecie zobaczyć, jak fajnie ją zrobiono. Mamy dwa poziomy – pierwszy to pokład statku, a na dole mamy przestrzeń obozową; dodatkowo są też dwa ruchome elementy (nie wiem, jak się to fachowo nazywa), które pełnią rolę ścian oraz dodatkowych pomieszczeń (kajuty, pryczy, etc.) i wystarczy je w odpowiednim momencie przemieścić, by całkiem zmienić scenerię. Według mnie jest to genialny zabieg i łapki bym uścisnęła temu, kto wpadł na tak dobry pomysł. Dorzucę też kostiumy, które były ekstra – suknie balowe, garnitury, pasiaki, mundury SS – między pierwszą z drugą grupą strojów jest wyraźny kontrast, co dodatkowo pogłębia klimat (do wrażeń słuchowych i treści dochodzą wzrokowe).

Muzyka – wszystko OK. Poważna, wprowadzająca napięcie, podtrzymująca napięcie, wszystko cacy. Śpiew – czy tylko ja tak mam, że chwilami nie rozróżniam słów i mi się wszystko zlewa w jeden potok? Serio, człowiek usiłuje wszystko zrozumieć i mu nie idzie. Ratowały mnie napisy (napisy w operze to błogosławieństwo, a pomysłodawca jest znakomitością i mistrzem świata), które były co prawda skrótem wyśpiewywanej treści, ale spełniały swoje zadanie. Dodajmy, że spektakl jest wielojęzyczny i widz ma okazję posłuchać kwestii w języku polskim, niemieckim, angielskim, rosyjskim, francuskim, chyba greckim i chyba czeskim (raz coś tam do mnie dotarło i byłam szczerze zdziwiona).
Tak ogólnie rzecz biorąc, opera to nie jest wyczyn dla każdego. A „Pasażerka” tym bardziej – tu nie ma miejsca na śmichy-chichy, bo człowiek może się, wbrew pozorom, łatwo pogubić. Z drugiej strony sztuka jest rozwleczona, długa (3h) i można przy tym przysnąć. Wrażenie jednak robi kolosalne, kiedy się bacznie wszystko obserwuje i kiedy dochodzi się już do końca historii. Kawał dobrze zrobionej roboty i polecam to gorąco.
Także widzicie, debiut Cathrynka w operze był bardzo ciekawy, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się na coś wybiorę, a teraz idę się uczyć na geografię kulturową.
Wasza tuż przed sesją
Cath

*temat, jeśli kogoś interesuje – „Obraz hitlerowskich obozów koncentracyjnych w literaturze polskiej i światowej na wybranych przykładach”. Przykłady: „Pasażerka”, „Dom lalek”, „Pięć lat kacetu” i „Lista Schindlera”. ^^

„Tak, jak malował pan Chagall…”, czyli sztuka wysoka w jidysz.

Wiecie co, to trzeba być mną, by nie doczytać, że sztuka, na którą zabieram siebie i D~Bognę, jest wystawiana w jidysz.
Wbrew pozorom nie był to problem, ponieważ każdy z widzów dostał Przedpotopowe Słuchawki© (z czego jedna działała w porywach) i dzięki temu mógł zapoznać się z tłumaczeniem na język rodzimy. Było to ciekawe doświadczenie, dlatego Wam je teraz opiszę (jakby nie byłociekawe, to mielibyście kolejną „Chałę tygodnia”).

Sztuka jest to kolaż piosenki, malarstwa i klimatu dawnych, minionych lat, kiedy istniały sztetle – miasteczka żydowskie. Z takiego sztetla wywodził się Marc Chagall, wybitny malarz i (o dziwo) poeta. Spektakl „Bonjour Monsieur Chagall” powstał dzięki dwóm spotkaniom Chagalla z Szymonem Szurmiejem, dyrektorem Teatru Żydowskiego, którego tak zainspirowały te rozmowy z artystą, że aż postanowił „wystawić inscenizacyjkę”, jak sam nam zresztą opowiedział.
Czemu opowiedział? Wyszedł przed kurtynę i oznajmił zebranym, że spektakl się zaraz zacznie, mimo, iż nadciągały autokary z wycieczkami, które miały jakiś kłopot na drodze (i w końcu nie dotarły). Przy okazji – by zyskać na czasie – opowiadał nam genezę powstania przedstawienia i pozwolił zebranym kontemplować jego jakże ciekawy strój, mianowicie na garnitur miał narzuconą kamizelkę i płaszcz w kolorowe łaty, co dodawało mu wielkiego uroku. Pomijając, że pan Szurmiej trochę lat już ma i dzięki temu jest uroczy*.
Wspomniałam już, że wielce zaskoczył mnie fakt, iż sztuka będzie w jidysz. Do tej pory moje kontakty z tym językiem były na zasadzie słuchania piosenek i stykania się z pojedynczymi słowami. Teraz to był full wypas – zdejmowałam raz na jakiś czas słuchawki i było mi fantastycznie. Polecam, naprawdę polecam – język jidysz jest niezwykle śpiewny i ma bardzo ładną melodię. Taki niemiecki w lepszym, ugładzonym wydaniu (nie grzmieć, że bluźnię – jidysz jest to średniowieczna niemiecka gwara, która potem wyewoluowała w oddzielny język, tj. żydowski). Warto pójść na taki spektakl, zwłaszcza, że na co dzień raczej nie mamy okazji posłuchać, jak ktoś mówi/śpiewa w jidysz.
Fabularnie – zbiór piosenek, z czego każda opowiada o czymś zupełnie innym. Dobrze zrobione widowisko muzyczne z jedną tylko wadą. Pierwsza część bowiem jest za spokojna i można przy tym lekko przysnąć, jeśli jest się zmęczonym. Konsultowałam się z D~Bogną, która liczyła na więcej dynamizmu (dostała go w drugiej części i była zadowolona), sama też stwierdzam, że początek zbyt powalający nie był. Tańce, muzyka, słowa – wszystko do siebie pasowało. Scenografia i kolorystyka były fantastyczne: kolorowo, w łaty, biednie, ale wesoło i szczęśliwie. Tak, jak malował Chagall. Człowiekowi robi się lepiej na duszy od takiej porcji kolorów.
Moją faworytką była młodziutka aktoreczka, która raz w chłopięcym wdzianku śpiewała piosenkę o życiu i o ptaszku. Oczu nie mogłam od niej oderwać, jeszcze tak ślicznie nadawała w jidysz. _^_ Droga pani, jeśli pani to czyta, to ja nazywam się Cathryn R. i oto mój numer telefonu… xD
Ogólnie brawa dla całej ekipy z Teatru Żydowskiego za tak sympatyczne wydarzenie, naprawdę się cieszę, że mogłam tam być (dzięki temu, że wygrałam bilety xD), a Wam, moi drodzy, mogę rzec, że warto się na to wybrać (mimo drobnych niedociągnięć typu problematyczne słuchawki).
Było kulturnie, dwa razy się odwiedziło teatr, a teraz trzeba się wziąć w garść i zapierniczać na uczelni. Oczywiście, chęci mam tyle, co zawsze w takich sytuacjach, trzymajcie kciuki. 😉
Wasza zadowolona, zmęczona i czująca, że musi zmyć makijaż
Cathryn
P.S. Dzięki niesamowitej Poczcie Polskiej mam do napisania dwa listy, co się prędko, niestety, nie stanie – Mizu, Gatitku, poczekajcie, do lipca się wyrobię. Na pewno!
Wasza
C.R.

*powiedziała Cath, która ma kompleks nieposiadania dziadków.

Żyd na „Żydzie” w Teatrze Rampa, czyli jak myśleć o Żydzie, a jak o nim mówić. I czy w ogóle?


Tytuł długi i poplątany, jak sama sztuka, na której miałam okazje wczoraj być. Nie myślcie o tym od razu źle – bardzo mi się podobało (D~Bognie, która mi towarzyszyła, nieco mniej xD), ale po wyspaniu się (czyli z perspektywy czasu) zaczynam widzieć drobne wady.
Po kolei. Sztuka opowiada o tym, jak do małego polskiego miasteczka ma przyjechać z Izraela syn znanego pisarza, którego ojciec wywodził się z tej miejscowości. Ma zamiar dać spore pieniądze na podupadającą szkołę, ale po jednym warunkiem – że szkoła będzie nosiła imię tego ojca, Mojżesza Wassersteina. I tu zaczynają się kłótnie, skakanie sobie do gardeł, wzajemne szczucie na siebie i dyskusja – dlaczego nie można nadać takiego imienia szkole?
Sytuacja jak najbardziej dzisiejsza i prawdopodobna, reakcja zebranych (polonistki, dyrektora, anglistki, wuefisty i księdza) – nie. Strasznie niedzisiejsza. Jakby ten nadchodzący Żyd był jakimś strasznym potworem, którego należy zwalczać. Słuchajcie, rozumiem, małe miasteczko i te sprawy, jednak dla mnie ta reakcja mogłaby mieć miejsce z dziesięć, kilkanaście lat temu. Nie była to może zbiorowa histeria, ale coś, co spowodowało, że wszyscy zebrani nagle byli albo przerażeni, albo wściekli.
Cały spektakl właściwie polegał na pokazaniu tego, że tyle lat po wojnie w każdym z nas siedzi jakaś wina, każdy z nas ma coś na sumieniu, jeśli chodzi o Żydów. Najczystszą postacią w tym momencie był wuefista, którego wychowano w przekonaniu, że Żydzi są źli i trzymał się on swojego zdania bardzo długo. Reszta? Nie będę Wam za dużo zdradzać, ale możecie wierzyć mi na słowo, nikt tam nie był niewinny. A jeśli był, to reszta usiłowała udowodnić mu winę.
Wszystko zaczęło się od ustalania, jak się tego Żyda przywita. Pomysły były coraz bardziej dzikie i urwane z choinki, ale można było się przy tym pośmiać (np. pytanie: „Czy Żydzi piją kawę?” i odpowiedź „Tak, arabikę” xD). Właśnie to mi się w tej sztuce podobało – była to tragikomedia, która na początku rozśmieszała widza, a potem częstowała go poważnymi sprawami, nie było zbytniego wymieszania.
W postaciach z tej sztuki możemy odnaleźć nas samych. Tak, my, młodzi ludzie, możemy to zrobić. Niekoniecznie mowa o pewnej naiwnej anglistce, którą miałam ochotę przełożyć przez kolano ze dwa razy (chociaż najbardziej irytowała mnie polonistka, która miała być czymś w rodzaju głosu rozsądku wg mnie, a była „Adamem Michnikiem zebranych”). Z drugiej strony – jak słusznie zasugerowała D~Bogna – czy warto to wszystko przeżywać po raz setny?
Według mnie warto, bo kwestia żydowska cały czas siedzi w narodzie. I prawdopodobnie przestanie siedzieć za jakieś kilkadziesiąt lat. Najgorsze jest to, że do teatru zazwyczaj chodzą ludzie, którym nie trzeba wyjaśniać, po co się o tym mówi i dlaczego trzeba podkreślać, że Żydzi nie są źli i nie gryzą.
Kiedy szłam po spektaklu w kierunku wyjścia, usłyszałam od jednej starszej pani, że jest to sztuka antypolska. Najcięższe słowa krytyki zachowam dla siebie z racji jej wieku, ale powiem jedno – o nas, Polakach, nie można cały czas mówić w superlatywach i podkreślać nasze bohaterstwo. Jesteśmy tylko ludźmi, takimi samymi, jak reszta świata. Tylko u nas miała miejsce jedna z największych tragedii, jakie widziała ludzkość.
Wasza zastanawiająca się, którą pracę ma teraz pisać (kocham Juwenalia, nie ma zajęć)
Cathryn

Następna stacja: Warszawa Stadion – wrażenia.

Notka miała powstać wczoraj, z przyczyn technicznych (tj. kłótni z Moją Siostrą i ogólnego rozgardiaszu) powstaje dopiero dzisiaj, mam nadzieję, że mi darujecie.
Od dawna planowałam pojechać na stację Stadion, by zobaczyć, jak wygląda po remoncie. Krótko po jej otwarciu trafiła mi się okazja, mianowicie byłam akurat na Śródmieściu, gdzie kupowałam pączka z racji tego, że mam okienko xD Takie Cathrynkowe rozrywki. Postanowiłam wykorzystać możliwość pojechania dwie stacje na wschód i teraz Wam o tym opowiem.
Dworzec naprawdę robi wrażenie. Stary pamiętam z dzieciństwa jak przez mgłę, był syf, dno i wodorosty, a tutaj – bajeczka. Jeszcze czysto, przestronnie, z widokiem na Stadion… Zresztą, co tu dużo gadać, pokażę Wam swoją trasę po kolei.
Tuż po wyjściu z pociągu:

Widok z okna xD

Widok na peron (zwróćcie uwagę na to, że praktycznie nie ma tam ludzi):

Wejście do korytarza prowadzącego na perony:

Tablice informacyjne, które mnie zaskoczyły strasznie (spodziewałam się ich, ale wiecie, jak pierwszy raz jest się w takim miejscu, to widok podobnych tablic na POLSKIEJ stacji nieco dziwi)

Ładna i zgrabna poczekalnia:

Widok na Stadion Narodowy od strony budynku poczekalni:

Krijejtor of Nju Szadołlajf:

Napis

Peron nr 2, gdzie zakończyła się moja wycieczka (bo wsiadłam w pociąg na Powiśle)

Moje zdanie – no, no, niech budują i remontują dalej. Centralny mi się nawet podobał, Stadion jest cacy, teraz niech się wezmą za Powiśle, bo tam równo komuną i zaniedbaniem wieje. Czekam też na otwarcie Wschodniego od strony Kijowskiej, oj, jestem ciekawa, jak tam teraz będzie. W starym budynku można było kręcić filmy o PRL-u xD
Wasza padająca lekko na twarz (męczący dzień)
Cathryn