Maraton filmów o Holocauście oraz wystawa w BUWie.

Drodzy moi, licencjat (a raczej jego widmo wiszące nade mną) motywuje mnie do oglądania filmów. Nie, inaczej – do oglądania zmotywował mnie Pan Promotor (PP), gdyż ponieważ zalecił mi zapoznać się z trzema czeskimi filmami o Holocauście. Wszystko na moje własne życzenie („Panie doktorze, bo ja to bym chciała pisać o Holocauście w czeskim filmie, ale nie wiem, czy coś takiego nakręcono…” plus słodkie oczka. PP zrozumiał i się zgodził. Nie wie, co go czeka.). Tak oto obejrzałam trzy tytuły, potem poszły następne… Miałam się dzisiaj zabrać za szósty, ale stwierdziłam, że jak mam o tym pisać notkę, to nie przeżyjecie. Zwłaszcza, że dzisiaj miałam okazję obejrzeć bardzo nietypową wystawę… Ale najpierw filmy!

1. „Diamenty nocy” („Démanty noci”, reż. Jan Němec, rok produkcji: 1964)

Zainteresował mnie tytuł. Przyznam, zajechało mi „Złotymi żniwami” Grossa (uprzedzam pytanie, nie czytałam jeszcze). Okazuje się, że nie ma mowy tutaj o żadnych tego typu rzeczach. Jest to film eksperymentalny, trwa godzinę i kilka minut i tak mnie oczarował swoją oryginalnością, że postanowiłam pisać o nim licencjat. A dokładnie o przestrzeni tamże. To będzie przygoda, mówię Wam. O co zaś tu chodzi? Mamy dwóch chłopaków, którzy uciekają z transportu przez las. Nic jednak nie jest takie, jak być powinno.

2. „Piąty jeździec Apokalipsy” („…a pátý jezdec je strach”, reż. Zbyněk Brynych, rok produkcji: 1964)

Piątym jeźdźcem wg autora jest strach. Wg mnie długi, męczący i wkurwi*jący wrzask. W tym filmie albo milczą, albo ktoś drze mordę. Najbardziej mnie wkurzał płacz dziecka, które matka otwarcie olewała, strojąc się przed lustrem. Ja biedna siedziałam przed lapkiem, ze słuchawkami na uszach, by lepiej słyszeć czeskie słowa (nie ma napisów. Żadnych, po polsku, angielsku, nic. Ale, na moje szczęście, czeski był wyjątkowo prosty i chyba tylko kilku rzeczy nie zrozumiałam) i nóż mi się w kieszeni otwierał, jak słyszałam już którąś minutę z rzędu ten krzyk. Najbardziej nie lubię dzieci właśnie za płacz i wrzaski. Dlatego dostawałam ku*wicy na wykładzie z literatury, kiedy oglądaliśmy fragment filmu „Kytice” o południcy. Tam mamy postać malutkiego chłopca, który płacze i próbuje zwrócić na siebie uwagę matki. Po dwóch minutach bodajże chciałam wyjść z sali, nawet przez okno. Tęsknie na nie zerkałam. Ech, będę złą matką. A poza krzykami? Niby fabuła jasna, ukrywanie jakiegoś człowieka w kamienicy, ale jakoś to pokićkane, dziwne te postacie, film mi się średnio podobał.

3. „Transport z raju” („Transport z ráje”, reż. Zbyněk Brynych, rok produkcji: 1962)

Ostatni czechosłowacki film w zestawieniu, opowiadający o getcie w Terezinie i o mającym odjechać niedługo transporcie
do Birkenau. Mało czytałam o tym getcie, nie wiem, gdzie film był kręcony (ale się dowiem), mimo tego uważam, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty, pokazując życie w takim miejscu. Przebrania aktorów i statystów – bomba, praca domowa odrobiona. Film mi się podobał, polecam szkolącym się w czeskim bohemistom, spokojnie można wszystko zrozumieć (spora część dialogów jest po niemiecku, ale miałam okazję oglądać wersję z czeskimi napisami, także było OK).

4. „Pociąg życia” („Train de vie”, reż. Radu Mihaileanu, rok produkcji: 1998)

Film mi poleciła Gatito, za co bardzo jej dziękuję, bo nie słyszałam nigdy wcześniej o tym tytule.
Moje podsumowanie… What da fuck?! xD Sama bym na taki pomysł, by zrobić dzieło o tym, jak Żydzi robią sobie pociąg i uciekają do Palestyny, by ich naziści nie złapali, nigdy nie wpadła. Mam jakieś hamulce. xD Francuska tragikomedia o Holocauście. To ci dopiero. Co i rusz się zastanawiałam, czy może być gorzej i bardziej dziwacznie, ale za każdym razem okazywało się, że może. Nie zniechęcajcie się jednak! Fabuła jest spójna (nie warto tego oglądać przez pryzmat historyczny. To jest tak nieprawdopodobne, że aż boli chwilami. Mnie bolało), widoki zarąbiste, detale dopracowane (aż się zdziwiłam, to momentami było pod tym względem lepsze od „Austerii”) żarty trafione, mniodzio. I cały czas gdzieś w tle skakał sobie wiejski szaleniec, meszuge, o którym mogę Wam powiedzieć tyle, że jest bardzo ważny i odegra tutaj niezwykłą rolę. I właśnie dlatego uznaję ten film za bardzo dobry – zrobił na mnie wrażenie.

5. „Życie jest piękne” („La vita è bella”, reż. Roberto Benigni, rok produkcji: 1997)

Kiedy byłam w gimbazie, niektórzy nauczyciele języków obcych czasami wciskali do jednej klasy młodzież z dwóch, trzech różnych grup i oglądali jakiś film. Moja grupa nie miała tego szczęścia, ze dwa razy się załapaliśmy na końcówkę czegokolwiek. I tak oto ominął mnie seans „Życie jest piękne”, dlatego obejrzałam to dopiero wczoraj.
Benigni na piedestał. Niezwykła postać, bardzo dobrze zagrana, brawa dla tego człowieka! Nie wyobrażam sobie kogoś bardziej autentycznego. Fabuła… Patrzę (jak durna) przez pryzmat historyczny, a nie powinnam tego robić, ponieważ bez przerwy się czepiam. Tutaj też jest sporo rzeczy do czepnięcia się, ale odpuszczam, nie o to przecież chodziło. Uważam, że powinno być więcej takich kochających ojców, co za wszelką cenę chronią swoje dzieci. I kochają swoje żony. Aż się chce kiedyś usłyszeć „Dzień dobry, księżniczko” – wszelkie sceny z tym tekstem były dla mnie strasznie romantyczne i poruszały moje żydowskie, twarde serce. _^_ Piękny film, pełen pięknych wartości oraz zabawnych scen (te kradzieże kapelusza xD). . Gorąco polecam.
***
Teraz o czymś, co zastępuje w tym zestawieniu szósty film. Mowa o wystawie „Z popiołów Sobiboru”, którą miałam okazję dzisiaj zobaczyć w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie (BUW). O wystawie dowiedziałam się przypadkiem podczas porannej prasówki w Internecie właśnie w tej bibliotece – strona domowa to strona BUWu, także pierwsze zobaczyłam newsy właśnie stamtąd. Gdy oczom moim ukazało się słowo „Sobibór”, zapomniałam, po co właściwie tam przylazłam, przeczytałam artykuł, chwyciłam swoje rzeczy i pobiegłam, stukając głośno obcasami, do ochroniarza (wychodzę z założenia, że ochroniarz musi wiedzieć, gdzie co jest w miejscu, którego strzeże). Przemiły pan, którego pozdrawiam, wskazał mi drogę, nie widząc, że się podjarałam tematem. I dobrze. Pobiegłam więc dalej, obcasy głośniej stukały, a ja zmierzałam w kierunku wejścia.
Więcej informacji o samej wystawie można przeczytać tutaj —-> http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1471 Pozwolicie, że się skupię na wrażeniach.
Chcę poznać tego, kto wpadł na taki fajny pomysł. Idea, by zwiedzający i odwiedzający podążali korytarzem, nie wiedząc, co się będzie dalej znajdowało i poznający historię Żydów z Izbicy i obozu śmierci w Sobiborze jest wg mnie genialny i warty nagrodzenia. Oraz uwagi. Zapraszam do BUWu, wystawę można zwiedzać do dziewiętnastego kwietnia – w przyszłym tygodniu pewnie będziecie mogli mnie spotkać z aparatem. Odradzam osobom wrażliwym, przejście przez wagon kolejowy oraz obóz (od „przyjazdu” do komory gazowej) może Wam zaszkodzić. Pozostali (chcący, nikogo nie zmuszam) – idźcie, naprawdę warto.
Wasza mniej zarobiona i oglądająca coś bez przerwy
Cath

Reklamy

2 thoughts on “Maraton filmów o Holocauście oraz wystawa w BUWie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s