Króciutko o Oscarach, bo lecę na uczelnię xD

Moi drodzy, spodziewałam się, że „W ciemności” nie dostanie Oscara.
Ale nadzieja matką głupich i cały czas w ukryciu trzymałam kciuki.
Ogólnie wiadomo, że Oscary rzecz przegięta, że wiele naprawdę zajebistych filmów ani jednej statuetki nie dostało, bo były wg Akademii „nieodpowiednie”, ale zdarza się mimo wszystko uhonorować kogoś naprawdę zdolnego, kto na to zasłużył. Przykład – Christoph Waltz za rolę w „Bękartach wojny” Quentina Tarantino. To było moje małe osobiste święto. W sumie, z Oscarami jest tak, jak z nagrodą Nobla – raz na jakiś czas zdarzy się osoba, która naprawdę na to zapracowała i wszyscy się cieszą, że dostała tę nagrodę (i hajsiwo, ale to swoją drogą).
Teraz czuję trochę żalu za „W ciemności”, wg mnie (pomijając moje żydołactwo) to jest naprawdę świetny film, niezwykle zbudowany i trzymający w napięciu (jakby to powiedzieli bracia z południa – napinavý xD). Ogólnie lubię filmy Agnieszki Holland, mało ich oglądałam, ale lubię.
Przejdźmy może do tegorocznych zwycięzców:
1. „Artysta” (doliczyłam się czterech statuetek, w telewizji trąbią, że jest pięć, nie wiem, kto ma rację) – zastanawia mnie ten film i muszę go szybko obejrzeć, inaczej nie da mi spokoju. Oglądaliście kiedyś jakikolwiek niemy film? Mi się zdarzyło, dobrze pamiętam „Nieme kino”, które było urocze. Tego typu produkcje mają swój urok. Strasznie chciałabym obejrzeć coś z Polą Negri, chcę się przekonać na własne oczy, że było w niej coś tak zajebistego, że zachwyciło Hitlera.
2. „Hugo i jego wynalazek” – nie ciągnie mnie do tego typu kina jakoś. Poczekam, aż ktoś ze znajomych obejrzy i poleci, wtedy może się skuszę.
3. „Żelazna dama” – wreszcie Meryl Streep dostała Oscara!!! Słuchajcie, kibicuję jej od kilku lat (zwłaszcza od momentu, kiedy była nominowana za „Diabeł ubiera się u Prady”, ekstra film, polecam) i w końcu ktoś ją docenił. Ja wiem, że już kilka Oscarów ma na swoim koncie, ale aktora trzeba doceniać. Zwłaszcza, jak się rozwija i potrafi zagrać coraz to nowe postaci, a tak ma właśnie Meryl Streep. Muszę obejrzeć „Żelazną Damę”, pozachwycam się tytułową rolą 🙂
4. „Służące” – chcę obejrzeć ten film i zrobię wszystko, by to uczynić. Nie tylko ze względu na Oscara, po prostu zobaczyłam kiedyś trailer i się zachwyciłam („to na pewno będzie świetne!!!”).
Tak teraz na szybko wymyśliłam też, że fajnie byłoby się zapoznać z „O północy w Paryżu” i z „Rozstaniem”, które podbiło serca członków Akademii. Chciałabym zobaczyć, co w tym filmie siedzi, że pokonał dzieło Hollandowej. ^^’
To tyle, zmykam na uczelnię!
Wasza zabiegana
Cath

Reklamy

Wspomnienia z gimbazy cz. ostatnia – dzień powszedni

Na początek zejdę z tematu i powiem, że Theraflu jest obrzydliwe. Krzywiłam się w trakcie spożywania. Czemu spożywałam? Ech, obudziłam się z bólem gardła i cały dzień jakaś taka dziwna chodzę. Może to skutki zawiania po wczorajszym wfie… Nie wiem, trudno, piszmy o czymś wesołym.
Przed Wami ostatnia notka o wspomnieniach z gimbazy _^_
Przedstawię Wam totalnie wymyślony dzień powszedni – wiadomo, po tylu latach nie pamięta się planu zajęć. Ale to, co znajdziecie poniżej, jest wielce prawdopodobne. Załóżmy, że było siedem lekcji.
1. WF – zawsze musiał znaleźć się taki dzień w planie, że rano był WF. Albo dwa. Oczywiście, chciało nam się ćwiczyć, jak jasny pierun. Sali gimnastycznej wtedy moja szkoła nie posiadała (obecnie się buduje), więc musieliśmy zapierdzielać do ledwo stojącej sali przy byłej SP nr 1, gdzie obecnie mieści się biblioteka. W szkole, bo salę zburzono i wszelkie niewygody, wybite okna i dziwny zapach pozostały jedynie w naszej, byłych uczniów, pamięci. WFy nie są tragiczne, ale te z rana były. Oczywiście, Mel się wycwaniła i miała zwolnienie, my z D~Bogną musiałyśmy się męczyć i spocone docierać na pozostałe lekcje.
2. Geografia (zwykle po wfach był jakiś z dupy wzięty przedmiot) – odsypiało się wf, nie uważało, dogorywało i robiło wiele innych, typowych dla uczniów rzeczy. Nie daj Boże mieć wtedy sprawdzian.
3. Matma – odpoczęło się na drugiej lekcji, czas na porządny wysiłek umysłowy! Na matmie uprawiało się korespondencję karteczkową z dziewczynami, tłukło zadania na kilogramy, nadrabiało sprawy klasowe (w końcu przedmiot w wychowawczynią), przy okazji podlewałam i ratowałam od niechybnej śmierci roślinność klasową. Nudziło mi się, wiem. 😛
4. Język obcy – najbardziej mnie wkurzało, że ja miałam francuski, a dziewczyny angielski. Byłyśmy osobno. One na lekcjach potrafiły z braku laku filmy oglądać z drugą grupą, a ja tłukłam zadania na czas przeszły, nabijałam się z madame G. z sali obok i za wszelką cenę usiłowałam mówić po polsku na lekcjach. Towarzystwo, w którym się znajdowałam, do wybitnych nie należało, ALE na tych lekcjach czułyśmy się jak spójna całość i mimo, iż dzieliło nas wiele, świetnie się bawiłam.
5. Język polski – noooo, wreszcie coś dla ludzi! Po całej klasie było widać, że mogą na tych lekcjach odpocząć. Nie uprawiało się już korespondencji, wiecie, dlaczego. Ale uczestniczenie w tych zajęciach było wytchnieniem. Dyskusje, odrabianie innych lekcji pod ławkami, wymyślanie głupot…
6. Sztuka – tu już było ciut gorzej, jeśli ktoś nie był przygotowany – zaczynało się sępienie kartek A3, bo na takich żeśmy pracowali. Albo przepisywało się długieeeeee teksty, robiło tabelki i pisało wszystko o historii sztuki, co się dało. Dziś nie pamiętam nic, więcej wyniosłam ze studiów (z przedmiotu o wdzięcznej nazwie WOSZCZ). Fizycznie nie byłam zmęczona, ale psychicznie już tak.
I na koniec…
7. Religia – teraz ja się śmiałam z Agi, bo mogłam pomachać zwolnieniem od rodzica i pójść do domu czytać jakieś bezeceństwa. _^_ Ale zdarzało mi się zostać. Wtedy byłam świadkiem dyskusji o dupie Maryni albo tego, że ktoś u księdza S. rzucał papierkami.
Tyle. Podoba się? To były wesołe czasy.
Wasza przeziębiona
Cath
P.S. Gatitku, Agnes, listy dotarły jeden po drugim, postaram się szybko odpisać, ale nie wiem, co mi z tego wyjdzie, mam strasznie dużo do zrobienia i nie wiem, w co ręce włożyć.
C.R.

Wspomnienia z gimbazy cz.3 – nauczyciele

Wstęp króciutki – nauczyciele w moim gimnazjum stanowili świetną i niepowtarzalną grupę. Sami z siebie. A to, że z dziewczynami bądź całą klasą dorabialiśmy różne teorie, przywary i tym podobne rzeczy, to już inna historia… Jedziemy! A, nie podzielę tego, także spodziewajcie się długiej listy. Ponumerowałam przedmioty, także można przeskakiwać. 😛
*będzie bez nazwisk, ponieważ mogę zostać podana do sądu bądź znowu ktoś mi bloga zablokuje, a tego nie chcemy :P*
1. Matematyka – kochana nasza wychowawczyni, pani M. (zwana przeze mnie do tej pory „M.” – mówię o kimś po imieniu wtedy, kiedy mam do tej osoby wielki szacunek): nasza klasa co i rusz doprowadzała ją do szewskiej pasji (ale i tak po skończeniu szkoły nam opowiadała, że z następną klasą się bardziej użerała, musiała nawet na policję chodzić w ich sprawie.). Kobieta, przed którą rozstępowały się tłumy, zwłaszcza, gdy była w ciąży z pierwszym dzieckiem. Kroczyła dostojnie przez korytarz, było ją słychać z daleka (bo albo stukała obcasami, albo się na kogoś wydzierała).
Moje doświadczenia z M. sięgają piątej klasy podstawówki (wtedy się przeniosłam do innej podstawówki i trafiłam pod jej opiekuńcze skrzydła). Do gimnazjum przeniesiono w prawie kompletnym składzie całą klasę integracyjną wraz z wychowawczyniami (o drugiej pani za chwilę). Pod koniec trzeciej klasy zrozumiałam, że to, że się na nas darła, to było z miłości i byliśmy dla niej po trochu jak własne dzieci, których się doczekała trójki.
Anegdoty: nim wyszła za mąż (czasy mojej podstawówki) mówiła nam, że wchodzi w okres bycia wiedźmą i będzie się nad nami znęcała. Tępiła nas za bluzgi, za podskakiwanie nauczycielom, podskakiwanie innym w ogóle, potrafiła się na nas wściec kilka razy w ciągu jednej matmy, ale mimo tego lekcje u niej były naprawdę przyjemne i uważam, że lepszej wychowawczyni mieć nie mogłam (pozdrawiam panią M., którą mam w znajomych na Facebooku ^^’). Piękne podczas lekcji było to, że chodziła po sali i nas czymś częstowała (zdarzało się rzadko, ale jednak!). W naszej obronie potrafiła zrobić wiele i nie znam nikogo, kto by na nią narzekał.
2. Pedagog wspomagający – musiałam dla pani A. stworzyć oddzielną kategorię, by nikt jej nie posądził o uczenie matmy. Do mojej szkoły (i klasy zarazem) trafiła w tym samym roku, w którym ja się tam objawiłam. Tak btw. uważam, że samo istnienie czegoś takiego jak pedagog wspomagający to błogosławieństwo i bardzo mi tego brakowało w liceum. Pani A. (którą szanowałam tak samo, jak M., ale nigdy przez ten wtedy jeszcze nieżydowski mózg nie przeszło, by mówić o niej per „A.”, to nie ten typ osoby) była dla nas jak kolejna matka – pomagała, wspierała, potrafiła się wydrzeć (nie tak zjawiskowo, jak M., ale też) i naprawdę żałuję, że jej nie widziałam od kilku lat (a próbowałam! Pojawiałam się w szkole i nic! Wiecznie jej nie ma.)
Anegdoty: na matmie wiecznie plotkowała z M. Kiedy robiło się wśród nas za głośno, M. się odzywała i mówiła, że ma być cisza, bo chcą sobie w spokoju pogadać. I była cisza.
3. Język polski – pani E., mama lokalnej „cnotliwej niewiasty”, czyli D~Bogny (hahahaha, robię obciach i przypaaaaał xD). Kobieta, o której lekcje były naprawdę sympatyczne i w miarę luźne, ale jak ktoś podskoczył, to nie daj Boże znaleźć się w jej zasięgu, piorunowała wzrokiem i była tak zawiedziona, że aż się szkoda robiło. Potrafiła też się zezłościć, o czym sama się kilka razy przekonałam. Doceniała jednak oryginalność uczniowską (np. nie wywaliła mnie z sali za to, że całą lekcję siedziałam raz na ławce. Anarchia i tyle), ale tępiła moją i Agi twórczość karteczkową. Kiedyś postanowiłyśmy zrobić jej trochę na złość i pisałyśmy karteczkę na polskim, która była jednocześnie listem do niej – czekałyśmy, aż nas na tym przyłapie, pisałyśmy wręcz chamsko widocznie, szeleściłyśmy, nic. W końcu wsadziłyśmy tę kartkę w pożyczoną od niej książkę tak, by wystawała i odniosłyśmy triumfalnie. Efekt? Postawiona piątka dla mnie i Mel za umiejętność pisania listów. Nie o to chodziło, ale satysfakcja jest. xD Fajnie też wspominam klasowe dziady, gdzie paliło się świeczkę otoczoną liśćmi, były odczytywane „Dziady” wiadomego autorstwa, było klimatycznie i naprawdę ciekawie.
4. Język francuski – chodziło się do różnych grup językowych, mi przypadła grupa tzw. gorsza u madame Sz., ale pamiętajcie, że „gorsza” nie znaczyło właśnie „gorsza”, tylko mniej zaawansowana, a potem ta szczęśliwsza. Było nas kilka dziewczyn, jedna madame i gnieździłyśmy się w kantorku za salą od francuskiego, gdzie urzędowała inna romanistka, pani G.; otóż, nasze zajęcia często polegały na tym, że podsłuchiwałyśmy, co się dzieje w sali obok (a działo się wiele) i krztusiłyśmy się ze śmiechu, słysząc, co pani G. tam wygaduje i wyprawia. Madame była w porządku, wiecznie się ubierała na czarno i szaro i jak przyszła w czerwonym swetrze, to oczu od niej oderwać nie mogłam (bo to takie dziwne było). Najlepiej pamiętam z jej zajęć to, że się śmiała razem z nami z pani G. i bez przerwy wałkowaliśmy czas przeszły dokonany, co sprawiło, że na lektoracie na studiach nie miałam z tym czasem problemów, ale z każdym innym już tak. xD
5. Geografia – uuu, pan K., u którego cała Inteligencja stwierdziła niechybną obecność Voldemorta na szyi. Czemu? Bo swego czasu bez przerwy chodził w golfach. Dodajmy, że był łysy. xD Lekcje były fajne, chociaż geografia nigdy moją mocną stroną nie była.
6. Biologia – pani Z., z którą moja klasa co i rusz miała na pieńku, a ja ją znałam z poprzedniej podstawówki (bo się przeniosła niedługo po mnie) i wiedziałam, że tej pani podskakiwać nie wolno. Niska, po przejściach, bardzo surowa i wymagająca, co i rusz się na kogoś złościła i potem cała klasa chodziła wściekła. Wszyscy śmiali się z jej męskiego nazwiska (wyobraźcie sobie wszystkie męskie imiona na literę Z i pomyślcie, co ta biedna kobieta musiała przechodzić xD), co i rusz komuś od nas groziła poprawka, ale w końcu do siebie przywykliśmy. Najbardziej ją irytował Krysia, nasz kolega, który miał często problemy ze zrozumieniem nauczyciela i tylko ze względu na niego nie dyktowała nam notatek, a pisała je na tablicy (albo ktoś za nią), co kończyło się tekstem „Proszę pani, a co tu jest napisaneeeee?” – doprowadzało ją to do białej gorączki, bo cierpliwość nie była jej mocną stroną.
7. Historia i WOS – pani S., którą co i rusz widuję i się jej zawsze kłaniam. Kobieta o niezwykłej wiedzy, osobowości i roztrzepaniu. Na jej lekcjach robiło się wszystko, tylko nie uczyło – ja na zmianę pisałam karteczki i spałam. Często opowiadała nam przygody ze swojego życia. Klasową nudę urozmaicał wyżej wymieniony Krysia, który u niej pozwalał sobie na dosłownie wszystko – wywalanie kolegi z ławki, ściąganie z podręcznika na klasówce (żeby jeszcze umiał z niego korzystać xD), przesuwanie ławki, wrzaski, etc. A ona tylko siedziała i się głośno śmiała. Też przerabiała klasę integracyjną, znała ten ból xD
8. Chemia – pani S., kobieta ze świętą cierpliwością, która nas częstowała alkoholem na zajęciach. Kiedyś były lekcje o alkoholach i powiedziała, że jest jeden, którym może nas poczęstować (i jej za to nie wywalą z pracy). Chętni, czyli kilku chłopaków i ja, zostali uraczeni… gliceryną. xD Też alkohol! Powiedziała nam o tym po fakcie i żeśmy się zdziwili. Lekcje wspominam miło, to były czasy, kiedy rozumiałam chemię. _^_ Pamiętam też palenie magnezu, daje takie ładne światło…
9. Sztuka – pani Z., która chciała w nas zaszczepić zainteresowanie sztuką i rzeczami plastycznymi, ale średnio to jej wychodziło (nasza klasa się rwała za to do śpiewania). Lekcje u niej kończyły się różnie, było sporo śmiechu przy prezentacjach, ogólnie nie było źle.
10. Fizyka – haha xD Do tej pory się z tego śmieję. W pierwszej klasie uczył nas pan B., zwany przez nas Mario Brosem (skojarzenie z nazwiskiem i wyglądem – dorabialiśmy teorię, że inny fizyk od nas ze szkoły to Luigi). Świetny jako nauczyciel akademicki, w gimnazjum się nie sprawdzał. Ściągałam u niego na klasówkach z podręcznika, który leżał na podłodze. Nie wiem, jakim cudem tego nie zauważył. Później uczył nas techniki, gdzie robiło się wszystko i nic, a ja dzielnie sortowałam w kartonach na zapleczu nasze dzieła i dzieua. Wszyscy się ze mnie nabijali, że zostanę kochanką B., a ja to miałam gdzieś, bo nie mogłam patrzeć na ten bajzel na zapleczu. 😛 Potem, wskutek naszych strasznych protestów („On nie potrafi uczyć i się nad nami znęcaaaaa!!!”) przyszła do nas na zastępstwo późniejsza moja pani profesor w liceum, pani Ł., która wyglądała na starą babę, była dość stara, ale miała taki język i sposób mówienia, że laliśmy po nogach ze śmiechu. Od niej usłyszałam po raz pierwszy Prawo Łoma – Nigdy w nocy nie wychodź na Wołomin bez łoma. Najlepsze jest to, że znałam przypadki osób, które z łomem chodziły, ale to na inną okazję. xD Co było jeszcze na fizyce? Kurde, najlepszą anegdotę pamiętam niestety z liceum, kiedy dyżurowałam niedaleko sali fizycznej i słyszałam, jak pani profesor wykłada o wahadle: „Widzicie, to jest wahadło, ciężarek, zawieszony na nieważkiej nici. Ale równie dobrze możecie zawiesić na nici stary kapeć i to też będzie wahadło”. Tego typu teksty latały na fizyce. xD
11. Religia – co roku ktoś inny. Z racji bycia jedyną zadeklarowaną ateistką w szkole chodziłam na ten przedmiot jedynie w pierwszej klasie (a co, dla jaj), kiedy uczył pan H. – człowiek z twarzą jak u Leona Zawodowca, przerażający na pierwszy rzut oka, a tak naprawdę łagodny jak baranek. Lekcje u niego były luzackie, ciekawie prowadził zajęcia, a my się nad nim rozczulałyśmy, bo była taki biedny i w ogóle (a jakiś czas potem jego żona była w ciąży, to była istna plaga wtedy w szkole, co trzecia nauczycielka spodziewała się dziecka i się śmiałyśmy, że pan H. też zaciężył xD). Potem była pani Sz., do której nie chodziłam i nie wiem, co się na lekcjach działo. Za to w trzeciej klasie był ksiądz S., który był najbardziej zakręconym księdzem, jakiego wtedy widziałam – jeździł na motorze powypadkowym, grał na flecie poprzecznym (na lekcjach też mu się zdarzało) i miał Rękę Sprawiedliwości, tj. listwę. xD I łaził z tą listwą po klasie i nią groził przy okazji. Skąd wiem? Często mi zamykano bibliotekę i nie miałam gdzie się podziać, więc chodziłam, a ksiądz się cieszył, bo miał większe audytorium. Anegdot o nim krąży wiele, ale najbardziej epicka to ta, kiedy klasa równoległa (ogólna) po religii nie chciała iść na fizykę. Co zrobili panowie? Kiedy ksiądz pisał coś na tablicy, podpieprzyli klucz z biurka, zamknęli szybko drzwi, a klucz za szafę. S. się zdziwił, ale najbardziej się zdziwiła babka od fizyki i dyrektorka xD A my staliśmy nieopodal sali (bo plan mieliśmy z ogólną taki, że wpierw oni mieli religię, a my fizykę, a potem odwrotnie) i rżeliśmy ze śmiechu. Nie pamiętam, jak w końcu otworzono drzwi, ale sama sytuacja była niezapomnianym przeżyciem.
12. Informatyka – panowie grali w jakieś strzelanki, a dziewczyny na zmianę chatowały i przeglądały pierdółki. Inteligencja wypatrywała mangowych nowości, blogowała i czytała komiksy internetowe.
13. WF – nauczyciele się często zmieniali, ale najlepsza para to był pan St. i Strz. – pierwszy to były piłkarz Polonii, drugi syn rusycystki od nas ze szkoły. Pierwszy fajny, ciepły i kochany, drugi strasznie wredny i nikt go nie lubił. Była z nimi masa śmiesznych sytuacji, najlepiej pamiętam jednak swoją straszną gafę, kiedy nic nie robiłyśmy z dziewczynami na zajęciach i ja coś zaczęłam mówić o pedałach. Któraś z dziewczyn się zapytała, jak się pedał zachowuje, a ja założyłam nóżkę na nóżkę, rączki na kolanka i coś się wydurniałam… Okazało się, że genialnie sparodiowałam Strz., który siedział niedaleko i był strasznie wścieknięty. _^_
Tyle anegdot. Mam nadzieję, że się podobało 🙂 Jeśli ktoś mi o czymś jeszcze opowie, to wspomnę w następnej notce. A teraz lecę ogarniać pokój.
Wasza zarobiona
Cathryn

Antywalentynki, „Lśnienie” i zapieprz plus trochę Mojej Siostry.

Łomatko, padam na ryj.
Tymi słowami mogę spokojnie podsumować ostatnie trzy dni.
Jezu.
Wstaję rano (dobrze, że nie o szóstej, dopiero bym narzekała), jadę na uczelnię, siedzę ileś godzin, próbuję się dostać do domu, jest wieczór, posiedzę chwilę przed kompem i spać.
Przez ferie odpoczęłam, odespałam, a teraz? Ojej xD Wiem, Wy pewnie macie o wiele gorzej (bądź nadal macie ferie). Spróbujcie mnie zrozumieć – wpadłam w wir zajęć, dojazdów, zimy, która znowu zaskoczyła wszystkich… Pół tygodnia minęło, jak z bicza strzelił.
Nawet nie miałam kiedy obejrzeć filmu antywalentynkowego, bo czytałam teksty na kulturę popularną (na której i tak dziś przysypiałam).
Pytacie zapewne :P, o co chodzi z filmem. Otóż: w tamtym roku Walentynki spędziłam, łażąc z dziewczynami po mieście i potem oglądając w domu najbardziej antywalentynkowy film, jaki miałam na dysku – „Małego Otika” („Otesánka”). Oj, to był trafny wybór, doceniłam dobry, czeski film, który jednocześnie małe dzieci i niektórych wrażliwych dorosłych może przyprawić o nerwicę. ^^ I tak oto narodziła się nowa, świecka tradycja olewania tego święta i oglądania dziwnych filmów.
W tym roku przyszedł czas na „Lśnienie”, ale jak na razie obejrzałam 40 minut, bo co i rusz mi coś przerywa. A teraz muszę sobie zrobić przerwę, bo mam wielką ochotę w coś zagrać, a obiecałam sobie robić coś pożytecznego. Jak na razie film mi się podoba – książkę czytałam na pierwszym roku, tachałam ze sobą na uczelnię to opasłe tomiszcze i nie mogłam się oderwać od lektury. Zobaczymy, czy film polubię, zdam Wam relację.
***
Wychodzi na to, że w tym semestrze będę miała sporo do roboty na slawistyce – Boziu, a ja chciałam iść na drugi kierunek. Ledwo się wyrabiam z jednym (by jeszcze móc się wyspać, coś porobić, poczytać, żyć), a co dopiero mieć dwa xD Najbardziej jestem ciekawa seminarium licencjackiego, które prowadzi nam najbardziej zdyscyplinowany i wymagający człowiek, jakiego ISZIP chyba widział. _^_ Pokłady mojej miłości są niezmierzone. 🙂 Będzie wesoło.
A co do samej miłości – tak się złożyło, że Moja Siostra i Mój Boski Szwagier mają dzisiaj pierwszą rocznicę. Wtedy, kiedy ja z Kubą… Ale, ale, miało nie być o związkach. Możemy więc jedynie im się pokłonić i pogratulować. Życzmy im, by Piotrek nie zwariował, a Olka nadal wygłaszała epickie teksty, bym mogła je publikować.
Wasza zaczytana w „Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie” i przewyższająca czyjeś szaleństwo
Cath
P.S. Do wspomnień z gimbazy wrócę w następnej notce 🙂
C.R.

Wspomnienia z gimbazy cz.2 – teksty i odzywki

Nim przejdziemy do właściwego tekstu, jedno słówko od prowadzącego:
Moje życie gimnazjalne było nijakie?
Moi drodzy, w innych gimnazjach wyrzucano przez okno np. monitory (te takie stare, wiecie, musiało nieźle grzmotnąć przy spotkaniu z ziemią), plecaki, zeszyty i inne tego typu pierdoły. A u nas wyrzucano ludzi.
I to nie jest żart – pod koniec pierwszej klasy całą szkołą wstrząsnął fakt, że jedna trzecioklasistka wypadła z okna na drugim piętrze. Przeżyła, spadła na daszek nad wejściem do pomieszczenia gospodarczego i to zamortyzowało upadek. Przebiła się przez ten gruby plastik, spadła i miała jeszcze tyle siły, by się doczłapać do wejścia i dopiero tam zemdlała. Podobno miała uszkodzone kilka kręgów, rehabilitacja trwała dość długo i nie wiem, co się dalej z nią stało.
Oczywiście, konsekwencje poniosła cała szkoła – wypadek miał miejsce podczas lekcji, uczniowie łazili po korytarzach i wpadli na durny pomysł wyglądania przez okno (na zasadzie, że ktoś prawie zwisa, a koledzy go trzymają za nogi), w związku z czym jakiekolwiek wychodzenie z sali w czasie lekcji było zabronione, chyba, że kreda się skończyła bądź trzeba było namoczyć gąbkę. Wtedy nauczyciel stawał w drzwiach i pilnował, czy uczeń wraca. A wiecie, co spotkało dziewczyny, które były odpowiedzialne za wypadek? Nie mogły przystąpić do bierzmowania i miały obniżone sprawowanie. Kiedy o tym usłyszałam, powiedziałam: „Że kurwa co?!”, to nie była zresztą tylko moja reakcja. I tak potem o nas mówiono, że u nas ludzie latają przez okno.
Przejdźmy do odzywek xD
Z perspektywy czasu trudno mi przypomnieć sobie, czym raczyli się moi koledzy z klasy, dlatego wspomnę o tym, czym raczyła się Inteligencja.
Wykorzystywałyśmy dzielnie nasz zasób słownictwa, pozyskany na zajęciach z polskiego i języków obcych. Moim sztandarowym tekstem było „Je ne veux pas mourir”, tzn. „nie chcę umierać” – powtarzałam to dość często, kiedy miała być klasówka, kartkówka bądź inne badziewie. Dziewczynom się trochę moje szwargotanie po francusku udzieliło, wiedziały, co to znaczy „Je ne sais pas” („nie wiem”), trochę mnie poduczały angielskiego…
Nałogowo śpiewałyśmy na korytarzach. W podręczniku do angielskiego na końcu były piosenki, typu „Mamma mia” i „We are the Champions”, które na stałe zagościły w naszym repertuarze i używałyśmy też co poniektórych tekstów do wyrażania swoich myśli.
Nasza fascynacja mangą i anime, która w przypadku moim i Doroty dopiero raczkowała, zaowocowała masą słówek. Tak oto pisałyśmy do siebie na karteczkach (to dopiero był fenomen, można je zebrać i wydać jako książkę xD) słówka typu „chi!”, „Ohayo!”, „kawaii” etc. Pełniły one (podobnie jak nieśmiertelne „ni!”, które powinno się momentalnie skojarzyć tym, którzy oglądali „Monty Python i święty Graal”) funkcję fatyczną, czyli podtrzymywały lub ożywiały kontakt z rozmówcą. To moja ulubiona funkcja języka, ale cóż ^^’ Czerpałyśmy też z książek – już nie pamiętam, w czyim umyśle zrodził się czasownik „louisować”, czyli być emo i marudzić (wzięte od imienia głównego bohatera „Wywiadu z wampirem”, który emo był, ale o tym nie wiedział). W moim przypadku funkcję fatyczną także pełnił zwrot „Ja chcę do Kuby!”, który jest trwalszy niż pomnik ze spiżu i chyba go do końca życia nie zapomnimy z dziewczynami.
Były jeszcze teksty typu „Gites-wyczes-Hellsing”, które oznaczało coś naprawdę zajebistego (a Hellsing jest zajebisty i basta xD), wzięte z „Trzynastego posterunku” słowa „Jesteś subtelny jak rewolucja październikowa”… Plus moje „Bozia go pokarała”, mimo, iż byłam zadeklarowaną i jedyną u nas w klasie ateistką (Dorota potem przerobiła ten tekst na „Spotkała go kara Boska” i mi go bezczelnie przypisywała, o co się żarłyśmy długo xD).
Co do ateizmu, to Aga miała genialny pomysł na moje epitafium – „Byłaś ateistką, ale Bóg i tak cię kochał”. Powtarzała to przy każdej możliwej okazji.
To teraz o ksywkach. Nasze wymyśliłyśmy same, wyjątek to Dorota, której ksywkę D~Bogna wymyśliłam ja na potrzeby komiksu-parodii pt. „Vampire Princess Śmiyu” (na motywach pewnej mangi). Dziwnym mi się wydawało, że Dorota nie ma żadnego pseudonimu, a był mi takowy pilnie potrzebny do nowego odcinka Śmiyu, więc się narodziła D~Bogna. Aga to Melanie, ja Cathryn. To, jak nas nazywali wszyscy wokół, to inna sprawa – osobiście przerobiłam masę przezwisk, zaczynając od Sekretarki, skończywszy na Encyklopedii. Aga, z racji nazwiska, została ochrzczona Mielonką, ale tępiłyśmy to regularnie. Doroty wszyscy się bali z racji profesji jej mamy, która nas uczyła polskiego. ^^’ Zaś przezwiska w całej klasie… Niezrozumiały jest dla mnie fenomen naszego kolegi, którego wdzięczna ksywka Winniczek przerodziła się w Spawacza. Nikt nie wie, skąd się to wzięło, ale wszyscy się śmieją i tak. Był też Klusek-Makaroniarz, Stolarz, Krzemień, ksywki składające się z nazwisk… Damskie przezwiska natomiast chwilami wyróżniały się oryginalnością, a chwilami nawiązywały do ich wyglądu czy nazwiska – Czarna, Ruda, Natkiesz (pozdrawiam Natkiesza ^^), Pączek vel Pudel (pozdrawiam xD), Kopara, Szydło…
I to na tyle. Następnym razem będzie o nauczycielach, a kolejna notka (ostatnia, byście się nie znudzili :P) o dniu powszednim i o tym, co się wyprawiało na poszczególnych lekcjach.
Wasza
Cath

Wspomnienia z gimbazy cz.1 – wprowadzenie

Podczas sprzątania swojej gawry (in. Wielkiego Pierdolnika) nagle mnie oświeciło – już dawno nie pogrążyłam Agi żadną notką na blogu. Trzeba to zmienić! xD
A na serio – podczas sprzątania wpadłam na pomysł, by trochę powspominać. Przypomniała mi się notka o zazdrości, zobaczyłam, że fajnie jest poruszać tematy okołogimnazjalne, więc przyszedł czas na coś takiego. Wpierw wprowadzenie, czyli struktura, w której się żyło i różne pierdółki z tym związane.
***
Jak większość z Was wie z autopsji, gimnazjum to dzieło Szatana. Powtarzam to od momentu, kiedy przekroczyłam progi swojej szkoły (która, tak na marginesie, nie była wyjątkowo tragiczna – po jej skończeniu usłyszałam o takich przypadkach, że słabo mi się zrobiło). Trzy lata gimnazjum wspominam mimo wszystko przyjemnie, opłacało się chodzić do klasy integracyjnej. Małe ilości chamstwa, dużo śmiechu, niezła integracja (o to też chodziło), aż się łezka w oku kręci.
Na początku rzeczy typowe dla ówczesnej klasy I („i”) – nasza klasa składała się z przewagi męskiej, która się dzieliła na trójki, czwórki, zależało od nastroju i innych czynników. Dziewczyny zaś to były trzy grupki – Grupa Trzymająca Władzę, czyli gospodyni, zastępca, sekretarz i ogólnie te, które trzymały nas w kupie i pilnowały porządku organizacyjnego; wolne strzelce i na końcu my – Inteligencja klasowa. Nie, nie są to czcze przechwałki, nie my wymyśliłyśmy tę nazwę. My, tzn. Aga, Dorota (która dołączyła do nas w drugiej klasie, ale wcześniej chodziła do równoległej, w związku z czym trzymała się z nami od początku) i ja. Z tą Inteligencją było tak, że my trzy stanowiłyśmy trzon, a co i rusz ktoś się do nas dosiadał, bo miał coś mądrego bądź niemądrego do powiedzenia – i tak to się jakoś kręciło. Ładnie to wczoraj podczas babskiego posiedzenia ktoś ujął, że był podział na szlachtę, mieszczaństwo i inteligencję xD Panowie chwilami byli za mało hardcore’owi na szlachtę, ale niech już będzie.
Uważam, że byliśmy najbardziej zgraną klasą na roczniku – jak trzeba było coś załatwić, to GTW trzymały nas za mordy i nie było problemów. U nas też nie było wyjątkowego chamstwa czy znęcania się nad kimkolwiek (owszem, zdarzały się durne przypadki, ale wtedy zazwyczaj spora część klasy wkraczała do akcji, lała po w/w mordzie i był spokój).
Jak wszystko wyglądało z perspektywy GTW, nie mam pojęcia. Opowiem Wam więc o tym, co się działo w środowisku Inteligencji.
Miałyśmy dwie ulubione miejscówki na korytarzu, to był tzw. Kącik – kąt między windą a drzwiami od łącznika z podstawówką. Na drugim piętrze było fajnie, bo te drzwi były bez przerwy zamknięte, a na pierwszym był w łączniku sekretariat i co i rusz któryś nauczyciel tamtędy przechodził i nam przeszkadzał. Zazwyczaj cierpiała na tym Dorota, bo siedziała przy drzwiach. Ta, która zajęła sam kąt, była najszczęśliwsza (zwykle mi się to trafiało xD). Zajmowanie tak znaczącego pod względem strategicznym miejsca było naprawdę dobrym pomysłem, ponieważ miałyśmy dobry widok na sporą część korytarza i można było tam spisywać prace domowe (a poza tym wszyscy wiedzieli, gdzie można nas znaleźć). To było miejsce kulturalnego dialogu – się tam czytało, pisało, wymieniało różnymi rzeczami i nowinkami, jadło, piło, gadało, full wypas. Czasem podchodzili do nas nauczyciele i patrzyli, co młodzież czyta (a młodzież czytała np. książki Piekary, niekoniecznie przeznaczone dla młodzieży w tym wieku ^^’).
Inteligencja, jak to zresztą bywa w świecie, często brała udział w różnych wydarzeniach – my z Dorotą na przykład występowałyśmy w przedstawieniach, konkursach, Dorota bardzo dużo rysowała, ja pisałam (to były czasy, kiedy nie miałam komputera i byłam o wiele bardziej aktywna pod tym względem), a Aga nas dzielnie wspierała, pomagała, też coś wymyślała – sporo tego było. Ogólnie rzecz biorąc, na nas można było liczyć, zwłaszcza, że udzielałyśmy się w różnych grupach (nie chodziliśmy na zajęcia z języka obcego klasami, ale grupami – dziewczyny miała rozszerzony angielski, ja francuski).
Chłonęłyśmy nowinki, raz na jakiś czas organizowałyśmy wyprawy na Wołomin (do biblioteki, po znaczki, po coś tam), łaziłyśmy po sklepach, wiedziałyśmy, gdzie można coś fajnego i taniego kupić – potrafiłyśmy doradzać w różnych kwestiach. W związkowych niekoniecznie, ale potem i w tym się zaczęłyśmy specjalizować 😉
To na tyle. Następnym razem będzie o tekstach i odzywkach – postaram się szybko zasięgnąć języka i uzbierać sporo materiału.
Wasza marznąca wraz z papugą
Cath
P.S. Ziiiiiiiimnooooo.
C.R.

Ferie.

Uff, nareszcie.
Bałam się, że te ferie będą naznaczone nadchodzącą poprawką – wpierw z francuskiego, potem z czeskiego, a na końcu ze zwyczajów. Skończyło się szczęśliwie, poprawek nie ma, a ja mam przed sobą 1,5 tygodnia wolnego.
I co zrobić z tym czasem?
Ludzie, wychodzi na to, że nie mam czasu na nudę.
Jestem paskudna, potworna, zamkną mnie w więzieniu, w skrócie – nadrabiam anime. xD Słabo idzie, ciągle coś innego robię, ale efekty już widać (wieczorne oglądanie z Kendeyem anime, gdy każde jest u siebie w domu, to całkiem fajne zajęcie). Odkryłam (i było to zaiste odkrywcze, skoro pół Internetu się tym jara) Kimi ni Todoke: polecam, można się obśmiać.
Moim wielkim planem jest przeczytać kilka książek – na razie stanęło na wypożyczeniu czterech z biblioteki i przeczytaniu „Butelek zwrotnych”. Książka to zbeletryzowany scenariusz, także wszyscy mogą to czytać (ja np. wpierw obejrzałam film i książka mi się bardzo podobała). Następna w kolejce – trylogia „Wesela w domu” Hrabala. A co, trzeba się kiedyś do niego przyzwyczaić (mimo, iż przeczytałam „Obsługiwałem angielskiego króla”, i tak czuję niesmak po „Schizofrenicznej ewangelii” i muszę coś z tym zrobić).
Przez nerwy sesyjne znowu wpadłam w zgubne sidła nałogu – gram na fejsie. W Pioneer Trail ><" Wstyd się przyznać. Zamiast trzaskać książkę za książką albo anime za anime, jak sieję, zbieram i hoduję. Masakra; nigdy nie zaczynajcie grać, bo potem ciężko się od tego uwolnić.
Zimnooooo. Wyszłam na dwór, pobawiłam się chwilę z psami i myślałam, że mi cała twarz odpadnie. Uzi z Lulkiem wychodzą teraz na chwilkę, potem wracają. Na brak zwierzęcego towarzystwa nie narzekam, zwłaszcza, że Heniek się już zadomowił na dobre u mnie w pokoju i mnie co rano budzi. Wrzaskiem. Bym wstała, bo się ptaszyna słodka i żółta nudzi. Uwielbiam go po prostu, zwłaszcza w takich chwilach (czyli co rano). Jak dobrze, że mrozy przypadły akurat na ferie – przetransportuję swoje żydowskie cztery litery do którejś z dziewczyn i nie zdążę sobie nic odmrozić. Więcej mi nie trzeba.
No, w sumie to bym jeszcze chciała kogoś do pogadania, bo ile można stukać zmarzniętymi palcami w klawisze albo przemawiać po czesku do papugi.
Wasza chuchająca w łapki
Cath
P.S. W ogóle chciałabym wszystkim bardzo serdecznie i gorąco (zwłaszcza gorąco xD) podziękować za życzenia urodzinowe. Siem zestarzałam. Oczko! Ja pierdzielę, pamiętam, jak chodziłam do gimnazjum… A, na takie zwierzenia przyjdzie jeszcze czas, o ile zechcecie. 🙂 Jeszcze raz dzięki!
P.S.2 Agnes, odpiszę w te ferie!!! Obiecuję! Gatitku, dziękuję za kartkę urodzinową 🙂
P.S.3. A jak będziecie chcieli, to następnym razem napiszę (z perspektywy czasu), jak można w czasie sesji robić wszystko inne, tylko się nie uczyć… Wszystko w moim bądź innych, bliskich wykonaniu 🙂
C.R.