Ale ten czas zapiernicza.

Miałam wczoraj (dzisiaj też, wróciłam do domu o jedenastej) okazję świętować ćwierćwiecze życia mojego dobrego znajomego. Balowaliśmy w pubie „Pod Grubą Kaśką”, gdzie ja piłam kawę o nieznanej cenie, a reszta towarzystwa obalała niebotycznie drogie piwa. W pewnym momencie udało mi się usiąść z jubilatem twarzą w twarz i spokojnie pogadać.
Nagle mnie coś tknęło i spytałam: „Ej, ile lat my się właściwie znamy?”
Jubilat zdębiał. Zadałam dobre pytanie. Wspólnie zaczęliśmy liczyć i wyszło na to, że od momentu naszego pierwszego spotkania minęło z sześć i pół roku. On był w liceum (między nami są cztery lata różnicy), ja w drugiej gimnazjum bodajże. On był długowłosy i przeraźliwie chudy, ja wiecznie narzekająca na swój wygląd i socjalizująca się.
Kiedy jeszcze mieszkał w Wołominie, co i rusz się o coś żarliśmy – on się ze mnie nabijał, ja podchodziłam do jego bzdur mniej lub bardziej emocjonalnie, teraz (wreszcie!) się przyzwyczaiłam. Pomińmy fakt, że mieszka w stolicy i się rzadko widujemy.
Sześć i pół roku to nie jest dużo, ale kiedy człowiek pomyśli, ile rzeczy się razem przeżyło, ile głupot robiło oraz jak bardzo się człowiek zmienił, to dopiero można się zdziwić.
Wypite w sumie kilka flaszek wódki i piwa, niezliczona ilość imprez, wspólne łażenie całą grupą do Ryby i uczestniczenie jakoś w swoim życiu… Wspólne śmianie się z Kuby i z siebie nawzajem, gdy byliśmy pijani… xD
A teraz? On pracuje, wyprowadził się z miasta W., próbuje sobie jakoś ułożyć życie, rozwija się, ja zaś studiuję, zatruwam ludziom życie Żydami i też staram się jakoś rozwijać.
I po tych wszystkich przygodach nagle przyszło nam stanąć naprzeciw siebie i zdziwić się, jak ten czas zapiernicza.
Sto lat, Musiu 😉 I co najmniej kolejnych dwóch ćwierćwieczy 😉
Wasza zastanawiająca się (skoro mowa o zapierniczającym czasie), co będzie robić w czasie tzw. długiego tygodnia majowego xD
Cathryn (vel Dorothy, bo tak mnie jubilat nazywa xD)
P.S. A na serio – jest tyle rzeczy do zrobienia i człowiek nie wie, w co ręce włożyć. Dzisiaj jednak odpoczywam i będę coś oglądać bądź czytać. Nie odczuwam „skutków picia wódki”, ale, mimo wszystko, jestem zmęczona. Także dzisiaj odpoczynek, jutro spotkanie z dziewczynami, a od poniedziałku będzie pracowicie. O. 🙂
C.R.

Danzig, Sopot i powrót bez Żydka (za to w pełnej chwale!).

Obiecałam notkę, to macie. 🙂
W weekend mieliśmy okazję z Kubą odwiedzić 2/3 Trójmiasta. Wszystko przez to, że Kuba (jako rozwijający się bloger) dostał propozycję wygłoszenia wykładu na Uniwersytecie Gdańskim (studia podyplomowe z PR) o blogach. I pojechał, zabierając ze sobą prezentację zrobioną w Prezi, smartfona, tablet i mnie przy okazji. _^_ W sumie dziwię się, że po pierwszym tak spędzonym weekendzie nie odechciało mu się wycieczek ze mną do końca życia, ale po kolei.
Jechaliśmy w obydwie strony PolskimBusem – gorąco polecam! Ceny niższe, niż te u PKP, komfort jazdy zadziwiający (wygodne fotele, światło do czytania nad głową, dodatkowy nawiew, ba, klimatyzacja w ogóle, toaleta z bieżącą wodą… Mówię Wam, moje zdziwienie nie miało granic. Mogłam czytać w czasie jazdy, co mnie aż powaliło, gdyż choroba lokomocyjna zwykle mi na to w autobusach nie pozwalała, a tu patrzcie), czas podróży też krótszy (autobus zatrzymuje się na trasie Warszawa-Gdańsk tylko raz, w Ostródzie)… Same zalety. Nie, jest wada: startuje spod metra Wilanowska xD Ale można to wybaczyć.
Zakwaterowanie: Baltic Hostel, miejsce, które na pierwszy rzut oka odstrasza – autobus wywiózł nas gdzieś na jakieś, powiedzmy, wygwizdowo, nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie jesteśmy, dopóki nie dostrzegłam szyldu. Hostel z zewnątrz wygląda jak podłużny magazyn… xD Ale w środku było już o niebo lepiej. Ciepło, czysto, pokoje całkiem przyjemne, obsługa sympatyczna i ciepła, mogliśmy sobie robić tyle kawy i herbaty, ile chcieliśmy, do tego raz załapaliśmy się na śniadanie… Polecam, gorąco polecam, zwłaszcza, że taniej (40 zł/nocleg) nigdzie nic nie znajdziecie. Pierwsza noc była bezproblemowa, za to druga już miała urozmaicenia pod postacią kibiców jakiejś drużyny piłkarskiej ze Śląska (wybaczcie ignorancję w tej dziedzinie), którzy przywieźli ze sobą kilka sześciopaków piwa, spożyli znaczną część i śpiewali nam (zupełnie przypadkowo) antysemickie piosenki pod oknem. Serio, przypadkowo. Mieliśmy pokój bardzo blisko wyjścia z motelu… xD Kuba miał ochotę ich zabić, ja się śmiałam, ale wyszło na to, że się nie wyspaliśmy przez tych „wiernych fanów”. Co poradzić.
Bliskość Starówki była zadziwiająca wręcz – trzeba było ze dwa razy skręcić i już się było nad Motławą, gdzie można było się przespacerować w kierunku żurawia. Właściwie wszędzie było blisko i można było dojść na piechotę.
By się nie produkować zbytnio, powiem, co było ciekawego: ulica Długa, w sumie trzy koncerty, na które się załapaliśmy (jeden był w Sopocie), pomnik żydowskich dzieci przy dworcu w Gdańsku, Krzywy Domek, molo xD, trzech Neptunów…
Nie kupiłam Żydka. Nigdzie nie mogłam znaleźć!!! Były trzy w Sopocie, ale takie, jakie mogłam znaleźć w Lublinie, to po co mi drugi taki sam. Mówię Wam, totalna masakra – starówka w Gdańsku jest zasypana bursztynem, a Żydka nigdzie nie mogłam dorwać. W jednym sklepie, wypatrzonym przez Kubę, były drewniane, spore i kosztowały 120 złotych o.O Byłam smutna. Jednak reszta wypadu wszystko rekompensuje. No i kolczyki z bursztynami, kupione przy molo w Sopocie 🙂
Pogoda dopisała dopiero w sobotę po południu – wcześniej padało, lało, były chmury, wiatr… Ale dzięki temu było mało ludzi na molo i mogliśmy sobie spokojnie z Kubą pospacerować.
Jedzenie – drogie jak cholera. Przejazdy – tanie, aż dziw.
Wykład Kuba wygłosił bez przeszkód, poszło szybko, sprawnie i ciekawie. Puchłam z dumy z tyłu sali i robiłam zdjęcia 🙂
Wróciliśmy zmęczeni, śpiący, ale z masą fotek, wspomnień i zastanawiający się nad podobnym wypadem do Wrocławia, z tym, że Kuba pojechałby na jakąś imprezę branżową.
Wasza szykująca się na seminarium
Cath
P.S. Macie kilka fotek 🙂

Neptun


Minimural, obok którego nie mogłam przejść obojętnie jako posiadaczka rudego kota


Słit focia na molo


Krzywy Domek


Przykład polskiego wtórnego analfabetyzmu, który nas rozbawił xD

C.R.

„Dzieweczko być na świecie to nie przelewki…”, czyli Hrabal jako wyzwanie czytelnicze.

Pamiętacie, jak kiedyś pisałam o tym, co jest ciekawego w czeskiej kulturze i jak napomknęłam o Hrabalu?
Już kiedyś wspominałam, że mam „drobne” problemy z tym pisarzem i postanowiłam coś z tym zrobić. Nie może być, że przez jedną „Schizofreniczną ewangelię” zniechęcam się do jednego z najlepszych czeskich twórców! No nie może być, nie godzę się na to. Dlatego postanowiłam się przełamać i czytać więcej jego książek.
Wpierw (jako lektura na zaliczenie z literatury – każda motywacja jest dobra!) poszło „Obsługiwałem angielskiego króla” („Obsluhoval jsem anglického krále”). Sympatycznie. Główny bohater jest kelnerem, pracował w różnych miejscach, miewał różne dziwne przygody i jak to czytałam, to czułam, że mam do czynienia z czeską książką. Wiecie, wyczuwa się te różnice mentalności. Tym, co nie lubią czytać książek (shame on you, by the way), polecam film, w którym co prawda sporo drobnych rzeczy pominięto, ale i tak przyjemnie się ogląda (zwłaszcza sceny z ogrodem pełnym nagich blondynek i głównym bohaterem, czekającym na ich prośby… By przynieść coś do picia, na przykład).
Następną książką były „Wesela w domu” („Svatby v domě”), które są pierwszą częścią trylogii pod tym samym tytułem. Hmmm… Długo się z tym męczyłam. Nużyło mnie. Wiedziałam i byłam w stanie podać przykład tego, że jest to naprawdę dobra książka, ale usypiałam przy tym. W ogóle, historia mojego egzemplarza jest ciekawa, ponieważ któregoś dnia łaziłam koło regałów z czeską literaturą w BUWie i stwierdziłam, że wezmę sobie coś Hrabala. I żeby to była zdezelowana książka, to ją w domu naprawię przy okazji. No i tak trafiłam na to. O czym opowiada? Jest to historia małżeństwa Hrabala z jego żoną, Elišką, przy czym wszystko poznajemy z jej perspektywy. Efekt jest niesamowity, ale „Wesela w domu” ogólnie mają jakiś taki przynudzający charakter. Nie dla wszystkich
Druga część trylogii, „Vita nuova” (czeski tytuł identyczny), była już ciekawsza. Jest tym bardziej nie dla wszystkich, ponieważ… Nie ma w niej interpunkcji. Hrabal stwierdził, że już nie musi jej używać. I są tylko znaki zapytania, wykrzykniki oraz wielokropki (przykład macie w tytule notki). Trzeba przyznać, bez skupienia nie da się tego przeczytać. O dziwo, tutaj fabuła jest już ciekawsza, bo są to początki małżeństwa Hrabalów. Mamy tutaj wszystko: momenty wzniosłe, momenty szczerej wściekłości, momenty zwątpienia i inne smaczki. I ten rodzaj swoistej niechęci do własnego męża… Podejrzewam, że Hrabal trochę tu przesadził. Przez powieść przewijają się różne ciekawe postaci, np. Egon Bondy, ale ten występuje głównie we wzmiankach. Muszę jeszcze wspomnieć o tekstach i odzywkach części bohaterów, które potrafiły mnie nieźle zaskoczyć i śmiałam się, jak durna, bo się ich w takiej książce nie spodziewałam, jak np. anegdota o pewnym skrzypku, co wyleczył żonę bufetowego z czkawki… Chcecie wiedzieć, przeczytajcie, warto. W „Vita nuova” występują też wątki żydowskie, dzięki czemu moje serce się raduje xD Przytoczę Wam z wrażenia fragment: „(…)od razu wiedziałam że siedział w kryminale bo miał więzienne oczy jak mają synowie rabina z Bełza jak mawiał o nim mój mąż(…)„. Było też o Holokauście, cmentarzu żydowskim, starej synagodze… Coś w sam raz dla mnie. Nie spodziewałam się tego, ale ta książka naprawdę mi się podobała.
Ostatnie osiągnięcie (trzeciego tomu „Wesel w domu”, aż mi się zrymowało, jeszcze nie przeczytałam, poczekam, aż Czuły Barbarzyńca to wyda oddzielnie, bo jest dostępne jedynie w wydaniu zbiorowym, które jest ciężkie i nie chce mi się go wozić po stolicy) to „Auteczko”, które skusiło mnie tytułem i grubością (ma sto stron, jest idealne do wożenia w torebce). Myślałam, że to będzie o auteczku (pewnie nie ja jedna popełniłam ten błąd), a tu się okazało, że pewna kotka Hrabala nosiła takie imię. Auteczko. Moja rodzina jest mistrzem w wymyślaniu dziwnych imion dla zwierząt, a zwłaszcza Moja Siostra (o jej słowotwórstwie kiedyś będzie mowa), ale Hrabal w tym momencie mnie zaskoczył. Kota nazwać per Auteczko. Lulek wymięka xD Tym bardziej więc byłam zaciekawiona, co tym razem ten pan wymyślił. I po przeczytaniu powiem Wam kilka słów – jeśli jesteście kociarzami i świata poza swoim kotem nie widzicie, nie czytajcie tego. Gdzieś w połowie zeszłam na parter, znalazłam Lulka i z pół godziny go przytulałam, głaskałam i ogólnie rozpieszczałam. Ta „ballada”, jak to nazwał Hrabal, jest straszna. Widać było, że autor cholernie kochał koty, był niesamowicie wrażliwy i kiedy inwentarz stał się zbyt duży, pozbył się części w sposób brutalny właśnie przez swoją wrażliwość (i lekką nieżyciowość, wrodzoną brutalność i bycie wybitnym wręcz kretynem). Przez głowę przeszła mi myśl, że może to wszystko to fikcja, ale coś mi się widzi, że nie. Miało to wydźwięk autobiograficzny o wiele większy, niż w innych jego dziełach, które czytałam. Robi wrażenie. Naczytałam się książek o obozach koncentracyjnych, przez sen mówię, gdzie i czym gazowano ludzi w komorach gazowych, a jedno krótkie opowiadanie sprawiło, że leciałam na złamanie karku, by przytulić kota.
Maraton dzieł Hrabala jeszcze się nie skończył. Przeklęta moja różnorodność i czytanie pięciu tytułów naraz, z czego każdy jest z innej wsi (dzisiaj na przykład wyniosłam z BUWu trzy książki: polską, ukraińską i czeską. Kiedy ja to przeczytam?). Jeszcze coś Wam o tym opowiem, na pewno.
Tymczasem uciekam się pakować, bo jutro po południu wyjazd, a ja mam bordel v pokoji. xD
Wasza myśląca, czy w Gdańsku będzie powiewało, jak w kieleckim na dworcu
Cath

Cosik o Słowenii.

Nie, nie byłam. W najbliższym czasie nie zamierzam się też wybrać, bo kasy nie mam.
Ale Słowenia od jakiegoś czasu mnie zastanawia.
A zaczęła mnie bardziej zastanawiać w momencie usłyszenia tej piosenki:

Pytacie się zapewne (nie patrząc nawet na tytuł piosenki, która jest powiązana z jednym z moich ulubionych musicali), skąd zainteresowanie Słowenią.
Taki mały kraj, a tyle ciekawych rzeczy się w nim mieści! Zacznijmy od początku:
Niektórzy z Was wiedzą (towarzysze doli i niedoli studenckiej zwłaszcza), że jestem na roku razem z serbistami i słowenistami. O Serbii trochę wiedziałam przed pójściem na studia, Eurowizję się kiedyś oglądało, Mariję Šerifović widziało i słyszało, coś we łbie zostało. A Słowenia? Hmmm, kojarzyłam jedną piosenkę z w/w konkursu. I nic więcej.
Na pierwszym roku poszłam na Mikołajkowy Wieczór Słoweński wraz z bratem Kamianem, bawiliśmy się świetnie (pozdrawiam w tym miejscu kolegów słowenistów), obejrzeliśmy dokument o Słowenii, dowiedzieliśmy się, że „kit” to po słoweńsku wieloryb o.O Ogólnie było bardzo twórczo, wesoło i z chęcią poszłabym na coś takiego jeszcze raz.
Potem, w trakcie studiowania, przypomniałam sobie, że Siddharta to słoweński zespół, co wywołało u mnie sporą radość (oj, słuchało się „Rh-” w gimnazjum, mało żeśmy pirackiej wersji nie zajeździły z dziewczynami). Jako przykład macie moją ulubioną piosenkę.

Kolejna ciekawa rzecz, a raczej postać – Slavoj Žižek. Co słyszę to nazwisko, to mi się gęba śmieje. Moi drodzy, Žižek jest filozofem, socjologiem i naprawdę oryginalnym człowiekiem. Na wykładzie ze wstępu do filmoznawstwa oglądaliśmy fragment „Z-Boczonej historii kina”, gdzie Žižek dochodzi do ekstremalnych wniosków na temat kina i ludzkich potrzeb z nim związanych. Polecam to obejrzeć, słowa nie opiszą poczynań tego pana.
Na koniec w miarę świeża rzecz – na seminarium koleżanka słowenistka opowiadała o tym, że chce pisać licencjat o teledyskach grupy Laibach. OK, nikt jej nie broni, pomyślałam, jednocześnie się zastanawiając, o co z tym Laibachem chodzi. Słuchałam dzielnie, robiłam notatki i po jakimś kwadransie jej rozmowy z PP i i resztą grupy do głowy przyszło mi tylko jedno stwierdzenie – „Słoweński Rammstein”. O mamo. Wróciłam do domu, odpaliłam randomową piosenkę i wsiąkłam. Posłuchajcie, wokalista ma świetny głos (i przy okazji zobaczycie, czemu mi się to skojarzyło z ukochanym Rammsteinem):

Laibach w swoich utworach oraz, że się tak wyrażę, stylówie, nawiązuje do systemów totalitarnych, w związku z czym wywołuje masę sprzeciwów i kontrowersji, podobnie jak wspomniany Rammstein. Wydaje mi się jednak, że Niemcy to przy Słoweńcach małe piwo.
Postanowiłam się z Wami podzielić swoimi przemyśleniami o odkryciami dotyczącymi Słowenii po usłyszeniu „Jesus Christ Superstar” w wykonaniu właśnie grupy Laibach. W ich wykonaniu ten utwór nabiera całkiem innego znaczenia – w musicalu piosenka była pełna czci i oddania, a tutaj tego nie ma. Człowiek ma wrażenie, że wokalista stoi na tym samym poziomie, co Chrystus. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę, mocno się zdziwiłam, nie spodziewałam się takiej interpretacji. A może się mylę i zamierzenie było zupełnie inne…?
Ergo – jestem naprawdę ciekawa, co następne odkryję. Może coś z literatury? Nie wiem, ale nastawiam się pozytywnie.
Wasza myśląca o podróży do Gdańska i o tym, jak wiele ma do zrobienia w ten weekend
Cathryn

Szmateksowo.

Pozazdrościłam Vardzie znalezisk szmateksowych, których zdjęcia raz na jakiś czas wrzuca na swojego bloga*, więc postanowiłam pobawić się cyfrówką i wrzucić kilka fotek swoich pierdół rodem z second-handu.
1. Koszulka „Dziewica”

Dawno temu, chyba jeszcze przed osiemnastką, znalazłam ją w jednym z lepszych i droższych wołomińskich lumpeksów. Jak się możecie domyślać, z miejsca się zakochałam i zabrałam ją do domu. Mama na jej widok powiedziała, że mam zakaz wychodzenia w niej z domu, a co dopiero do ludzi.
Do dziś w moim otoczeniu mówi się na tę koszulkę „Dziewica” i używa zwrotu „założyć Dziewicę”, czyli zrobić z siebie kompletnego głupka.
2. Jedyna książka, upolowana do tej pory

Lubię tę pisarkę, więc nie mogłam się powstrzymać na widok tej książki (kupionej za skandaliczną cenę 6 złotych w najdroższym wołomińskim szmateksie, znanym w okolicy jako Texland na Warszawskiej). Swego czasu, jak Texland urzędował pod Kauflandem i był chyba najtańszym tego typu sklepem w mieście, widziałam tamże kilka książek Picoult, ale byłam młoda i głupia i nie kupiłam. Teraz żałuję.
3. Podusia-serducho

Znalezisko mojej mamy, kupiona za trzy złote nie wiem gdzie, ale wszyscy moi goście się nią bez przerwy bawią. Zrobiłam zdjęcie dłoni, byście wiedzieli, jakiej poducha jest wielkości.
4. Kolczyki

W każdym porządnym szmateksie można znaleźć biżuterię. Co prawda nie wiem, skąd mama wzięła ten czarny komplet, ale podejrzewam, że z podobnego źródła – reszta ma atest bycia z lumpeksu. xD
5. Koszulki cz.1

Mój gust jest podobno badziewny i często miałam zakaz pokazywania się w jakiejś koszulce w LO – w tym wypadku chodziło o Evanescence. Nie wiem, czemu ^^’
6. Koszulki cz.2

Tak, koszulka na dole jest specjalnie rozmazana. Większość ze znalezisk już się, niestety, sprała.
7. Koszulki cz.3

Ta na dole ma nadruk albumu Avril Lavigne – też miałam zakaz chodzenia w niej do szkoły. xD
8. Koszulki cz.4

Moja najukochańsza to ta z Cartmanem xD A Black Sabbath kupiłam w przypływie współczucia, mimo, iż nie słuchałam tego zespołu („Ta koszulka jest taka samotna i biedna i kosztuje tylko trzy złote…”). Teraz mi się zdarza coś odpalić, a koszulka jest ekstra.
9. Koszulki cz.5

Jest „Dyńka” – zrobiłam zdjęcie tyłu, byście mogli ją zobaczyć. ^^
10. Koszulki cz.6

Krakowska koszulka, kupiona w Wołominie xD
11. Koszulki cz.7

T-shirt z nietoperzami przypomina mi czeski film „Dziewczyna na miotle” – główną bohaterką byłą młoda czarownica, której ojciec był nietoperzem. ^^
12. Koszulki cz.8

Nigdy nie patrzyłam na rozmiar – teraz zaczęłam, by móc wyglądać bardziej jak baba.
13. Moro! ^^

Kupione za sześć złotych sto lat temu, kiedy byłam w gimnazjum. Naszywki były droższe. Uwielbiam je, nigdy się go nie pozbędę, będę w nim chodzić w każde lato i robić obciach na dzielni. xD
14. Krawaty

Rzadko kiedy znajduję coś fajnego, a jak już znajdę… „Shut up and take my money!!!” ^^’ Potem zaś szukam okazji, by móc je założyć.
16. Koszulki (tym razem nie czarne)

Czarny Lud i Baba na rurze. Podsumowanie mojej osoby i mojego gustu xD
17. Mundurek

Pamiętam, w tamtym roku była wyprzedaż i się z mamą strasznie obłowiłyśmy. Na widok tej spódnicy oczy mi się zaświeciły, pamiętam jak dziś. I pamiętam swoje zaskoczenie, jak się okazało, że spódnica nie jest za mała. I tak oto mam mundurek. Oczywiście, rodzicielka rzekła, że jak się pojawię tak ubrana na ulicy, to ludzie padną. Dlatego jest to strój na specjalne okazje.
18. Lewuczek

Proszę państwa, jest to piórnik. Trzymam w nim kolorowe pisaczki do ogarniania notatek ze studiów (o notatkach jeszcze będzie). Często podczas grzebania w nim wydaję dziwne dźwięki i mamroczę „Pisaczek, pisaczek, gdzie jest, kurw*, mój czerwony pisaczek?”, po czym stwierdzam, że źle ze mną. Kupiony za dwa złote w najstarszym szmateksie w Wołominie, który ucierpiał wskutek pożaru dachu w kamienicy, w której się znajdował, ale o tym też innym razem.
19. Kret i koala

Ten Kret przeraża gości. o.O Z nim wiąże się świetna historia – kiedyś spacerowałam sobie po Empiku i zauważyłam tam pluszowego Krecika. Tak, tego Krecika. Był spory, pluszowy, nowy i straaaasznie słodki, ale kosztował 60 złotych, w związku z czym musiałam się obejść smakiem. Wieczorem opowiedziałam o nim mamie. Ta następnego dnia do mnie dzwoni i mówi: „Dorota, znalazłam ci Krecika w szmateksie!”. Ucieszyłam się i mój entuzjazm trwał do momentu, kiedy zobaczyłam, co mama kupiła… Ale darowanemu kretowi się w zęby nie zagląda i przygarnęłam pluszaka. A malutkiego Krecika dostałam na ostatnie urodziny od Mizu 🙂
20. Najlepsze zostawiłam na koniec.

Moja mama jest mistrzynią w szperaniu po szmateksach, a moje skąpstwo ostatnio mnie ogranicza i nie mogę rozwijać skilla znajdowania ciekawostek. To się zmieni, ale nie wiem, kiedy. Może niedługo…?
Nic żydowskiego jeszcze nie znalazłam, ale myślę, że to tylko kwestia czasu.
Wasza odpoczywająca
Cath

*adres: http://potworzszafy.blogspot.com/

„I have a spoiler – Jesus dies!”, czyli Wielkanoc u Cathrynka.

Moi drodzy, nadeszły święta. Święta, które dla obecnego pokolenia młodych ludzi właściwie niewiele znaczą. Nie mówię o młodzieży wierzącej (nie obrażać się tam! :P), ale o tendencji, która z roku na rok przybiera na sile. Czym właściwie
są te święta?
Czasem wolnym, powiecie. A ja się zgodzę – mam czas, by coś przeczytać, obejrzeć i ogarnąć miliard rzeczy na studia.
Czasem spędzonym z rodziną. Jeśli ktoś jakąś ma. I jeśli ta rodzina gdzieś nie pojedzie do innej rodziny (np. Moja Siostra jedzie do Narzeczonego).
Czasem, upamiętniającym śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa? Odpowiecie tak na lekcji religii.
A co ja powiem?
Cóż, swego czasu lubiłam chodzić ze święconką do kościoła. Od paru lat już tego nie praktykuję, nie czuję zwyczajnie takiej potrzeby. Zresztą, religijność mojej rodziny do nie wiadomo jakich nie należy (jeśli w ogóle można o jakiejkolwiek mówić…).
Po co więc obchodzę Wielkanoc?
Pomijając fakt, że mama chce obchodzić – tak dla klimatu. Owszem, większy jest na Boże Narodzenie, ale podczas przygotowań (znienawidzonego sprzątania, gotowania i przygotowywania stroików) coś się jednak czuje. Poza wilczym głodem. xD
Nie mogę też zapomnieć o innej rzeczy, dzięki której mam sentyment do Wielkanocy – swego czasu w szkolnym misterium dwa razy grałam Chrystusa 🙂 (bo nie było komu), co wspominam bardzo przyjemnie, chociaż nie mam żadnych zdjęć potwierdzających moje słowa. A szkoda, powspominałoby się. Do końca życia nie zapomnę tekstu kolegi: „Świat schodzi na psy, Jezus jest kobietą”, a ja miałam wielką radochę, paradując w specjalnym wdzianku i wygłaszając różne ciekawe kwestie. Potem, w pierwszej klasie gimnazjum, zdarzyło mi się grać Kajfasza, co znaczy, że i do niego mam sentyment, ale o tym zaraz.
Zainteresowanie postacią Chrystusa zostało mi do dziś, objawia się rzadko, ale jeśli już, to ludzie uciekają w popłochu. Czytam, oglądam, komentuję i chyba to ostatnie jest najgorsze. Dzisiaj jednak opowiem Wam o kilku ciekawych filmach, które można obejrzeć w tym świątecznym czasie, kiedy będzie się odpoczywało po orgii obżarstwa.
1. „Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Byłam cholernie ciekawa tego filmu po jednym wykładzie z wiedzy o literaturze, gdzie dowiedziałam się, że tu podobno Jezus kocha się z Marią Magdaleną… Jestem zwykłym człowiekiem, dałam się skusić na sensację. Nie zawiodłam się. Nie w kwestii sensacji xD Film jest zgrabnie zrobiony, współgra z książką, którą miałam okazję znaleźć w BUWie (reklama). Tutaj mamy pokazanego Chrystusa jako zwykłego człowieka, targanego emocjami, co mi się bardzo podoba. Ogólnie polecam wszystkim, poza tym, którzy na wszelkie odchyły od nauczania Kościoła reagują warczeniem i pianą na ustach. Czy można reagować pianą na ustach…? ^^’

2. „Jesus Christ Superstar”

Nie byłam na tym w teatrze i żałuję, może jeszcze kiedyś będę miała okazję. Moja przygoda z „JCS” zaczęła się w momencie, kiedy iks lat temu włączyłam w święta telewizor i trafiłam akurat na ten moment:

Wspominałam o sentymencie do postaci Kajfasza _^_ Ach, ten głos… Wg mnie w tym filmie jest masa naprawdę dobrych rzeczy (czarnoskóry Judasz rządzi!!!), jest to jeden z lepszych musicali, jakie w życiu widziałam. To jest takie lżejsze podejście do tematu, jednocześnie posiadające spory klimat i uważam, że pomieszanie teraźniejszości z przeszłością wyszło twórcom naprawdę fajnie. No i pojawia się bardzo ważne pytanie: „Jesus Christ, Superstar, do you think you’re what they say you are?” oraz „Who are you, what have you sacrificed?”. Młodzież na lekcjach religii powinna właśnie ten film oglądać. xD

3. „Pasja”

Nie mogło tutaj zabraknąć czegoś, na co nie wolno mi było pójść do kina, bo były ograniczenia wiekowe (chociaż słyszało się w gimbazie, że kogoś wpuścili, nie patrząc na legitymację, ale histeria i wielkie zamieszanie wokół tego dzieła przeszło do historii), a ja miałam lat… Czternaście? Coś koło tego. Obejrzałam to więc u koleżanki z napisami po angielsku (a mój angielski wtedy leżał i kwiczał, więc było ciężko).
Krew, krew, dużo krwi… I co dalej? A, wyrywanie mięsa z pleców. To na mnie zrobiło wrażenie. W ogóle ten film po to został nakręcony – by wywierać wrażenie. Zaskakiwać. Zniesmaczać.
Miałam czternaście lat, podobało mi się, aż się popłakałam, tak mi się biedaka zrobiło szkoda. A potem zadałam sobie pytanie: „Skąd w człowieku tyle krwi?”. Nie ja jedna zresztą. xD Pytanie, czy po tylu latach na nowo odnalazłabym w „Pasji” coś ciekawego.

4. „Żywot Briana”

Największy odlot ze wszystkich. Historia człowieka, który się urodził w tym samym czasie, co Chrystus i niechcący został obwołany Mesjaszem. Kochajmy Monty Pythona. xD
Film, poza gigantyczną dawką absurdu, która sprawiła, że oglądałam go na raty (ponieważ musiałam go przetrawić) jest najbardziej znany z tej piosenki:

Słyszałam to wcześniej miliard razy, ale podczas seansu zostałam wgnieciona z wrażenia w krzesło. xD Tutaj też zrobiło mi się szkoda głównego bohatera, ale tylko dlatego, bo został wkręcony w kosmiczną kabałę. xD

5. „Jezus z Nazaretu”

Podobno najlepszy możliwy film (a raczej miniserial) o Chrystusie. Obejrzałam pierwszą część i jestem cholernie ciekawa następnych – polecam Wam w ciemno. Jeśli reszta trzyma ten sam poziom, co pierwszy odcinek, to jest ZARĄBISTA i warto ją obejrzeć.
Co jest dobre? Trzyma się bardzo Pisma Świętego, aktorzy są świetnie dobrani i wiarygodni, problemy są przedstawione tak, że widz się nimi przejmuje (typu fakt, że Maria była panną w ciąży i mogła zostać ukamienowana), otoczenie jest naprawdę fajnie skonstruowane, no i, oczywiście, tutaj nikt nie zapomniał o fakcie, że Jezus był Żydem. Co było wspominane w poprzednich filmach, ale nie w takim stopniu. ^^ (powiedziała Cath, kręcąc sobie pejsy).

To by było na tyle. Życzę Wam, byście wypoczęli w te święta, nie umarli z przejedzenia i zrobili coś konstruktywnego (powiedziała Cath, która zdążyła już posprzątać, skończyć tłumaczyć artykuł na Wikipedię o Milenie Jesenskiej i obejrzeć jedenaście odcinków „Busou Renkin” ^^).
Wasza w dobrym nastroju i myśląca o poświątecznym odchudzaniu
Cathryn vel Żyd

P.S. Tytuł dzisiejszej notki sponsorował Kuba.

Mało znane, mało oglądane – porcja druga :)

Byście się nie nudzili, wrzucam drugą (na razie ostatnią) porcję wygrzebanych na YT filmików. Smacznego 🙂

1. Konata’s Corridor of Time

Lubię Lucky Star, co poradzę.

2. United States of Christian Magic

Istniała kiedyś taka strona (nie wiem, czy dalej działa) o nazwie LSD – po odświeżeniu pojawiała się randomowa głupota. I kiedyś trafiłam na TO xD Piosenka nie ma najmniejszego sensu, ale się fajnie ją nuci.

3. Man, The Count from Sesame Street is a Dick.

Rozczula mnie „One, two, tree, tree idiots in something” (ten tekst z odliczaniem można przerobić na miliard sposobów).

4. Motylek

Klasyka z czasów, kiedy miałam 13 lat. Niestety, w kiepskiej jakości – Motylka można było znaleźć na jakiejś stronie internetowej, która umarła ruski rok temu i widocznie nie dało się go zapisać w dobrej jakości. Polecam, zwłaszcza, że jest miłym nawiązaniem do niezbyt dawnych czasów.

5. Artur Andrus – Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie

Kolejna z cyklu pijackich piosenek, idealnych do śpiewania na imprezie, podczas jazdy samochodem i robienia masy głupot z przyjaciółmi. Andrus jest genialny, mówię to nie od dziś.

6. Fartusek grusek

Najlepsze jest to… że nie pamiętam, skąd ten filmik wzięłam. Chyba kiedyś widziałam to nagranie w telewizji. Nieważne. A, występ „górala” zaczyna się w czwartej minucie, także przewińcie.

7. Pani Lola

Powinnam kiedyś napisać notkę o tym, za co kocham moje studia. xD A kocham m.in. za dr Królak, która poleciła nam ten filmik na pierwszym roku na wdzięcznym przedmiocie o nazwie „Analiza tekstu literackiego na materiale czeskim”. Film z Czechami nie ma nic wspólnego, za to z polską literaturą – owszem. Polecam, gorąco polecam.

8. Wiersz Andrusa

Świeży filmik, obejrzany jakiś czas temu. Mówiłam już coś o Andrusie 😉

9. LS Timotei Sparta Remix

Kolejny filmik z Lucky Star, tym razem z nieśmiertelnym „Timotei”.

10. Przejdź na żydowski

Ostatni i jeden z najlepszych! Piosenkę znalazłam przypadkiem, ma ze sto lat (a w przybliżeniu nieco mniej, niż ja), a panowie Polk, Zamachowski oraz Malajkat byli ekstra. xD

To na tyle – pod koniec tygodnia spodziewajcie się notki wielkanocnej 🙂
Wasza zarobiona
Cathryn