Wspomnienia z gimbazy cz.2 – teksty i odzywki

Nim przejdziemy do właściwego tekstu, jedno słówko od prowadzącego:
Moje życie gimnazjalne było nijakie?
Moi drodzy, w innych gimnazjach wyrzucano przez okno np. monitory (te takie stare, wiecie, musiało nieźle grzmotnąć przy spotkaniu z ziemią), plecaki, zeszyty i inne tego typu pierdoły. A u nas wyrzucano ludzi.
I to nie jest żart – pod koniec pierwszej klasy całą szkołą wstrząsnął fakt, że jedna trzecioklasistka wypadła z okna na drugim piętrze. Przeżyła, spadła na daszek nad wejściem do pomieszczenia gospodarczego i to zamortyzowało upadek. Przebiła się przez ten gruby plastik, spadła i miała jeszcze tyle siły, by się doczłapać do wejścia i dopiero tam zemdlała. Podobno miała uszkodzone kilka kręgów, rehabilitacja trwała dość długo i nie wiem, co się dalej z nią stało.
Oczywiście, konsekwencje poniosła cała szkoła – wypadek miał miejsce podczas lekcji, uczniowie łazili po korytarzach i wpadli na durny pomysł wyglądania przez okno (na zasadzie, że ktoś prawie zwisa, a koledzy go trzymają za nogi), w związku z czym jakiekolwiek wychodzenie z sali w czasie lekcji było zabronione, chyba, że kreda się skończyła bądź trzeba było namoczyć gąbkę. Wtedy nauczyciel stawał w drzwiach i pilnował, czy uczeń wraca. A wiecie, co spotkało dziewczyny, które były odpowiedzialne za wypadek? Nie mogły przystąpić do bierzmowania i miały obniżone sprawowanie. Kiedy o tym usłyszałam, powiedziałam: „Że kurwa co?!”, to nie była zresztą tylko moja reakcja. I tak potem o nas mówiono, że u nas ludzie latają przez okno.
Przejdźmy do odzywek xD
Z perspektywy czasu trudno mi przypomnieć sobie, czym raczyli się moi koledzy z klasy, dlatego wspomnę o tym, czym raczyła się Inteligencja.
Wykorzystywałyśmy dzielnie nasz zasób słownictwa, pozyskany na zajęciach z polskiego i języków obcych. Moim sztandarowym tekstem było „Je ne veux pas mourir”, tzn. „nie chcę umierać” – powtarzałam to dość często, kiedy miała być klasówka, kartkówka bądź inne badziewie. Dziewczynom się trochę moje szwargotanie po francusku udzieliło, wiedziały, co to znaczy „Je ne sais pas” („nie wiem”), trochę mnie poduczały angielskiego…
Nałogowo śpiewałyśmy na korytarzach. W podręczniku do angielskiego na końcu były piosenki, typu „Mamma mia” i „We are the Champions”, które na stałe zagościły w naszym repertuarze i używałyśmy też co poniektórych tekstów do wyrażania swoich myśli.
Nasza fascynacja mangą i anime, która w przypadku moim i Doroty dopiero raczkowała, zaowocowała masą słówek. Tak oto pisałyśmy do siebie na karteczkach (to dopiero był fenomen, można je zebrać i wydać jako książkę xD) słówka typu „chi!”, „Ohayo!”, „kawaii” etc. Pełniły one (podobnie jak nieśmiertelne „ni!”, które powinno się momentalnie skojarzyć tym, którzy oglądali „Monty Python i święty Graal”) funkcję fatyczną, czyli podtrzymywały lub ożywiały kontakt z rozmówcą. To moja ulubiona funkcja języka, ale cóż ^^’ Czerpałyśmy też z książek – już nie pamiętam, w czyim umyśle zrodził się czasownik „louisować”, czyli być emo i marudzić (wzięte od imienia głównego bohatera „Wywiadu z wampirem”, który emo był, ale o tym nie wiedział). W moim przypadku funkcję fatyczną także pełnił zwrot „Ja chcę do Kuby!”, który jest trwalszy niż pomnik ze spiżu i chyba go do końca życia nie zapomnimy z dziewczynami.
Były jeszcze teksty typu „Gites-wyczes-Hellsing”, które oznaczało coś naprawdę zajebistego (a Hellsing jest zajebisty i basta xD), wzięte z „Trzynastego posterunku” słowa „Jesteś subtelny jak rewolucja październikowa”… Plus moje „Bozia go pokarała”, mimo, iż byłam zadeklarowaną i jedyną u nas w klasie ateistką (Dorota potem przerobiła ten tekst na „Spotkała go kara Boska” i mi go bezczelnie przypisywała, o co się żarłyśmy długo xD).
Co do ateizmu, to Aga miała genialny pomysł na moje epitafium – „Byłaś ateistką, ale Bóg i tak cię kochał”. Powtarzała to przy każdej możliwej okazji.
To teraz o ksywkach. Nasze wymyśliłyśmy same, wyjątek to Dorota, której ksywkę D~Bogna wymyśliłam ja na potrzeby komiksu-parodii pt. „Vampire Princess Śmiyu” (na motywach pewnej mangi). Dziwnym mi się wydawało, że Dorota nie ma żadnego pseudonimu, a był mi takowy pilnie potrzebny do nowego odcinka Śmiyu, więc się narodziła D~Bogna. Aga to Melanie, ja Cathryn. To, jak nas nazywali wszyscy wokół, to inna sprawa – osobiście przerobiłam masę przezwisk, zaczynając od Sekretarki, skończywszy na Encyklopedii. Aga, z racji nazwiska, została ochrzczona Mielonką, ale tępiłyśmy to regularnie. Doroty wszyscy się bali z racji profesji jej mamy, która nas uczyła polskiego. ^^’ Zaś przezwiska w całej klasie… Niezrozumiały jest dla mnie fenomen naszego kolegi, którego wdzięczna ksywka Winniczek przerodziła się w Spawacza. Nikt nie wie, skąd się to wzięło, ale wszyscy się śmieją i tak. Był też Klusek-Makaroniarz, Stolarz, Krzemień, ksywki składające się z nazwisk… Damskie przezwiska natomiast chwilami wyróżniały się oryginalnością, a chwilami nawiązywały do ich wyglądu czy nazwiska – Czarna, Ruda, Natkiesz (pozdrawiam Natkiesza ^^), Pączek vel Pudel (pozdrawiam xD), Kopara, Szydło…
I to na tyle. Następnym razem będzie o nauczycielach, a kolejna notka (ostatnia, byście się nie znudzili :P) o dniu powszednim i o tym, co się wyprawiało na poszczególnych lekcjach.
Wasza
Cath

Reklamy

8 thoughts on “Wspomnienia z gimbazy cz.2 – teksty i odzywki

  1. Miło się to czyta, ale muszę przyznać, że bardzo dawno nie wracałam pamięcią do naszego gimnazjum.. Nie pamiętam.. kto był u nas gospodarzem? (ja?? 😀 ) 😉 czekam na notkę o nauczycielach 😀 to może być ciekawe zjawisko ;))
    pzdr
    Natkiesz 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s