„Dzieweczko być na świecie to nie przelewki…”, czyli Hrabal jako wyzwanie czytelnicze.

Pamiętacie, jak kiedyś pisałam o tym, co jest ciekawego w czeskiej kulturze i jak napomknęłam o Hrabalu?
Już kiedyś wspominałam, że mam „drobne” problemy z tym pisarzem i postanowiłam coś z tym zrobić. Nie może być, że przez jedną „Schizofreniczną ewangelię” zniechęcam się do jednego z najlepszych czeskich twórców! No nie może być, nie godzę się na to. Dlatego postanowiłam się przełamać i czytać więcej jego książek.
Wpierw (jako lektura na zaliczenie z literatury – każda motywacja jest dobra!) poszło „Obsługiwałem angielskiego króla” („Obsluhoval jsem anglického krále”). Sympatycznie. Główny bohater jest kelnerem, pracował w różnych miejscach, miewał różne dziwne przygody i jak to czytałam, to czułam, że mam do czynienia z czeską książką. Wiecie, wyczuwa się te różnice mentalności. Tym, co nie lubią czytać książek (shame on you, by the way), polecam film, w którym co prawda sporo drobnych rzeczy pominięto, ale i tak przyjemnie się ogląda (zwłaszcza sceny z ogrodem pełnym nagich blondynek i głównym bohaterem, czekającym na ich prośby… By przynieść coś do picia, na przykład).
Następną książką były „Wesela w domu” („Svatby v domě”), które są pierwszą częścią trylogii pod tym samym tytułem. Hmmm… Długo się z tym męczyłam. Nużyło mnie. Wiedziałam i byłam w stanie podać przykład tego, że jest to naprawdę dobra książka, ale usypiałam przy tym. W ogóle, historia mojego egzemplarza jest ciekawa, ponieważ któregoś dnia łaziłam koło regałów z czeską literaturą w BUWie i stwierdziłam, że wezmę sobie coś Hrabala. I żeby to była zdezelowana książka, to ją w domu naprawię przy okazji. No i tak trafiłam na to. O czym opowiada? Jest to historia małżeństwa Hrabala z jego żoną, Elišką, przy czym wszystko poznajemy z jej perspektywy. Efekt jest niesamowity, ale „Wesela w domu” ogólnie mają jakiś taki przynudzający charakter. Nie dla wszystkich
Druga część trylogii, „Vita nuova” (czeski tytuł identyczny), była już ciekawsza. Jest tym bardziej nie dla wszystkich, ponieważ… Nie ma w niej interpunkcji. Hrabal stwierdził, że już nie musi jej używać. I są tylko znaki zapytania, wykrzykniki oraz wielokropki (przykład macie w tytule notki). Trzeba przyznać, bez skupienia nie da się tego przeczytać. O dziwo, tutaj fabuła jest już ciekawsza, bo są to początki małżeństwa Hrabalów. Mamy tutaj wszystko: momenty wzniosłe, momenty szczerej wściekłości, momenty zwątpienia i inne smaczki. I ten rodzaj swoistej niechęci do własnego męża… Podejrzewam, że Hrabal trochę tu przesadził. Przez powieść przewijają się różne ciekawe postaci, np. Egon Bondy, ale ten występuje głównie we wzmiankach. Muszę jeszcze wspomnieć o tekstach i odzywkach części bohaterów, które potrafiły mnie nieźle zaskoczyć i śmiałam się, jak durna, bo się ich w takiej książce nie spodziewałam, jak np. anegdota o pewnym skrzypku, co wyleczył żonę bufetowego z czkawki… Chcecie wiedzieć, przeczytajcie, warto. W „Vita nuova” występują też wątki żydowskie, dzięki czemu moje serce się raduje xD Przytoczę Wam z wrażenia fragment: „(…)od razu wiedziałam że siedział w kryminale bo miał więzienne oczy jak mają synowie rabina z Bełza jak mawiał o nim mój mąż(…)„. Było też o Holokauście, cmentarzu żydowskim, starej synagodze… Coś w sam raz dla mnie. Nie spodziewałam się tego, ale ta książka naprawdę mi się podobała.
Ostatnie osiągnięcie (trzeciego tomu „Wesel w domu”, aż mi się zrymowało, jeszcze nie przeczytałam, poczekam, aż Czuły Barbarzyńca to wyda oddzielnie, bo jest dostępne jedynie w wydaniu zbiorowym, które jest ciężkie i nie chce mi się go wozić po stolicy) to „Auteczko”, które skusiło mnie tytułem i grubością (ma sto stron, jest idealne do wożenia w torebce). Myślałam, że to będzie o auteczku (pewnie nie ja jedna popełniłam ten błąd), a tu się okazało, że pewna kotka Hrabala nosiła takie imię. Auteczko. Moja rodzina jest mistrzem w wymyślaniu dziwnych imion dla zwierząt, a zwłaszcza Moja Siostra (o jej słowotwórstwie kiedyś będzie mowa), ale Hrabal w tym momencie mnie zaskoczył. Kota nazwać per Auteczko. Lulek wymięka xD Tym bardziej więc byłam zaciekawiona, co tym razem ten pan wymyślił. I po przeczytaniu powiem Wam kilka słów – jeśli jesteście kociarzami i świata poza swoim kotem nie widzicie, nie czytajcie tego. Gdzieś w połowie zeszłam na parter, znalazłam Lulka i z pół godziny go przytulałam, głaskałam i ogólnie rozpieszczałam. Ta „ballada”, jak to nazwał Hrabal, jest straszna. Widać było, że autor cholernie kochał koty, był niesamowicie wrażliwy i kiedy inwentarz stał się zbyt duży, pozbył się części w sposób brutalny właśnie przez swoją wrażliwość (i lekką nieżyciowość, wrodzoną brutalność i bycie wybitnym wręcz kretynem). Przez głowę przeszła mi myśl, że może to wszystko to fikcja, ale coś mi się widzi, że nie. Miało to wydźwięk autobiograficzny o wiele większy, niż w innych jego dziełach, które czytałam. Robi wrażenie. Naczytałam się książek o obozach koncentracyjnych, przez sen mówię, gdzie i czym gazowano ludzi w komorach gazowych, a jedno krótkie opowiadanie sprawiło, że leciałam na złamanie karku, by przytulić kota.
Maraton dzieł Hrabala jeszcze się nie skończył. Przeklęta moja różnorodność i czytanie pięciu tytułów naraz, z czego każdy jest z innej wsi (dzisiaj na przykład wyniosłam z BUWu trzy książki: polską, ukraińską i czeską. Kiedy ja to przeczytam?). Jeszcze coś Wam o tym opowiem, na pewno.
Tymczasem uciekam się pakować, bo jutro po południu wyjazd, a ja mam bordel v pokoji. xD
Wasza myśląca, czy w Gdańsku będzie powiewało, jak w kieleckim na dworcu
Cath

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s