Maraton filmów o Holocauście oraz wystawa w BUWie.

Drodzy moi, licencjat (a raczej jego widmo wiszące nade mną) motywuje mnie do oglądania filmów. Nie, inaczej – do oglądania zmotywował mnie Pan Promotor (PP), gdyż ponieważ zalecił mi zapoznać się z trzema czeskimi filmami o Holocauście. Wszystko na moje własne życzenie („Panie doktorze, bo ja to bym chciała pisać o Holocauście w czeskim filmie, ale nie wiem, czy coś takiego nakręcono…” plus słodkie oczka. PP zrozumiał i się zgodził. Nie wie, co go czeka.). Tak oto obejrzałam trzy tytuły, potem poszły następne… Miałam się dzisiaj zabrać za szósty, ale stwierdziłam, że jak mam o tym pisać notkę, to nie przeżyjecie. Zwłaszcza, że dzisiaj miałam okazję obejrzeć bardzo nietypową wystawę… Ale najpierw filmy!

1. „Diamenty nocy” („Démanty noci”, reż. Jan Němec, rok produkcji: 1964)

Zainteresował mnie tytuł. Przyznam, zajechało mi „Złotymi żniwami” Grossa (uprzedzam pytanie, nie czytałam jeszcze). Okazuje się, że nie ma mowy tutaj o żadnych tego typu rzeczach. Jest to film eksperymentalny, trwa godzinę i kilka minut i tak mnie oczarował swoją oryginalnością, że postanowiłam pisać o nim licencjat. A dokładnie o przestrzeni tamże. To będzie przygoda, mówię Wam. O co zaś tu chodzi? Mamy dwóch chłopaków, którzy uciekają z transportu przez las. Nic jednak nie jest takie, jak być powinno.

2. „Piąty jeździec Apokalipsy” („…a pátý jezdec je strach”, reż. Zbyněk Brynych, rok produkcji: 1964)

Piątym jeźdźcem wg autora jest strach. Wg mnie długi, męczący i wkurwi*jący wrzask. W tym filmie albo milczą, albo ktoś drze mordę. Najbardziej mnie wkurzał płacz dziecka, które matka otwarcie olewała, strojąc się przed lustrem. Ja biedna siedziałam przed lapkiem, ze słuchawkami na uszach, by lepiej słyszeć czeskie słowa (nie ma napisów. Żadnych, po polsku, angielsku, nic. Ale, na moje szczęście, czeski był wyjątkowo prosty i chyba tylko kilku rzeczy nie zrozumiałam) i nóż mi się w kieszeni otwierał, jak słyszałam już którąś minutę z rzędu ten krzyk. Najbardziej nie lubię dzieci właśnie za płacz i wrzaski. Dlatego dostawałam ku*wicy na wykładzie z literatury, kiedy oglądaliśmy fragment filmu „Kytice” o południcy. Tam mamy postać malutkiego chłopca, który płacze i próbuje zwrócić na siebie uwagę matki. Po dwóch minutach bodajże chciałam wyjść z sali, nawet przez okno. Tęsknie na nie zerkałam. Ech, będę złą matką. A poza krzykami? Niby fabuła jasna, ukrywanie jakiegoś człowieka w kamienicy, ale jakoś to pokićkane, dziwne te postacie, film mi się średnio podobał.

3. „Transport z raju” („Transport z ráje”, reż. Zbyněk Brynych, rok produkcji: 1962)

Ostatni czechosłowacki film w zestawieniu, opowiadający o getcie w Terezinie i o mającym odjechać niedługo transporcie
do Birkenau. Mało czytałam o tym getcie, nie wiem, gdzie film był kręcony (ale się dowiem), mimo tego uważam, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty, pokazując życie w takim miejscu. Przebrania aktorów i statystów – bomba, praca domowa odrobiona. Film mi się podobał, polecam szkolącym się w czeskim bohemistom, spokojnie można wszystko zrozumieć (spora część dialogów jest po niemiecku, ale miałam okazję oglądać wersję z czeskimi napisami, także było OK).

4. „Pociąg życia” („Train de vie”, reż. Radu Mihaileanu, rok produkcji: 1998)

Film mi poleciła Gatito, za co bardzo jej dziękuję, bo nie słyszałam nigdy wcześniej o tym tytule.
Moje podsumowanie… What da fuck?! xD Sama bym na taki pomysł, by zrobić dzieło o tym, jak Żydzi robią sobie pociąg i uciekają do Palestyny, by ich naziści nie złapali, nigdy nie wpadła. Mam jakieś hamulce. xD Francuska tragikomedia o Holocauście. To ci dopiero. Co i rusz się zastanawiałam, czy może być gorzej i bardziej dziwacznie, ale za każdym razem okazywało się, że może. Nie zniechęcajcie się jednak! Fabuła jest spójna (nie warto tego oglądać przez pryzmat historyczny. To jest tak nieprawdopodobne, że aż boli chwilami. Mnie bolało), widoki zarąbiste, detale dopracowane (aż się zdziwiłam, to momentami było pod tym względem lepsze od „Austerii”) żarty trafione, mniodzio. I cały czas gdzieś w tle skakał sobie wiejski szaleniec, meszuge, o którym mogę Wam powiedzieć tyle, że jest bardzo ważny i odegra tutaj niezwykłą rolę. I właśnie dlatego uznaję ten film za bardzo dobry – zrobił na mnie wrażenie.

5. „Życie jest piękne” („La vita è bella”, reż. Roberto Benigni, rok produkcji: 1997)

Kiedy byłam w gimbazie, niektórzy nauczyciele języków obcych czasami wciskali do jednej klasy młodzież z dwóch, trzech różnych grup i oglądali jakiś film. Moja grupa nie miała tego szczęścia, ze dwa razy się załapaliśmy na końcówkę czegokolwiek. I tak oto ominął mnie seans „Życie jest piękne”, dlatego obejrzałam to dopiero wczoraj.
Benigni na piedestał. Niezwykła postać, bardzo dobrze zagrana, brawa dla tego człowieka! Nie wyobrażam sobie kogoś bardziej autentycznego. Fabuła… Patrzę (jak durna) przez pryzmat historyczny, a nie powinnam tego robić, ponieważ bez przerwy się czepiam. Tutaj też jest sporo rzeczy do czepnięcia się, ale odpuszczam, nie o to przecież chodziło. Uważam, że powinno być więcej takich kochających ojców, co za wszelką cenę chronią swoje dzieci. I kochają swoje żony. Aż się chce kiedyś usłyszeć „Dzień dobry, księżniczko” – wszelkie sceny z tym tekstem były dla mnie strasznie romantyczne i poruszały moje żydowskie, twarde serce. _^_ Piękny film, pełen pięknych wartości oraz zabawnych scen (te kradzieże kapelusza xD). . Gorąco polecam.
***
Teraz o czymś, co zastępuje w tym zestawieniu szósty film. Mowa o wystawie „Z popiołów Sobiboru”, którą miałam okazję dzisiaj zobaczyć w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie (BUW). O wystawie dowiedziałam się przypadkiem podczas porannej prasówki w Internecie właśnie w tej bibliotece – strona domowa to strona BUWu, także pierwsze zobaczyłam newsy właśnie stamtąd. Gdy oczom moim ukazało się słowo „Sobibór”, zapomniałam, po co właściwie tam przylazłam, przeczytałam artykuł, chwyciłam swoje rzeczy i pobiegłam, stukając głośno obcasami, do ochroniarza (wychodzę z założenia, że ochroniarz musi wiedzieć, gdzie co jest w miejscu, którego strzeże). Przemiły pan, którego pozdrawiam, wskazał mi drogę, nie widząc, że się podjarałam tematem. I dobrze. Pobiegłam więc dalej, obcasy głośniej stukały, a ja zmierzałam w kierunku wejścia.
Więcej informacji o samej wystawie można przeczytać tutaj —-> http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1471 Pozwolicie, że się skupię na wrażeniach.
Chcę poznać tego, kto wpadł na taki fajny pomysł. Idea, by zwiedzający i odwiedzający podążali korytarzem, nie wiedząc, co się będzie dalej znajdowało i poznający historię Żydów z Izbicy i obozu śmierci w Sobiborze jest wg mnie genialny i warty nagrodzenia. Oraz uwagi. Zapraszam do BUWu, wystawę można zwiedzać do dziewiętnastego kwietnia – w przyszłym tygodniu pewnie będziecie mogli mnie spotkać z aparatem. Odradzam osobom wrażliwym, przejście przez wagon kolejowy oraz obóz (od „przyjazdu” do komory gazowej) może Wam zaszkodzić. Pozostali (chcący, nikogo nie zmuszam) – idźcie, naprawdę warto.
Wasza mniej zarobiona i oglądająca coś bez przerwy
Cath

Mało znane, mało oglądane, a fajne – przegląd Cathrynkowej playlisty na YouTube

Ostatnio było dużo długich, lekko przynudzających rzeczy, także teraz czas na relaks.
Przeglądałam kilka dni temu swoją playlistę na YouTube i pomyślałam sobie, że wiele osób z mojego otoczenia niektórych filmików nie zna. A szkoda, bo są albo fajne, albo tak głupie, że można się przy nich odmóżdżyć. I tak oto powstała poniższa lista (podzielona na dwie notki :P). Miłego oglądania 🙂

1. „Wzaj Fiction”

Nie pamiętam, kto mi to pokazał, ale wszelkiego rodzaju przeróbki „Pulp Fiction” witam z otwartymi ramionami.

2. „Marvin”

Patrzy wyżej xD Uważam, że ten filmik jest lepszy (a i tak mistrzostwem jest „Czarna kawa” _^_)

3. „Onizuka – Little Tortilla Boy”

W zestawieniu nie może zabraknąć anime – GTO jest bardzo plastycznym materiałem i można z tego anime zrobić cuda. Aż mi się przypomniał fragment MEP-a „Why so serious 2”, gdzie jest wykorzystane GTO i piosenka „Auto mam”, którą śpiewam bardzo często, gdy jadę gdzieś z D~Bogną samochodem. xD

4. „Lodoss Camelot”

Klaaaasyyyyyk z mojego późnego dzieciństwa. Nie trzeba znać fabuły „Record of Lodoss War”, ale jak się zna, to tym lepiej xD

5. „Chicken dancing Snape”

Totalne głupoty, jak widać, momentami naprawdę fajnie zmontowane.

6. „Legend of Awesome”

Mam słabość do animacji we Flashu, zwłaszcza, jak mają bardzo nietypową fabułę. Zresztą, przekonajcie się sami.

7. „Skacz jak Adam Małysz”

Klasyka AMVek, ale podoba się nawet tym, którzy nie lubią anime. Może dlatego, bo jest zaiste jajcarska. Polacy są najlepsi w robieniu parodystycznych AMVek.

8. „Ivan – król pedałów”

Łoesu. xD Swego czasu ten filmik służył mi za substytut kawy – co go oglądałam, robiło mi się lepiej na duszy. xD Uwaga, jednym z aktorów głosowych (ang. voice actors) jest mój jedyny w swoim rodzaju przyszywany Brat. Pozdrawiam Go serdecznie 🙂

9. „Ivan Fjutobrabiacz”

Oryginał powyższego, z polskimi napisami. Warto obejrzeć dla porównania, niektóre teksty powalają na łopatki.

Wasza wiedząca w końcu, o czym będzie pisać licencjat
Cathryn

Pożytek ze starszej siostry – istnieje czy nie?

Tak ostatnio często sobie myślę o Olce. Niedługo wraca do domu – Szwagier postanowił zrobić straszną głupotę w swoim życiu i iść do szkoły policyjnej, więc Siostra wraca na pół roku. Cieszę się z tego powodu i jednocześnie wiem, że skończy się okres beztroski i sprzątania raz na tydzień _^_ Znowu będzie poganianie mnie do roboty, wrzaski, że żyję w syfie (a to nieprawda, D~Bogna sama kiedyś stwierdziła, że mam umiarkowany nieporządek), zabieranie mi laptopa (nieeeeeeeeee xD) i pytanie, po cholerę mi moje studia. Nie, żeby Olka potępiała slawistykę, ale jakoś nie widzi po tym perspektyw. Jak zresztą pół narodu, ale nie o tym mowa.
W chwilach takich, jak ta, zaczynam się zastanawiać, po co mi starsza siostra.
Nie miałam na jej narodziny żadnego wpływu, sorry. Nie, żebym ubolewała, z Olki pod wieloma względami jest pożytek. Pytacie na pewno – jaki? Gdzie ty go widzisz, ślepy i durny Żydzie? Ano jest, ale by to stwierdzić, musiałam dorosnąć i dojrzeć. I siostra musiała się też wyprowadzić, ale to akurat najmniej istotne w tej chwili. Postanowiłam więc teraz opowiedzieć Wam, jaki może być pożytek ze starszej siostry, wzorując się na własnych doświadczeniach. Pamiętam przy okazji, że każdy ma inne siostry i nie musi się ze mną zgadzać – więc niech ci, którym się notka nie podoba, zazdroszczą mi Olki. A co 😛
Jedziemy:
1. Siostra zawsze cię ubierze, jak jest specjalna okazja – nie tylko ubierze. Też uczesze, umaluje, zrobi manicure i zdąży na ciebie pięć razy nawrzeszczeć za byle pierdołę. xD
Z tym ubieraniem to różnie bywa. Olka wychodzi z założenia, że zawartość mojej szafy się nie nadaje do niczego, a jak się nadaje, to lepiej to wygląda na niej i mi podpiernicza (ale to normalna przypadłość sióstr, też to u siebie zaobserwowałam*, także się tylko z tego śmieję). Więc, kiedy przychodzi co do czego, siostra zaczyna się poważnie zastanawiać, wyciąga masę ubrań z szafek i mnie zaczyna stroić. Bez przerwy jej się coś nie podoba, ale potem efekt końcowy jest zabójczy.
Chociaż ostatnio, kiedy potrzebuję jakiś fajny ciuch, idę do D~Bogny, która mnie zawsze poratuje – Olka jednak w pozostałych kwestiach jest niezastąpiona. Najbardziej dumna z siebie była w Sylwestra, kiedy efekt końcowy jej bawienia się z moimi włosami przerósł jej oczekiwania.
Pytacie zapewne, po cholerę idę do niej, kiedy mam się wyszykować na specjalną okazję. Nie po to Olka ma ogromną szafę i tytuł technika usług kosmetycznych, żebym nie korzystała. A co! 😛
2. Siostra obroni przed krwiożerczymi ludźmi – zwłaszcza przed wściekłą mamą. Zdarzyło mi się parę razy naprawdę rozwścieczyć rodzicielkę i tylko Olka mogła mnie uratować. Co to były za przypadki? Ufarbowane końcówki włosów na czarno („Ona ma 14 lat!!! Będzie miała problemy w szkole!!!”), dwa lata później ufarbowane na wściekłą wiśnię włosy (po kilku dniach mama doszła do wniosku, że ten kolor naprawdę mi pasuje i dlatego przez kilka lat farbowałam się na różne odcienie czerwieni), picie wódki na parapetówce (których z chłopaków nie schował butelki na czas i mama się strasznie wkurzyła, a miałam już wtedy 18 lat…), a ostatnio kolczyk w wardze. Pozwolicie, że jej komentarza nie będę przytaczać. W każdej z wymienionych sytuacji pomoc Olki była niezastąpiona: uspokajała mnie jednym zdaniem („Dorota, ja to załatwię”), a potem szła pacyfikować mamę. Bo musicie wiedzieć, że przy mojej siostrze jestem małym piwem i to, co nawywijałam, ona zdążyła nawywijać pięć razy bardziej. Umie więc radzić sobie z mamą. W zaskakująco szybkim tempie poradziła sobie przy jej furii, związanej z moim żelastwem. (Tja, bo Olka ma kilkanaście kolczyków :P) Wszystkich wtedy zadziwiła.
3. Siostra zawsze pocieszy – z tym ciężko mi się zgodzić, ponieważ częściej słyszę od niej, że moje problemy to nie są problemy i co ja wiem o tym, że życie jest ciężkie. Ale miewa momenty, że podejdzie, przytuli i powie, że w bardzo okrutny i bezwzględny sposób zabije źródło moich problemów. Najlepsza była w momencie, kiedy ponad dwa lata temu przyszłam do niej z płaczem, że kocham ją najbardziej w świecie i żaden debil nie będzie mi wmawiał, że przy najbliższej okazji Olka wbije mi metaforyczny nóż w plecy. A była taka sytuacja, musicie wiedzieć. Wtedy się strasznie wkurwiła (najlepsze słowo na opisanie reakcji, sorry), zaczęła się miotać po pokoju i gadać, że pójdzie zabije gnoja, bo to niemożliwe, by tak dwie siostry Nowackie wkurwiał. No, nie tak to brzmiało, ale o to chodziło. Jeśli jest już mowa o najważniejszej kobiecie w moim życiu, to jest to niewątpliwie Olka.
4. Siostra zawsze cię rozśmieszy i uraczy dobrą radą – tego chyba Wam nie muszę wyjaśniać. xD
Przy okazji Olce zdarzy się ugotować coś dobrego, zrobić jakąś szaloną i wesołą rzecz, a przy okazji jest kochana, ciepła dobra, a przede wszystkim skromna. I przekonana o swojej samozajebistości, samolubna, egoistyczna i wychodząca z założenia, że reszta świata to debile.
Ale każdy ma jakieś wady.

Także – wychodzę z założenia, że z Olki jest jakiś pożytek. A o przydatności innych ludzi opowiem Wam innym razem.
Wasza cały czas kombinująca, jak jej praca na kulturę popularną ma wyglądać
Cathryn
P.S. Fotka wykonana bodajże przeze mnie w ogrodach BUWu. ^^

*z tym, że ja Olce podpieprzam torebki. xD

„Wspomniałem o innej, swojej stodole…” – pokaz filmu i spotkanie z Szewachem Weissem.

Chwała niech będzie na wieki mojej koleżance ze studiów, że mi podesłała link do wydarzenia na Facebooku!
OK, wielką wadą całego przedsięwzięcia było to, że się zaczynało o dwudziestej i skończyło po dwudziestej drugiej, ledwo zdążyłam na przedostatni pociąg xD Ale koleżanka nie miała na to wpływu, sama się zdecydowałam na pójście, nie żałuję – Ania, dzięki.
No tak, ale pytacie, co to było. Otóż byłam wczoraj na pokazie filmu „Druga prawda” (pokaz zorganizowało Niezależne Zrzeszenie Studentów Znanej Warszawskiej Uczelni w ramach „Nowego kina historycznego”), dzieło to ma uzupełniać relacje między Polakami a Żydami, a przy okazji ma uświadomić zachodnim odbiorcom (bo do nich jest skierowane), że nie było tak, że Polacy mordowali zawzięcie swoich sąsiadów, a naziści się tylko przyglądali i pili herbatkę. Takie przekonanie (z tą herbatką niekoniecznie), niestety, panuje zarówno na Zachodzie, jak i (o zgrozo!) w Izraelu. Naszym obowiązkiem, proszę ja Was, jest nie wściekać się i tłumaczyć, że wcale tak nie było – wściekaniem się niczego nie rozwiążemy. Chociaż sama pozwalam sobie na przysłowiowe bycie wściekniętą, kiedy mowa jest o którejkolwiek książce Jana Tomasza Grossa – jak mu się tak podoba zachodnie podejście do tematu, że Polacy po wojnie byli na wskroś źli, to niech na ten Zachód jedzie i tam zostanie, po cholerę ma nas, Polaków, denerwować.
Zboczyłam z tematu. Całe spotkanie, czyli pokaz filmu i dyskusja wokół niego, odbyło się wczoraj w Auli Starego BUWu u mnie na Uczelni, nosiło tytuł „Sprawiedliwi czy Mordercy? Weiss i Król wokół filmu ‚Druga prawda'” i było bardzo sympatyczne (mimo drobnych problemów technicznych, ale znam ten ból, sama posiadam laptopa).
Film jest dla mnie ulgą – trzeba rozmawiać o tym, że Polacy pomagali Żydom. Nie wolno o tym zapominać. Nie jest przyjemnie nosić łatkę narodu morderców, prawda? Wiem, że spora część moich rówieśników ma kompletnie gdzieś to, co inni (a tym bardziej zagranica) o nich mówią i nie przywiązują do tego zbyt wielkiej wagi, ale. Właśnie, pojawia się to owiane już legendą „ale”. Kiedy komuś zdarzy się wyjechać z naszego cudownego i miodem płynącego kraju do miejsca, gdzie jest sto razy lepiej i nie ma naszego rządu, nieprzyjemnie jest się zderzyć z oskarżeniami. Wojna i Holocaust cały czas w nas żyją i podejrzewam, że będą jeszcze żyły wiele, wiele lat. By mieć poczucie, że zrobiło się wiele, aby inni o nas nie myśleli źle, trzeba się napracować, ale WARTO. Dlatego sama staram się czytać jak najwięcej na ten temat i potem Wam przybliżać – czy to tutaj, czy w realu. Ignorancja rodzi potem przekłamania i nienawiść.
Natomiast, jeśli chodzi o pana profesora Weissa… Niezwykle mądry człowiek. Żałuję, że nie mam czasu jeździć na wykłady do Fundacji Shalom, dowiedziałabym się wtedy o nim czegoś więcej i to by mi, żydołakowi, bardzo pomogło. Niestety, rzeczywistość jest inna i mi na to nie pozwala. Dlatego podwójnie się cieszę, że dane mi było go zobaczyć i móc z nim porozmawiać (kim bym była, gdybym nie wtrąciła swoich kilku groszy do dyskusji ^^’). Powiem Wam też, że jego błędy językowe są wyjątkowo rozczulające _^_ Jednak ta swoista polszczyzna sprawia, że jego słowa bardziej trafiają do ludzi – wkłada w swoje wypowiedzi dużo emocji i te właśnie się udzielają słuchającym.
Jedno z bardziej znaczących zdań ubiegłego wieczoru – „Cała Europa jest zamarzniętym jeziorem żydowskiej krwi”. Trzeba to powiedzieć. Ale – o tym prof. Weiss bardzo dużo wspominał – każde pokolenie powinno dostać swoją szansę i mieć możliwość wystartowania bez obciążeń poprzedniego pokolenia, bez grzechów rodziców i dziadków. Pamiętajmy o Holocauście, pamiętajmy o tym, że obok nas kiedyś żyli i mieszkali Żydzi, ale róbmy też wszystko, by kontakty z potomkami Ocalonych były jak najlepsze. Dzięki temu sami będziemy szczęśliwi.
Wasza pisząca obecnie pracę o prasie żydowskiej w międzywojennej Czechosłowacji
Cathryn

My Little Pony, czyli moje czoło sięgnęło blatu.

Tytuł to fragment tekstu, który miałam okazję kiedyś znaleźć podczas czytania jednej z analiz Niezatapialnej Armady – całość to „I wielki huk obwieścił światu, że moje czoło sięgnęło blatu”. Jak przekręciłam, to sorry, sens zachowany. Takie są moje odczucia, jeśli chodzi o MLP.
Nie, nie widziałam. Nie chcę. Wiem, że jak obejrzę jeden odcinek (po angielsku, od jakiegoś czasu hejtuję polski dubbing), to się pewnie wciągnę i będę stracona dla świata. Zauważyłam, że MLP ma siłę destrukcyjną – traci się znajomych, ludzie tracą do ciebie cierpliwość i tracisz resztki zdrowego rozsądku.
Ale od początku:
O kucykach usłyszałam kilka miesięcy temu. Zobaczyłam te cukierkowe kolorki i stwierdziłam, że to musi być głupawe i ludzie zwyczajnie robią sobie z tego jaja. A potem zobaczyłam, jak wokół tego serialu wyrasta legenda, że MLP w rzeczywistości jest wyjątkowo zajebiste, ma fajne teksty, masę nawiązań do popkultury, etc. I już nawet miałam ochotę się z tym zapoznać (już byłam w ogródku, już witałam się z gąską), nawet słyszałam, że to anime (o Borze), kiedy zetknęłam się z czymś, czego prawdopodobnie do końca życia nie będę w stanie znieść.
Z fanatyzmem.
Uwierzcie mi, fanatyzm (mówię tu o takim pospolitym, a nie o jakichś patologiach związanych z ideologią i religią) potrafi się i udzielić, i zniechęcić człowieka. Osobiście żyć bez Żydów nie mogę, gadam o nich bez przerwy, ale nie każę wszystkim wokół się nimi interesować i nie włażę z Żydami w intymność drugiej osoby (że się tak wyrażę). A fani kucyków to robią (zresztą, nie tylko oni).
Słyszałam zewsząd teksty typu „Obejrzyj kucyyykiiiii, są zajebisteeeee”, co i rusz gdzieś widziałam jakiś teledysk z nimi związany, jeszcze ten zalew produktów z nimi na rynku, figurki, gadżety (jeden kucyk za 10 złotych w Tesku na Targówku, sama widziałam), cuda wianki… Facebook potrafił być zalany, a Nyanyan co i rusz ma na stronie głównej jakiś obrazek, mniej lub bardziej udany. Mnie osobiście zastanawia, jakim cudem serial dla dzieci mógł zdobyć taką popularność wśród dorosłych*, zwłaszcza wśród mężczyzn w wieku studenckim. Tak, MĘŻCZYZN. To mnie i przeraża, i zastanawia. Fenomen po prostu.
Wspominałam, że nie obejrzę. Znam przypadki, gdy ktoś widział jeden odcinek i go wciągało. Ja nie mam na to ani czasu, ani chęci.
***
Swego czasu szukałam sobie czegoś głupawego na YT, by się odstresować. Poszło w ruch znane dzieło StalinaCWHC pt. „Kukurydza dla zuchwałych”, pośmiałam się, spojrzałam na polecane linki i oczom moim ukazało się to:

Zakochałam się. xD A intro mnie rozwaliło xD
Tak oto zostałam opozycją dla wszelkich Poniaków i jaram się przeróbką.
Pierwszy odcinek już wyszedł, oto fragment, który obejrzałam już z pięć razy:

„Jaki twój? Jaki twój, lafiryndo?!” xD – jeden z moich ulubionych tekstów.
Nie każę oglądać całego odcinka, uważam, że ten fragment (i parę innych, kilkusekundowych) jest wy**bany w kosmos, reszta jest świetna, ale całość jest dość przyciężkawa i człowiek musi się skupić, by wszystkie kwiatki wyłapać. Czekam na drugi epizod i mam nadzieję, że się bardziej pośmieję.
Przeraża mnie też jedna rzecz – nie oglądam MLP, ale wiem, jak się kucyki nazywają… Wszystko przez to, że Internet jest tym zalany.
Jak ktoś lubi, niech ogląda, nie bronię mu – ale mnie nie namawiajcie, bo wtedy potraktuję Was np. fragmentem „Ucieczki z Sobiboru” i skończy się Dzień Dziecka xD
Wasza zalatana nadal i martwiąca się, bo zamykają stację Świętokrzyska na kilka tygodni
Cathryn

*Powiedziała to ta, co ogląda anime. Ale sorry, większość serii, którymi się interesuję, nie jest dla dzieci – patrz OAV Hellsinga xD

„Party for everybody dance, come on and dance!” xD

Ta piosenka porywa ostatnimi czasy tłumy.

Porwała też mnie (Boziu, jakie urocze te babcie _^_) i porwała Moją Siostrę wraz z Moim Szwagrem. Pierwszy refren odsłuchali grzecznie, przy drugim już się kołysali i śpiewali wraz z babciami ^^ Życzę paniom powodzenia na Eurowizji (tegoroczny finał w Baku, w Azerbejdżanie) – pamiętajmy, że eksperymenty z folklorem już wychodziły na dobre, wystarczy popatrzeć na Werkę Serduczkę. ^^
Ale nie o tym miało być – siostra wpadła w odwiedziny ze szwagrem. Oczywiście, pierwsze, co zrobiła, to przywitała się z Uzi nieśmiertelnymi wręcz słowami „Największa miłość z moim psem!” – i się zaczęło… Tańce, buziaczki, skoki, wygłupy, wszystko w wykonaniu zarówno psa, jak i Olki. Brawa dla tej pani.
Pochodziła po domu, wprowadziła ogólny chaos, wsadzała nos do garnków, bo obiad się gotował, słowem, robiła wszystko, by obwieścić swoją obecność. Po obiedzie nawiązała się rozmowa o tym, że mamie się nie powinno spieszyć do grobu, bo ktoś się musi zajmować moimi dziećmi (jak ja to kocham u osób w wieku 50+, myślą co i rusz o śmierci, a przecież mogą przeżyć drugie tyle). Mama w śmiech, że musi być zachowana jakaś kolejność rodzenia – i tu się patrzy wymownie na Olkę.
Ta popija kawę i patrzy się pytająco.
Piotrek w tym czasie zdążył ją zaatakować, że ona chce się ciągle uczyć, a potem może być za późno na dzieci (przypomina, siostra ma dwadzieścia kilka lat), a mama dorzuciła, że im więcej lat, tym trudniej zajść w ciążę.
A siostra na to do Piotrka:
– Ty najpierw ślub ze mną weź, a nie dzieci mi każesz rodzić! Chcesz, bym ci już jutro urodziła, chcesz? Nie ma problemu!!! – i dawaj machać rękoma z przejęcia.
Mama się zwijała ze śmiechu, że ma takie mądre dziecko – wpierw usidlić faceta, a potem dzieci rodzić.
No i potem było kiwanie się w rytm babcinej piosenki.
Kocham swoją siostrę.
Wasza zabiegana i zarobiona
Cath
P.S. Im dłużej myślę o „Zrób sobie raj”, tym więcej rzeczy bym w tej sztuce zmieniła. Tyle słowem komentarza.
C.R.

Chała tygodnia – „Zrób sobie raj”, na podstawie książki Mariusza Szczygła

Dzisiaj weźmiemy na warsztat najgorszą sztukę teatralną, jaką widziałam od czasu „Antygony w Nowym Jorku”, na której usnęłam. Dosłownie. Pół godziny spałam, a po wyjściu z teatru żałowałam wydanych trzydziestu złotych. Nie o to dzisiaj chodzi jedna, bo na tę sztukę wydałam dwie dychy (za dwa bilety!). Tych pieniędzy też żałuję.
Słówko wprowadzenia: czytałam książkę. Na praktykach miałam okazję ją dorwać. Podobała mi się (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mój instytut się lekko ze Szczygła podśmiewuje, ale to pomińmy). To nie jest dzieło naukowe o Czechach, ale przyjemnie się czyta, człowiek może się czegoś nowego dowiedzieć… Osobiście pamiętam, że była mowa o Egonie Bondym, o Hrabalu, o Janie Černej, o znanym czeskim rzeźbiarzu Davidzie Černym (zbieżność nazwisk przypadkowa, z tego, co wiem), o historii… Jakieś takie w miarę podstawowe rzeczy.
Sztuka miewała elementy o wyżej wymienionych postaciach oraz kwiatki z historii.
Miewała.
Słuchajcie, ja wiem, ze mam problemy z odebraniem absurdu, ale ta sztuka wg mnie nie powinna była powstać. Jest dziwna, niesmaczna (swoją narodowość schowałam na czas spektaklu do kieszeni), ciężkostrawna, a przede wszystkim – niezrozumiała. Studiuję bohemistykę już 1,5 roku i wyłapałam połowę kwiatków, odwołań i innych rzeczy. Kuba, który z Czechami ma styczność przeze mnie, nie zrozumiał absolutnie nic (a się starał) i po spektaklu się śmiałam, że „Jeden Misio nie klaszcze”*.
Z czego więc się śmialiśmy?
Z dowcipów o fekaliach. Zajechało twórczością Bondy’ego. _^_ Jak również z niektórych dowcipów sytuacyjnych i opowieści, typu streszczenie zamachu na Heydricha, które było bardzo fajnie rozegrane między aktorami i można było wszystko załapać. Fajne były też sceny z tańcem (niektóre), to, jak jeden aktor tańczył na scenie w szpilkach i śpiewał piosenkę Vondračkovej – bomba, kupili mnie. Reszta… No co, była jedna aktorka, blondynka o ciele lolitki i zachowująca się chwilami jak takie niewinne dziecko, targane uczuciami i hormonami: raz zataczała się na scenie i śpiewała z mopem w ręku hymn czeski. To było takie do przewidzenia… Mi się nawet podobało, reszcie jakoś mało.
W ogóle kto wpadł na pomysł, by miejscem akcji uczynić krematorium, gdzie dusze czekają wraz ze swoimi urnami na to, aż ktoś z ich krewnych ich odbierze z łaski swojej? Widz się gubił w fabule. Serio – przez niecałe dwie godziny człowiek się dowiadywał, kim oni są i po co tam siedzą, tak różni ludzie, a i tak się nie dowiedział wszystkiego albo nie załapał. Ja nie załapałam, a się mocno na sztuce skupiałam. Nie czuję, jak rymuję (pozwolicie, że zwalę to na zmęczenie).
Dodatkowy akcent było Polakach – to było łatwe do zrozumienia. Że my, Polacy, to naród, który ciągle chce cierpieć i przeżywać swoją martyrologię. Taki mały pstryczek w nos od rodaków, zajmujących się przez chwilę czeskim punktem widzenia. Śmiałam się chyba najgłośniej na sali.
Akcje z dupy wzięte, paskudny czeski w wykonaniu aktorów (mam wrażenie, że ktoś im długości i niektóre daszki usunął z tekstu. Z tak paskudnym polskim akcentem mówiłam na początku pierwszego roku, teraz mnie coś takiego cholernie drażni, zwłaszcza, jak ktoś ŚPIEWA HYMN. Bosh.), ciężkostrawne teksty, niezrozumiałe sytuacje, a przede wszystkim – chory pomysł na miejsce akcji. Wg mnie masakra.
Jeśli chcecie pójść na sztukę, która Wam przybliży czeską kulturę, nie idźcie na to. Niech Was Bóg broni. Ten, o którym jest też mowa w sztuce (słynny problem czeskiego ateizmu, też pokazany z dziwnej perspektywy, która chwilami mi się podobała, chwilami nie).
Tyle, bo już nosem ryję w klawiaturę. Idę zapychać się z żalu Raffaello.
Na koniec coś powiem osobie, która wymyśliła całe to przedstawienie (lekko parafrazując Erbena) – kletbu zůstavuji tobě, bys nenašel místa v hrobě!** Za coś takiego to tylko klątwą je… uvalit. Tak, bo kletbu můžeme uvalit na někoho xD Hezký český.
Wasza dumająca bez przerwy nad tym, czy nie zmarnowała pieniędzy
Cath
P.S. Jeszcze przemyślę tę sztukę i pewnie Wam coś o niej napiszę. Uważam, że mogła być o wiele lepsza, bo normalny, przeciętny Polak niewiele z niej wyniesie. Niestety.
C.R.

* Parafraza do tytułu filmu „Jedna ręka nie klaszcze”. Podczas spektaklu brakowało mi napisów u dołu sceny, które by wyjaśniały, do czego się teraz odnoszą aktorzy. _^_
** Sparafrazowany fragment pochodzi z utworu Karela Jaromíra Erbena pt. „Dceřina kletba” (ze zbioru „Kytice”)