Dzień pamięci o Holokauście.

Dzisiaj obchodzimy kolejną rocznicę wyzwolenia więźniów z obozu Auschwitz, ten dzień jest nazywany Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Jako lokalny żydołak nie mogę o tym zapomnieć, więc notka musi być.
Coraz więcej osób wie o tym dniu, na swój sposób go obchodzi, ludzie kojarzą, że pod koniec stycznia takie wydarzenie miało miejsce.
Na mnie to robi dodatkowe wrażenie, ponieważ ta data jest blisko moich urodzin (taaa, a 30 stycznia Hitler został kanclerzem Niemiec). Już od jakiegoś czas słyszę o obchodach, o konkursach, co i rusz coś ciekawego znajduję w internecie (dziękuję w tym miejscu tym, którzy prowadzą fanpage Czeskiego Centrum, dzięki Wam dowiedziałam się o konkursie na plakat i miałam okazję zobaczyć coś naprawdę pięknego). Ciekawa jestem, jak to będzie dzisiaj w stolicy. Na nic się, niestety, nie wybieram, nauka mnie uziemiła (chociaż i tak idzie jak krew z nosa… Typowa przypadłość studencka). Trzymam jednak kciuki.

Co do samego obozu – przypomniał mi się rajd po Małopolsce. Przypomniało mi się, że zapłaciłam za niego sama z pieniędzy z wypłaty, pamiętam, ze jak tylko usłyszałam magiczne słowa „Oświęcim i Brzezinka”, to od razu coś we mnie się poruszyło i powiedziałam, ze jadę, bez względu na okoliczności. Tam naprawdę warto pojechać. Nie mówię, że zmuszam wszystkich, że daję kopa na rozpęd i jeszcze opłacam przejazd – nie każdy się nadaje do tego typu wycieczek (np. moja mama, która powiedziała, że się tam nigdy nie wybierze). Ale wiedzcie, warto. Człowiek się sam czegoś o sobie dowie. Co innego jest czytać lub wysłuchiwać, jak o czymś opowiadam (bez względu na to, czy słuchający mają na to ochotę), a co innego na własne oczy zobaczyć powyższą bramę, komory gazowe, baraki, pokój z włosami, walizkami, butami… To zmienia człowieka. Nie każdego, ale jednak. Mnie zmieniło (stałam się żydołakiem, urosły mi pejsy i zatruwam ludziom życie). Jeżeli kiedykolwiek ktoś z Was byłby zainteresowany takim wyjazdem, niech mi powie, zawsze coś doradzę.

Takie to chaotyczne, ale cóż nowego można o tym powiedzieć? Wiem, że jeszcze nieraz będę w tamtych okolicach. Ciągnie mnie strasznie, dacie wiarę?
Człowiek czasami jest cholernie nieświadomy. Idzie sobie ulicami Wołomina i nie wie, że niedaleko np. znajdowała się synagoga, niedaleko rozstrzelano Żydów, niedaleko był cmentarz (chociaż mam to szczęście, że mieszkam bliziutko tego miejsca i wszyscy sąsiedzi wiedzą, co tam jest. Mimo, iż już nic na to nie wskazuje). Idzie sobie banda dresów, popijają piwo, drą się, wydurniają, mają we łbach zakodowane ksenofobiczne hasła, a kiedyś przecież w Wołominie ludność żydowska to było pół miasta, jak nie lepiej. Tu urzędowali chasydzi! Było blisko do radzymińskich chasydów, w Jadowie i Wyszkowie też były gminy i są do tej pory cmentarze! Właśnie, kto się ze mną na wiosnę wybierze do Wyszkowa? xD
Nie każę tym dresom się interesować. Jednak ich niewiedza i bycie półmózgami czasem boli. Bo widzę, że rośnie nowe, nieświadome pokolenie, którym Żydzi będą się jedynie kojarzyć z samymi złymi rzeczami. Ten dzień się świętuje jedynie w większych miastach, a te mniejsze to kiedyś były ogromne i ważne skupiska żydowskie…
Może kiedyś to się zmieni.
Wasza
Cath

Zdjęcia mojego autorstwa.

Reklamy

Co ciekawego jest (wg mnie) w czeskiej kulturze? cz.3

Nim rząd będzie mógł mnie wsadzić do więzienia za notoryczne łamanie praw autorskich (podejrzewam, że jak wstawiam cytat w opis na gg to to też jest łamanie praw), napiszę dla Was notkę, w której wykorzystam zdjęcia bezkarnie znalezione i ściągnięte z wyszukiwarki grafiki Google. Cieszycie się?
No, pogawędziliśmy o najbardziej uwielbianej ustawie, teraz czas na temat właściwy – jedzenie!
Podobnie, jak z muzyką – mało rzeczy jadłam i piłam. Wstyd. _^_ Obiecuję, że jak pojadę do Czech, to będę wpierdzielać knedliki na kilogramy, zapijać Kofolą i przegryzać Studentską. I o wszystkim Wam opowiem. xD
Jednak – jak w przypadku muzyki – coś udało mi się znaleźć, coś spróbować… Także materiał na notkę jest.
DANIE GŁÓWNE
Knedle (knedlíky)

Wygląda znajomo? Owszem, Polacy też się nimi zajadają, ale w mniejszych ilościach. Rozróżniamy knedle ziemniaczane, z bułki, mięsne, bezmięsne, owocowe, czego dusza zapragnie. Świetne knedle jadłam w Hulakula (specjalnie wybrałam się tam na obiad) – owocowe (to chyba śliwki były), posypane cukrem pudrem… Podali mi cztery malutkie, stwierdziłam, że to jakaś żenada jest, ale (to ważne) knedle są zapychające i wyszłam najedzona. Opłaciło się tam stołować. Będę szukała fajnych lokalizacji w stolicy, jak coś znajdę, to Wam doniosę.
DO PICIA
Piwo, piwo, piwo… xD
Już wspomniałam o tym legendarnym, praskim piwie, które piłam, w którym się zakochałam i którego nazwy nie pamiętam. _^_ Nie rozdrabniajmy się nad tym. Jest wiele dobrych czeskich piw (właściwie w każdym większym mieście jest browar), część z nich można dostać na polskim rynku (np. w supermarkecie) i to takich tu będzie mowa.
Budweiser (pochodzenie: České Budějovice)

Nawet mi smakował. Część internautów (plus te niedobitki, co jeszcze oglądają telewizję) mieli okazję zapoznać się z fenomenem reklamy tegoż piwa, mowa tutaj o Drevnym Kocurze (wg słownika śmiesznoczesko-polskiego to wiewiórka. O tymże słowniku będzie innym razem). Wg mnie Drevny Kocur jest pocieszny, ale chwilami bohemistyczny nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę te głupoty xD

Staropramen (pochodzenie: Praga)

Całkiem, całkiem (nie znam się na piwach, jakby mi nie smakowało, to bym je tutaj obsmarowała xD). Można kupić, można wypić w kilku miejscach w stolicy (m.in. w Czeskiej Baszcie, polecam ten lokal!)
Tak więc zjedliśmy, wypiliśmy, a może teraz coś lekkiego na ząb?
Czekolada Studentská

Łoesu, gdy o tym słyszę, to mi ślinka cieknie. Jedyne czeskie jedzenie, z którym miałam najwięcej do czynienia… Dzięki komu? Dzięki Dorocie, u której jadłam ją już nieraz. Uparłam się, że w tym roku pojadę po nią osobiście. Znając życie, wykupię cały zapas w sklepie. Coś pysznego – zupełnie inna, niż polskie. Masa dodatków, inna wielkość, inny smak… Mniam. _^_ Można jeść na kilogramy.
Głodni? Spragnieni? Ja bym się w sumie napiła piwa… Już tak za mną chodzi. Ech…
Wasza przed ostatnim egzaminem!
Cath

Co ciekawego jest (wg mnie) w czeskiej kulturze? cz.2

Na początku Bardzo Ważna Sprawa.
Nie będę się rozpisywała na temat ACTA. Wszystko, co można na ten temat powiedzieć, jest na bardziej obleganych stronach, niż mój blog. Jedyne, co mogę zrobić i co ma szansę trafić do innych ludzi, to umieszczenie tego:

oraz apelu Baśki, który w tych zwariowanych czasach może wywołać na niejednej twarzy uśmiech:

Ludki, piszcie o tym. Uświadamiajcie ludzi. Nie dajmy się panice i starajmy się myśleć racjonalnie. Miejmy nadzieję, że to nie przejdzie.
***
Dobrze, zgodnie z obietnicą (póki jeszcze mogę to zrobić), dzisiaj będzie o muzyce czeskiej. Powiem Wam szczerze, nie za bardzo się na niej znam. Z tym najlepiej pójść do moich znajomych z roku ^^’ Coś tam jednak udało mi się usłyszeć i mam nadzieję, że Wam też się to „coś” spodoba.
Na początek Dva: zespół, który poznałam dzięki Agnieszce A. i Kindze Sz., kobietom, które się przyczyniły do powstania prezentacji na czeski xD Dva jest to zespół nietypowy, ponieważ śpiewa w wymyślonym przez twórców języku, który jest wg mnie bardzo podobny w brzmieniu do węgierskiego. I nie jest tak, że ci twórcy znają perfect kilka języków – jedyny, którym posługują się biegle, to czeski (cytat za Agnieszką). Zresztą, posłuchajcie:

W otchłani Internetu można (jeszcze) znaleźć „tłumaczenie” piosenki na czeski i możemy się dowiedzieć, że jest tu mowa o sowie i tańcu. Kuba skakałby z radości, On lubi sowy. ^^’ Wg mnie ta piosenka jest niezwykle pocieszna.
Dalej – bardziej znane w metalowym półświatku XIII Století:

O tym zespole słyszałam już kilka lat temu, ale nigdy wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z ich muzyką. Tak jakoś. I myślałam, że jak jest po czesku, to to pewnie brzmi głupio. xD I momentami tak jest – dzięki koledze Arnoldowi R. (pozdrawiam) wreszcie usłyszałam (też na lektoracie) pierwszy utwór. I padłam. xD Tekst był śmieszny, ale nie dlatego, ze tak brzmiał – samo znaczenie było zabawne. Dlatego znowu zapomniałam o istnieniu tegoż zespołu. Jakiś czas temu czytałam nową analizę od Niezatapialnej Armady (swoją drogą polecam!) i tam coś było o czarnej orchidei… Plus link do YT. I tak oto poznałam „Elizabeth”:

I tak jakoś poszło… Wychodziłam z założenia, że czeski nie jest wyjątkowo śpiewnym językiem, teraz zmieniam zdanie. A, te piosenki są też dobre dla takich noobów jak ja, bo słowa są wyraźnie wymawiane i można je spokojnie zrozumieć. Polecam zapoznawać się z tym zespołem.
Następny będzie Jaromír Nohavica:

Jarek jest boski. _^_ Wielu ludziom się kojarzy z Kaczmarskim – też śpiewa na wiele tematów i na wiele sposobów, a ja myślę, że jest od niego weselszy. I piękne w jego twórczości jest też to, że śpiewa po polsku (nigdy się tego języka nie uczył, a mówi płynnie. Korzyści z mieszkania w Ostrawie), prowadzi też w naszym języku konferansjerkę, gdy bawi u nas w Polsku.

Nawet Dorota doceniła geniusz Nohavicy – wystarczy ją poprosić, by zaśpiewała swoją ulubioną czeską piosenkę i zaintonuje Wam to…

***
Mam nadzieję, że się Wam to zestawienie podobało. Na zakończenie macie totalny klasyk:

Zastanawiam się tylko, czy tytułowy Jożin połakomiłby się też na warszawskich Prażan… xD
Wasza zaaferowana sesją
Cath

Co ciekawego jest (wg mnie) w czeskiej kulturze? cz.1

Na początku chciałam dać małą ciekawostkę: mój blog został zablokowany z powodu „naruszenia praw autorskich” xD Śmiejcie się! Autentycznie się przeraziłam, w końcu poświęciłam na te wypociny sporo czasu i byłam gotowa walczyć (jak prawdziwa patriotka! A co!) o to, co jest dla mnie ważne… (romantyczne zapędy) Długo się nie nawalczyłam (ba, nie rozkręciłam się nawet), ponieważ dowiedziałam się szybko, że to pomyłka. Blog został aktywowany w ciągu kwadransa, a ja miałam szczękospad do końca dnia. Brawo. W tym miejscu bardzo chciałabym podziękować panu z serwisu do tego typu spraw, który szybko zareagował, przeprosił i naprawił. Thank you very much!!!
***
Zastanawiałam się długo nad tematyką nowej notki (na którą wszyscy z utęsknieniem czekaliście xD) i powiem Wam szczerze, nie miałam pomysłu. Chciałam pisać o czymś bardzo dla mnie wstydliwym, stwierdziłam jednak, że to będzie zbyt ekshibicjonistyczne i poniżające dla mojego intelektu, więc dałam sobie spokój*. I potem był problem, ponieważ nic nie przychodziło mi do głowy. A teraz przyszło! Trzeba było zrobić przerwę w intensywnej nauce czeskiego, obejrzeć 1,5 filmu (czeskie, wszystko czeskie) i już wiedziałam.
Piszę o studiach, piszę o samym języku, była też mowa o filmach… Ze starego bloga część z Was wie, czemu się znalazłam na takim, a nie innym kierunku… Ale jednej rzeczy nie napisałam. Chyba. Tak mi się wydaje. Czy jest w tej kulturze, języku i samym narodzie coś, czym można się zachwycić? Szłam na te studia, nie wiedząc, czy kiedykolwiek obudzi się we mnie czechofil. Bardziej się nadawałam na hebraistykę. I co?
I pstro, proszę państwa – czechofilką do tej pory nie jestem, ale nie bez przyczyny wołają na mnie na dzielni czeski Żyd. xD
Moi drodzy, jak już wiecie, dostałam się na studia wieczorowe, poszłam na pierwsze zajęcia (czeski), usłyszałam, że lektorat będę miała głównie po czesku, chociaż znałam tyle słów, co każdy przeciętny Polak (drevny kocur i te sprawy), przeraziłam się i pomyślałam: „Co ja tu, kurde, robię? Nie dam rady!!!”. A teraz się sama z siebie śmieję. Dałam radę, daję i mam nadzieję, że jakoś to pójdzie i zaliczę ustny egzamin ze zwyczajów Czech _^_. Eniłej: oswajanie się z nowym zjawiskiem, jakim jest język czeski i inne tego typu sprawy, było dość ciężkie, ale i emocjonujące.
***
Wpierw język (bo z tym ma się najwięcej do czynienia) – jest niezwykle pocieszny, ale też ciężki, jeśli się człowiek nie przykłada. Znajomość polskiego naprawdę bardzo pomaga w nauce, ale też często szkodzi (widzę to po zniesmaczonych minach moich rozmówców – pytają, jak coś będzie, ja odpowiadam, a ci się dziwią, bo powiedziane przeze mnie słowo w polskim znaczy coś innego), ponieważ czasami trzeba nauczyć się zachwycać tym językiem i nie zwracać uwagi na to, że coś naprawdę debilnie brzmi. Byście mogli się sami przekonać (jeśli czytają to bohemiści, proszę, poprawcie mi ewentualne błędy w komentarzach):
No jo, také budu pro vás psát česky. Vidíte, to je dost divně. Všimněte si, že čeština je něco jako polština, nebo máme několik rozdílů mezi tím a tím jazykem. Mužete sobě pomyslet na to, jaká jsem byla překvapená, když jsem uslišela češtinu první krát. A, to nebylo na vyučovaní, nejdřiv jsem se podivala na český film, a to byl „Román pro ženy”, a to byl můj první český film, který mi doporučila moje krásná kamarádka, Dorota. ^^
A teraz pytanie – ile z tego zrozumieliście. Jeśli wyłapaliście z kontekstu i czujecie się pewnie, to możecie stwierdzić, że te dwa języki są naprawdę bliskie. Osobiście uważam, że są, tylko trzeba poświęcić sporo czasu na zapoznanie się z różnicami, by się nie zbłaźnić. Jeśli już mam powiedzieć, że jestem fanką czegoś czeskiego, to na pierwszym miejscu będzie język i literatura.
Chciałam teraz pisać o książkach, ale pewnie przysnęliście, więc macie coś na obudzenie – moje pierwsze spotkanie z czeskim piwem. ^^ Nie, nie miało miejsca na studiach; to było przed klasą maturalną, kiedy nie myślałam o tym, że wyląduję na tym dziwnym kierunku i będę szprechać w śmiesznym języku. Zostałam poczęstowana piwem przywiezionym z Pragi. Było przecudowne. Zachwyciła mnie niezwykła przezroczystość i piękny, wyrazisty smak. I ni cholery nie pamiętam, co to było za piwo ==’ Cierpię! Miałam potem okazję spróbować kilka piw, ale żadne nie smakowało tak samo. Ech. Trzymajcie kciuki, będę szukała (że się tak brzydko wyrażę) dalej.
***
Książki. A cóż by innego w moim przypadku. Odkryłam na studiach BUW i jego taaaaaaaakieeeee zasoby, znalazłam czeską półkę w wołomińskiej bibliotece i tak się zaczęło. Kundera, próby z Hrabalem (sparzyłam się na "Schizofrenicznej ewangelii", kompletnie nie rozumiem tej książki, bałam się szukać czegoś innego), kawałek Szwejka (wiecie, jakie to grube?! Cały czas mam w planach dokończenie, ale nie w tej chwili, ta książka pożera mózg, oczy, czas i niszczy kręgosłup), Fuks ("Palacz zwłok" _^_), literatura kobieca (jest zupełnie inna niż polska i mnie czasami przeraża)… Znalazłam kilka perełek, odrzuciło mnie ileś razy, na razie wychodzę na plus. I zaczynam się poważniej tym zajmować (postanowienie noworoczne). A od trzeciego roku czytam więcej po czesku.
Specyfika jest taka, że Czesi inaczej patrzą na świat. U nich inaczej się pojmuje temat tabu (czy w dzisiejszych czasach tam tabu istnieje? Myślę, że tak, ale się gdzieś chowa). Bardzo dużo dzieł, które przerabiam na zajęciach, dotyczą tematyki żydowskiej (o której jeszcze będzie mowa w następnej notce): podobnych książek u nas ze świecą szukać. Poza tym pojęcie "naród czeski" wygląda tutaj nieco inaczej, niż byśmy chcieli my, Polacy (dla nas naród to co innego). Studia bardzo mi się przydają przy czytaniu tych książek, bo pomagają mi je zrozumieć. Na tyle, ile mogę.
***
Więcej będzie w następnej notce – jakbym chciała wypisać wszystko, to by powstał kilometrowy tekst, a nie sądzę, by komuś chciało się go czytać. Także do następnej 🙂
Wasza powtarzająca na test
Cath

A tego słuchałam podczas pisania xD

*będę się nad Wami znęcała emocjonalnie – nie, nie napiszę, co to takiego. Może kiedyś, jak nabiorę jeszcze większego dystansu do siebie.
Już i tak wyjątkowym debilizmem było przyznanie się do tego, że tekst po czesku w Wordzie piszę z tabelką symboli, zamiast jak normalny człowiek włączyć sobie klawiaturę czeską. Spokojnie, człowiek się uczy na własnych błędach, już ponad połowę diakrytów umiem zlokalizować. ^^' Także ta notka mnie nieco zrehabilituje. Taką mam nadzieję.

Jak to mało nie znienawidziłam czeskiego.

Studia nie raz, nie dwa zalazły mi za skórę (jak każdemu). A to za dużo nauki w tygodniu (a wcześniej miesiąc laby, jak tu się przestawić, nie?), a to to, a to siamto, a to wściekła wyszłam z sekretariatu (chociaż ostatnio jakoś nie mam tego problemu, oby tak dalej), a to coś innego… Znacie pewnie ten ból. Wczoraj miałam kilka naprawdę kiepskich godzin, ponieważ musiałam napisać pracę na zajęcia (które tu przemilczę, bo już mi się niedobrze robi, jak słyszę nazwę). Po czesku.
Wiecie co, praca była zadana w poniedziałek wieczór, starałam się do niej wcześniej usiąść (musiałam też przeczytać tekst teoretyczny), jednak ciągle mnie coś od tego odciągało i wczoraj się skumulowały zadania: dokończyć czytać, napisać wstępny tekst po polsku i go przetłumaczyć. Myślałam, że kogoś pogryzę.
O ile z przeczytaniem większego problemu nie było, to reszta – masakra. Walę się teraz w ten swój durny, żydowski łeb, mogłam to zrobić wcześniej, a nie się niepotrzebnie denerwować. Napisałam, była godzina ok. trzynastej, za dwie godziny miał przyjść Kuba, dobra, przetłumaczę.
Nikomu nie życzę pracy z diakrytami, jak jest wkurzony na cały świat.
Diakryty wstawia się w Wordzie jak symbol. Wyobraźcie sobie pisanie po polsku, gdzie co i rusz musisz wstawić polski znaczek za pomocą tabelki. Schodzi się sporo czasu, a ja jeszcze się wkurzałam, że nie zdążę, że jestem beznadziejna, bo mogłam wcześniej usiąść, bo mogłam to i siamto. Doszłam do połowy i się mało nie popłakałam.
Dokończyłam na spokojnie wieczorem – Kuba mnie uspokoił, pograliśmy w Carcassonne, obejrzeliśmy „Megamocnego” (już drugi raz widziałam ten film, jest ekstra, wszystkim gorąco polecam!!!), a potem już jakoś poszło, dokończyłam, ogarnęłam stylistycznie i wizualnie, wysłałam i mam z głowy. Była godzina 20.15 i mogłam ze spokojem sumienia pognać do Doroty na „Króla Lwa”. _^_
Pisanie po czesku na kompie, gdzie człowiek nie jest przyzwyczajony do takiej pracy z Wordem, męczy. Strasznie męczy. Myliły mi się znaki, co i rusz gdzieś przesuwałam kursor i wstawiałam nie w tym miejscu, co trzeba… Dobrze, że mam sporo czasu na napisanie eseju na czeski, jeszcze się z tym oswoję. A na chwilę obecną bym coś sobie po czesku poczytała, ale trzeba wkuwać francuski. Ech xD
Wasza
Cath

Chała tygodnia – „Pocałunek wampira” („Vampire’s Kiss”)

Było już anime, czas na film – uwierzcie mi, rzadko oglądam porządne chały i muszę się chociaż jedną pochwalić. xD
Na początek macie tego oto przystojniaka:

Poznajecie? Ci, co ze mną już na ten temat rozmawiali, wiedzą, kto to. Dla reszty – Nicolas Cage. Wczoraj wieczorem obejrzałam jeden z pierwszych filmów z jego udziałem. Pewnie się zastanawiacie xD, czemu tenże film został drugą Chałą tygodnia. Spokojnie, wszystko przed nami…
Film opowiada perypetie pewnego młodego mężczyzny na stanowisku kierowniczym w wydawnictwie (w tej roli Cage), który chodzi do psychologa, terroryzuje sekretarkę, raz olewa dziewczynę, raz z nią śpi… Słowem, schemat skończonej świni. Wszystko się zmienia, kiedy poznaje pewną Rachel, która podczas miłosnych uniesień gryzie go w szyję – i tak się zaczyna właściwa fabuła jednego z najgorszych filmów, jaki ostatnio widziałam.

Zacznijmy od nielicznych rzeczy, które mi się podobały – Rachel. Traktowała delikwenta jak zabawkę, zachowywała się jak femme fatale… I miała zajebiste ciało, ale to moje przemyślenia. Ciało, które miałam okazję wiele razy widzieć, podobnie, jak… Ej, nie uciekajcie, dajcie skończyć! Podobnie, jak fanki serialu The L Word, gdzie Jennifer Beals (w/w Rachel) grała Bette. _^_ Ale o tym, ze występuje w tym beznadziejnym filmie, dowiedziałam się dopiero w trakcie.
Co dalej? Cage się wczuł, ani razu nie zawalił roli – kazali mu grać wariata, któremu się wydaje, że jest wampirem, to grał. I to całkiem nieźle, aż się zdziwiłam parę razy. Na tym jednak się kończy.
Ten film jest paskudny. Zniechęcający do oglądania czegokolwiek o wampirach (serio, wolę już „Zmierzch”, bo tam przynajmniej wampiry jeszcze jakoś wyglądają, nie mają plastikowych kłów ze sklepu z dziwnymi akcesoriami i nie wpieprzają surowego gołębia), zniechęcający do ludzi w ogóle. Postać głównego bohatera jest po prostu obrzydliwa – widać przemianę, którą przechodzi (psychiczną, bo w rzeczywistości nici z wampiryzmu), ale przypomina to przepoczwarzanie się w coś podobnego do Nosferatu, a nie do klasycznego wizerunku. Długo się wahałam, czy uznać ten film za Chałę tygodnia, ale scena, gdzie bohater (święcie przekonany, że jest wampirem) idzie do sklepu i kupule sobie plastikowe kły za 3,5 dolara, a potem w nich popiernicza po mieście, sprawiła, że jęknęłam z obrzydzeniem i stwierdziłam, że po prostu muszę o tym napisać. Bohater (uwaga, spoilery :P) ginie zresztą tak marnie, jak marne stało się jego życie – zostaje przebity sztachetą. xD Wiem, głupio brzmi, ale tak samo głupio wygląda.
Reszta bohaterów dziwna – ja bym od razu zrobiła z takim porządek! Terroryzuje ludzi, odstawia sceny, biega po wydawnictwie w pogoni za sekretarką i potem usiłuje ją zgwałcić _^_, a tu nic! Nikt nie dzwoni po panów z kaftanem. Najdziwniej robi się pod sam koniec, gdy bohaterowi wydaje się, że rozmawia ze swoją psycholog, a potem idzie do mieszkania z nowo poznaną dziewczyną, która… Nie istnieje. Gada do siebie. I jest obleśny, brudny, zaplamiony krwią (cudzą)… Słabo się robi. Najgorsze jest to, że nie jest wytłumaczone, czemu Rachel się nim zainteresowała i co właściwie zamierza z nim zrobić – jest jedna scena w klubie, gdzie ta mu mówi, że się nim brzydzi. Sorry, nie widzi, że go sama doprowadziła do takiego stanu? Matko.
O tym filmie można pisać wiele, ale podejrzewam, że nie jesteście w stanie przetrawić większej ilości tego szajsu. ^^’

Można się zastanawiać nad tragizmem człowieka obłąkanego, można o tym pisać i też tworzyć filmy. Często wybitne. „Vampire’s Kiss” nie jest wybitny pod żadnym względem i cieszę się z tego, że to obejrzałam, tylko pod jednym względem – mogłam bowiem zobaczyć możliwości aktorskie Nicolasa Cage’a. Jak to mówi moja mama, trzeba być dobrym aktorem, by zagrać idiotę, a ja dopowiem jedną rzecz – trzeba być też dobrym aktorem, by zagrać postać tak beznadziejnego przypadku i by pokazać, ile właściwie twarzy ma wariat. Poza tym film zdecydowanie odradzam.
Wasza zdegustowana
Cath

„Dysydenci zajeb*** mi, kur**, czapkę!!!”, czyli co się działo w Sylwestra u mnie.

Cytując znany filmik – było grubo.
To znaczy nie było tak, że się działo nie wiadomo co. Było kilka pijanych osób, ale tylko jedna odstawiała cyrki (pomińmy ten fakt milczeniem), były straty materialne, ale niewielkie (raptem kieliszek i szklanka), strat moralnym nie było… Mam za to syndrom dnia poprzedniego, ale bez kaca. Jestem zmaltretowana spaniem na cudzym łóżku, boli mnie kark i plecy, na chwilę obecną trwa ogarnianie się (czyli mam na głowie mokry kołtun z włosów). Warto było jednak pojechać 🙂
Zwłaszcza, że wcale nie musiałam tam być – dzień przed imprezą połamały mi się okulary i wczoraj rano biegałyśmy z mamą po Wołominie w poszukiwaniu optyka, który nam to zrobi. Uff, udało się 🙂
Plusy imprezy? Świetni ludzie, fajerwerki, bigooooos xD, Kuba, który był kochany, tańce, święta wódka (znaleziona cudem na balkonie, podczas, gdy ludzie już zaczynali rozpaczać, że nie ma północy, a alkohol wyszedł), tekst o dysydentach (by Ola P., której wyżej wymienieni i nieokreśleni dysydenci podpierniczyli czapkę na fajerwerkach) oraz puste ulice w drodze powrotnej.
Minusy? Plecy mnie boląąąąąąąąą _^_
***
To teraz jeszcze szybko o paru rzeczach. Miała powstać notka z ostatnim podsumowaniem roku, ale długo nie mogłam do niej zebrać materiałów i koniec końców nie powstała. Mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Natomiast mam trzy postanowienia noworoczne. Tylko trzy, bo mam problemy z ich dotrzymywaniem zazwyczaj.
Pierwsze – nie pisać o związkach na blogu. Swoich. Z doświadczenia wiem, że takie działania są powodem różnych patologii, także możecie spodziewać się wzmianek o tym, co się u mnie dzieje, ale nie musicie.
Drugie – czytać więcej czeskich książek. Za bardzo jestem roztrzepana i mam zbyt wielki rozrzut, jeśli chodzi o tematykę, trzeba się zawęzić.
Trzecie – pojechać w te wakacje do Pragi!!! xD
Tyle!
Wasza lekko cierpiąca
Cath