Cathryn a bycie zazdrosną.

Zainspirowana wydarzeniami na Facebooku, postanowiłam umilić Wam czas do Sylwestra i napisać, co sądzę o byciu zazdrosną. Mam nadzieję, że się cieszycie. ^^
Jestem takim typem człowieka, że rzadko kiedy bywam zazdrosna. Kiedyś bywało gorzej; to było daaaawno temu, kiedy leczyłam kompleksy, że jestem gruba, brzydka i nic w życiu nie osiągnę. xD Wtedy zazdrościłam, głównie dziewczynom: powodzenia u chłopaków, ocen, fajnych ciuchów, fryzur, braku kłopotów z kasą, bycia kobiecą, różnych mniej i bardziej seksualnych doświadczeń…
A potem skończyłam 14 lat, zaczął się mój pierwszy związek i liczba kompleksów zmniejszyła się o połowę.*
Czego zazdrościłam głównie? Tego, ze nie jestem pustą blondynką, której w głowie tylko ciuchy i faceci. Kuźwa, takie to muszą mieć proste życie i prostą psychikę. Zazdrościłam chudym, że są chude (i ważą mniej niż 50 kg, co obecnie wydaje mi się być przedsionkiem do bycia jak ktoś po Oświęcimiu), że mają piękne włosy i nieskazitelną cerę (a potem się skapnęłam, że od piątej klasy chyba się tapetują i wydają kupę kasy na farby i badziewia do włosów; wybaczcie, miałam źle dobrane okulary, nie widziałam tapety z daleka), że chłopaki ciągle z nimi gadają, że się różne rzeczy dzieją… A teraz się za głowę łapię, kiedy słyszę o przypadkach gwałtów wśród dzieciarni. Jak Boga kocham, gdyby trafiały na niewłaściwych wtedy, to prawdopodobnie znałabym kilka przypadków molestowania. Uważajcie, czego zazdrościcie, zwłaszcza, jak jesteście w ostatniej klasie podstawówki.
Potem zazdrość nieco ewoluowała – dojrzewanie zaczęło się na maksa. Zazdrościłam tego, że dziewczyny są pofarbowane, malują paznokcie, tapetują się, umieją o siebie zadbać, a ja tylko czysta i bez pryszczy chodziłam. I w koszulkach (ale to był mój wybór), a nie w dekoltach. Zazdrościłam swobody. Potem sama odkryłam swoją swobodę i teraz się cieszę, że się ubieram po swojemu – przynajmniej mnie ludzie rozpoznają na ulicy.
Zazdrość w liceum i na studiach? O to, że inni więcej umieją i są lepsi. Do tej pory mnie to prześladuje, że mogłabym się bardziej starać, mieć lepsze oceny… Mogłabym robić to, co inni. A potem się łapię za głowę: przecież musiałabym zrezygnować z Żydów, anime i łazić na imprezy, wydawać kupę kasy na alkohol… Zapomnijmy, że nie wolno mi pić…
Zazdroszczę normalnego życia. Stereotypowego.
Zazdrość to taka pierwotna sprawa. Dopiero, gdy się zastanowię, dowiaduję się, że by zrealizować większość w/w rzeczy, musiałabym się zatracić. Nie jestem do tego stworzona.
Teraz rzadko zazdroszczę. Jedyny rodzaj zazdrości to właściwie ta najgorsza – o mężczyznę. Wtedy odzywa się we mnie (tak, jak w innych ludziach) coś, co jest skrzyżowaniem dzikiego zwierzęcia z psychopatycznym mordercą – albo zaczynam szukać noża, albo histeryzuję; na szczęście dla otoczenia, piorunem daje się uśpić.
Potem zaś, kiedy emocje opadną, zastanawiam się nad tym chwilkę i myślę sobie: przecież nie muszę mieć wszystkiego, o co jestem zazdrosna.
Nie macie co się martwić, Kuba jest grzeczny i nie podsuwa mi powodów do zazdrości. To te powody mnie same znajdują. 🙂
Wasza
Cath

*o patologiach (typu przygody seksualne dwunasto- i trzynastolatek) porozmawiamy innym razem 😉

Odkrycia roku 2011 – głupie, ale fajne anime _^_

Wyspali się? Pojedli wczoraj? Popili? Nadal zdrowi? xD U mnie Wigilia wyszła nawet fajna (a różnie bywa). Wstałam pełna sił, uzbroiłam się w herbatkę z miodem i tak przygotowana mogę Wam zapodać kolejną porcję Odkryć roku. 🙂

Ej nooo, to już ostatnia notka o anime. Następna będzie ciekawsza —–> będą to różne odkrycia osobiste. Tak, jak w tamtym roku była to grzywka Agi ^^ Dobra, koniec wstępu, jedziemy:

1. Ginmaku Hetalia Axis Powers – Paint it, White

Lubię Hetalię, przyznaję się do tego bez bicia. Czekałam na tę kinówkę od dawna. I… O matko. xD To malowanie wszystkiego na biało mnie zwyczajnie rozwaliło. Polecam, ale tylko po obejrzeniu serii – wydaje mi się, że jeśli się nie zna podstawowych reguł, które rządzą „uniwersum” tego anime, film kinowy może być zwyczajnie odrzucający.

2. K-On!

Gdzie nie spojrzeć w Internetach, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się zachwycał tym anime. Albo chociaż jedną z bohaterek (ukłon w stronę fana Azunyan _^_). Długo nie mogłam się do tego przekonać – wszędzie słyszałam, że anime jest głupie, ma zmarnowany potencjał, bohaterki tylko siedzą i wpieprzają ciastka kilogramami… Aż w końcu się zdenerwowałam i, w myśl zasady „obejrzę i będę odradzać”, odpaliłam pierwszy odcinek. A potem drugi, trzeci, ostatni, pierwszy drugiego sezonu, dodatki… Czekam na kinówkę _^_
Wady! Wad ma od cholery. Po pierwsze, naprawdę zmarnowany potencjał, z tym się zgodzę. Po drugie – ile można wpieprzać ciastka?! Po trzecie – ej, bohaterki chodzą do liceum. Czemu żadna z nich się nie zakochała, czemu nie ma żadnego postępu, jeśli chodzi o dorastanie, dojrzewanie? WTF? Eeeee…
Zalety! Jeśli już pojawia się muzyka, to albo przesłodzona, albo naprawdę zajebista. Osobiście jestem piszczącą fanką endingu z pierwszej serii – „Don’t say lazy”. Zresztą, łatwo mnie poznać na ulicy, jeśli ktoś do mnie zadzwoni, bo to mój dzwonek w komórce. _^_

Poza tym, K-On! to anime na szare, bure dni. Poprawia humor, o ile ktoś lubi słodkości.

3. Detroit Metal City

Łoesu. xD Inaczej nie da się tego podsumować. Anime o death metalowym zespole… Robione w kraju, gdzie ludzie się nie znają na metalu… Serio, wieloletnie szkolenie z zakresie muzycznym (ukłon w stronę Kuby) sporo dało. Pierwsze, co stwierdziłam, jak posłuchałam muzyki, to „To nie jest, ku***, death metal!!!”. Dobra, niech im będzie. Jaki kraj, takie obyczaje i takie pojęcie o muzyce.
Anime zawiera w sobie ogrom patologicznie głupich sytuacji – od wczuwania się w swoje sceniczne alter ego, poprzez nawracanie starszego pana na metal, aż na metalowych misjach edukacyjnych skończywszy. Można to podsumować albo salwą śmiechu, albo facepalmem. Główny bohater jest pełen sprzeczności, reszta zespołu się wzięła nie wiadomo skąd… Krótko: albo się to kocha, albo ucieka z krzykiem. Osobiście polecam, można się pośmiać. ^^

4. Nyanpire the Animation
Jak tylko się dowiedziałam, że taka seria ujrzy światło dzienne, to się rozczuliłam. Historia podobna, jak z Hello Kitty – najpierw seria maskotek, a potem anime. Byłam cholernie ciekawa, co z tego wyjdzie.
Rzecz polega na tym, że mamy sobie małego, czarnego kotka, który gdzieś tam kiedyś umierał z głodu. Nagle znalazł go wampir i postanowił obdarzyć go wiecznym życiem – tadaaaa, mamy tytułowego bohatera.
Nyanpire jest uroczy do bólu – mieszka sobie u jednej dziewczynki, pije wszystko, co czerwone (a najchętniej krew), znajduje sobie różnych dziwnych przyjaciół… Najlepszy był wg mnie Masamunyan, kot-samuraj, który zapałał dziwną miłością do Nyanpire’a i bez przerwy za nim łaził.
Anime jest słodkie, króciutkie (odcinki po kilka minut), ale co tu jest głupie? Ending. Jak go zobaczyłam po raz pierwszy, wrzasnęłam. Nie dlatego, że jest z żywymi ludźmi… Zresztą, zobaczcie sami.

Ale potem już go oglądałam za każdym razem i podśpiewywałam z wokalistką. _^_ Polecam miłośnikom kotów.
5. Onegai Teacher

Oooo, to będzie dobre! xD Ściągnęłam to anime rok i sześć niedziel temu… No dobra, w styczniu będą dwa lata… Nieważne… I nie mogłam się zmusić. Odstraszała mnie fabuła. Idzie tak:
Mamy sobie zwyczajnego nastolatka, który pewnego dnia widzi, jak na ziemi ląduje jakaś kosmitka z jakiegoś statku (sorry, nie pamiętam dokładnie). Następnego dnia okazuje się, że ta kosmitka jest nauczycielką w jego szkole i zostaje jego sąsiadką; wskutek różnych dziwnych sytuacji nasz protagonista zostaje z tą kosmitką wyswatany, biorą ślub… Jak Boga kocham, nawet po obejrzeniu tego anime zalążek fabuły wydaje mi się idiotyczny. _^_
A co otrzymujemy? Klasykę gatunku romansu z komedią i lekką ilością ecchi. Jeżeli człowiek się przemoże i przetrwa dwa pierwsze odcinki (plus przy okazji oswoi się z sytuacją, która w tym anime panuje), potem ma już tylko radochę i chwile wzruszenia. Onegai Teacher jest dowodem na to, że choćby nie wiadomo jak fabuła była durna i beznadziejna, można ją rozwinąć tak, że człowiekowi robi się smutno, jak się seria skończy. Gorąco polecam! Od tego anime zaczęła się letnia faza na romanse. 🙂

6. Spelunker Sensei

Anime powstało na podstawie gry na konsole – „Spelunker” ponoć (nie wiem, nie grałam, wierzę recenzentowi z Tanuki.pl na słowo) polegał na tym, ze się chodziło taką postacią po jaskiniach, gdzie na tytułowego Spelunkera czyhała masa zagrożeń, powodujących natychmiastową śmierć. Fabuła anime (krótkiego, bo trwa tylko pół godziny) polega zaś na tym, ze tenże Spelunker zostaje nauczycielem, ale dalej może zginąć od byle czego. Pytacie – jak to możliwe? Ech, uderzy się o coś, leży martwy, a potem wstaje i idzie dalej. Tego anime nie wolno puszczać dzieciom, bo dorośli zaraz pomyślą, że one w to uwierzą i będą robiły to samo. xD
Jako, że nie grałam w grę, fabuła anime wydała mi się urocza. A społeczne zrozumienie dla przypadłości Spelunkera… xD Jeśli ktoś chce się odmóżdżyć, to polecam – pozostałym chyba to nie przypadnie do gustu.

7. Tantei Opera Milky Holmes
Anime to do pewnego momentu powiela schemat serii o magical girls – mamy sobie paczkę utalentowanych dziewczynek (które są detektywami – nie pytajcie, skąd biorę takie serie, chciałam zobaczyć, czy to jest czegoś warte), które nagle tracą swoje moce (Toys. Twórcom należy się kopniak za tak głupie określenie). I co dalej…? Dalej to jest balsam na moje skołatane nerwy, czyli REALIZM. Dziewczęta spadają w hierarchii szkolnej na samo dno, zostają wypchnięte ze swoich luksusowych pokojów do ciemnej klitki, dostają głodowe racje żywnościowe… I mają zrobić wszystko, by odzyskać swoje moce, inaczej wypad ze szkoły. xD Nie wiecie, jaką miałam radochę, oglądając to anime. Nie, nie dlatego, bo panienki miały przerąbane – ten realizm… Ech… _^_ Ile można oglądać coś, gdzie bohaterki zawsze wychodzą cało z opresji, a jak się im dzieje naprawdę wielka krzywda, to nagle się pojawi zamaskowany obrońca i je uratuje. Ile można?! A tu tego nie ma! I jest też pokazane, że mimo, iż praktycznie cała grupka została wykluczona ze społeczności szkolnej, potrafi sama dać sobie radę, świetnie gospodarują i próbują zrobić cokolwiek, byleby tylko odzyskać swoje moce. Jedyne, co mi się nie podobało i co było wyjątkowo debilne, to źli bohaterowie, którzy byli częścią szkolnego światka… A one, debilki, się nie skapnęły… _^_ O matko…
Niedługo wyjdzie pierwszy odcinek drugiego sezonu, jestem cholernie ciekawa, co z tego wyjdzie.

8. Yuru Yuri

Lekka komedia o szkolnym życiu grupki dziewcząt, okraszona akcentami yuri i shoujo-ai. Brzmi strasznie? Ja się przy tym świetnie bawiłam.
Dziewczęta owe, by się nie nudzić (ej, znam to skądś… xD patrz —> Melancholy of Haruhi Suzumiya), zakładają w pomieszczeniach po klubie herbacianym Klub Rozrywki, gdzie spędzają wolny czas, wydurniają się, a tę niecną (nielegalną!) działalność zwalcza przewodnicząca szkolnego samorządu. Anime wesołe, kolorowe… Nie wymaga dużo myślenia… Chyba, że się widzi akcenty yuri, których nie ma zbyt wiele i raczej nie można się porzygać od nadmiaru lesbijstwa. Anime jest jest mega głupie, ale też nie jest wybitne, więc mogło się znaleźć w tym zestawieniu. Polecam.

To tyle. Cieszycie się? xD Jeśli dotrwaliście do końca, to Was podziwiam.
Wasza wygniatająca nową pufę, którą dostała od taty na święta _^_
Cath

Uroczystości pogrzebowe oczyma osoby, która nie widziała tego na żywo.


Chyba nie muszę wyjaśniać, czemu nie widziałam tego na żywo 😛 Na swoje usprawiedliwienie mam to, że widziałam fragmenty (i to takie konkretne!) transmisji z mszy w katedrze św. Wita w Pradze i dzięki temu notka będzie solidniejsza.
Powiem krótko – z tego, co dane mi było ujrzeć, było ładnie. Tłumy ludzi, przemowy, wszechobecny smutek. Tak, jak pożegnanie powinno wyglądać. Co prawda, nie jestem w stanie powiedzieć, czy jacyś przeciwnicy Havla psioczyli (ludzie, nawet, jak był pogrzeb Kaczyńskiego, nie psioczyłam na niego, a nie przepadałam za nim. Trzeba się czasem pohamować, więc mam nadzieję, że i w Czechach była jakaś kultura i nikt nie psioczył). Jeśli chodzi o sprawy czysto organizacyjne, to jestem i pod wrażeniem, i szczerze zdziwiona – po pierwsze, zorganizowano koncert, po drugie, Havel będzie pochowany po świętach. o.O Co by na coś takiego powiedziano w Polsce? Nie wiem, ale mnie to zaskoczyło. Nad trumną Václav Klaus, obecny prezydent Republiki Czeskiej i przeciwnik polityczny Havla – przejrzałam mowę pobieżnie i dochodzę do wniosku, że zgrabnie wyszła. Nie ma sensu nikogo potępiać nad trumną, zwłaszcza, jak się potępia zmarłego – Klaus docenił Havla i powiedział, że żegnamy człowieka, któremu dane było zrobić coś wielkiego (w telegraficznym skrócie!). Innymi słowy – wiochy nie było (albo za bardzo patrzę przez pryzmat polskiej polityki i polskiego myślenia).
O gościach teraz – pojawiło się kilka polskich nazwisk, jednak najważniejsze (i najjaśniej się błyszczące) jest nazwisko Lecha Wałęsy, który (jak zresztą wiecie, mam taką nadzieję) nie pojechał jako on sam, ale jako reprezentant miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego. Wszyscy wymyślają pod adresem Bronka, że się wykręca, że byle ból gardła sprawił, że z Chin wrócił od razu do domu, a nie pojechał na pogrzeb jednego z ważniejszych ludzi, których wydała na świat Czeska Republika. A ja powiem tak: Wałęsa był świetną reprezentacją (jego obecność tam miała charakter wręcz symboliczny), a panu prezydentowi możemy życzyć (z okazji zbliżających się świąt) zdrowia i by go sumienie nie gryzło.
Na koniec (co byście nie posnęli z nudów) dodam, że w Gdańsku prawdopodobnie jedna z ulic zostanie nazwana imieniem Václava Havla, co jest wg mnie pięknym gestem. 🙂 (raduje się dusza bohemisty)
Jeszcze raz – cześć pamięci wybitnego człowieka! Pożegnaliśmy dzisiaj „swojego chłopa”, jak to ładnie i po swojemu ujął Wałęsa. Miejmy nadzieję, że jeszcze kiedyś ktoś podobny do Havla się narodzi we właściwym miejscu i właściwym czasie.
Dĕkujeme, pane prezidente!
Wasza przedświąteczna
Cath
P.S. Notka o kolejnych odkryciach roku pojawi się w pierwszy dzień świąt, co byście mogli odpocząć. Zdrowych i wesołych! 🙂
C.R.
Informacje zaczerpnięte ze stron zpravy.idnes.cz, gazeta.pl i tvn24.pl

Odszedł Václav Havel (1936-2011)


Wspominałam już na Facebooku, że ostatnio ludzie odchodzą wręcz stadami. Szeregi odchodzących zasilił dzisiaj Václav Havel – wybitny człowiek, polityk, dramaturg, poeta, ktoś, kto zrobił dla Czechów i Słowaków tyle, że nie da się tego opisać słowami. Ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy Republiki Czeskiej.
Niby człowiek tyle razy już się stykał ze śmiercią, ale zawsze znajdzie się taka, która poruszy do żywego – w moim przypadku jest to właśnie Havel. Mnie, bohemistkę z przypadku, śmierć Havla zaskoczyła i naprawdę poruszyła – nie spodziewałam się, że się tak kiedykolwiek stanie.
Dla mnie postać Havla jest takiego formatu, jak Wałęsa – wiem, że nie można ich porównywać, ale z perspektywy zwykłego Polaka można coś podobnego wywnioskować. Ikona, coś, z czym kojarzony jest dany kraj (znacie na pewno tę parę skojarzeń, po czym dawniej była rozpoznawana Polska – Wałęsa i papież), personifikacja narodu, sympatyczny akcent, wywołujący uśmiech na twarzy.
Nim poszłam na studia, kojarzyłam Havla bardziej jako poetę, niż polityka – przerabialiśmy jeden jego wiersz kiedyś na lekcjach polskiego, nie pamiętam dokładnie, kiedy. Na wieść o tym, że był pierwszym prezydentem Czech, pomyślałam: „To da się to połączyć?!” – wiadomo, jak u nas z politykami bywa. A Havel był człowiekiem niezwykłym, który nie dość, że połączył obie te funkcje, to pozostał im wierny do końca życia. I to czuć, jak się czyta jego utwory. Na studiach zaś poznałam tę postać bliżej – historia Aksamitnej Rewolucji i fragmenty filmu o nim na dziejach regionu, rozmowy na innych zajęciach, jeszcze nieomówiony dramat na analizie tekstu (przesunął się termin, ale już przeczytałam)… Czym właściwie byłyby Czechy bez Havla? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie – na pewno byłyby inne i mniej ciekawe.
Do końca życia zapamiętam go jako człowieka, który nigdy nie stał się nadętym bufonem wskutek prezydentury i który przez zaprzysiężeniem cytował z pamięci wiersze swoim przyjaciołom.
Cześć jego pamięci!
Wasza
Cath

Odkrycia roku 2011 – filmy i seriale

Po radosnym przerywniku znowu przyszedł czas na całoroczne podsumowanie – ta część będzie o filmach i serialach. Faktem, że parę z niżej wymienionych tytułów obejrzałam, chwaliłam się na Facebooku, ale myślę, że takie zbiorcze podsumowanie będzie lepsze – a nuż coś się któremuś z Was spodoba… 😉 Jedziemy!
SERIALE

1. Seks w wielkim mieście

Zostałam podsumowana jednym tekstem – „Oglądasz serial dla starych bab!” _^_ Powiem Wam szczerze, nigdy w życiu nie miałam w planach tego tytułu. Serio. Do sprawdzenia, co to za cholerstwo i czy da się obejrzeć, zachęciła mnie jedna osoba, która poprosiła o ściągnięcie (sama nie miała czasu, a ja uczynne dziecko jestem). No i się wciągnęłam… Pragnę jeszcze dodać, że nie jestem jedyną fanką Sex and the City w okolicy – jedna z nich mieszka za ścianą i jest to Moja Siostra. ^^ Razem potem psioczyłyśmy na książkę i filmy, ale o tym za chwilę.
Serial? Rozczuliły mnie czasy bez telefonów komórkowych – potem w pierwszym filmie się pojawia jeden z dotykowym ekranem i wręcz wzruszyła mnie scena, kiedy Carrie zawołała: „Nie umiem tego obsługiwać!”. Nie, nie jest to oznaką, że Carrie to pierdoła życiowa – to osoba z innej epoki, gdzie się rozmawiało całymi godzinami przez stacjonarny. I ja te czasy pamiętam! To nie było tak dawno temu.
A z innej beczki – moją ulubioną bohaterką jest i pozostanie Charlotte. Nie tylko ze względu na konwersję na judaizm… Oj, mam nadzieję, że nie zepsułam nikomu frajdy ^^’
Polecam każdemu, kogo nudzą współczesne seriale dla bab i o babach. SATC to momentami kopalnia wiedzy dla antropologa i ludzi, chcących zrozumieć amerykańską kulturę, a momentami świetne romansidło (ach, ten Mr. Big… xD). A, książka i kinówki ssą. Nie ruszajcie. Jedyne, co było w nich fajne, to muzyka.

2. Gra o Tron

Kiedy wychodził pierwszy sezon i wszyscy wokół się tym jarali, ja chamsko mówiłam, że tego nie tknę. Nie znoszę, jak się ktoś wokół mnie jara i mi to wciska za wszelką cenę – tylko mnie zniechęca i sprawia, że albo się za to coś wezmę po paru latach, albo wcale. Skończył się sezon, emocje opadły, Kuba namówił… I teraz się jaram ze wszystkimi xD Coś niesamowitego, muszę powiedzieć. Naprawdę – rozbudowany świat, ciekawie pokazane relacje międzyludzkie, i ten Thyrion… xD Czekam na drugą serię.
Z seriali to tyle – jakoś mało obejrzałam w tym roku i nie za bardzo było się czym zachwycać. A na SATC w sumie poświęciłam pół roku… xD W planach mam „Rodzinę Soprano”.

FILMY
1. Fahrenheit 451

Antyutopia, czyli coś, co Cathrynki lubią! Świat bez książek, gdzie czytelnictwo jest zakazane, a strażacy służą społeczeństwu nie tylko jako ci, co gaszą pożary, ale też jako ci, co palą książki… Stary film, ale ciekawie opisuje historię. Książki nie znalazłam nigdzie poza BUWem, a i tu jest wypożyczona. Trudno, zamówi się i odczeka swoje. 🙂

2. Żelary

Część o czeskich filmach zaczynam czymś, co uznaję za swój ulubiony czeski film po wsze czasy. Współczujcie mojej grupie na studiach, zrobiłam o tym prezentację (nieudolną zresztą _^_). Eniłej: film powstał na podstawie zbioru opowiadań „Żelary” i noweli „Hanulka Jozy” (głównie na podstawie tej drugiej). Protektorat Czech i Moraw, wojna – młoda kobieta z ruchu oporu musi uciekać z miasta na wieś, zmienić tożsamość i wyjść za mąż za kogoś, kto jest uznany za wioskowego przygłupa – z tego wyszła piękna historia o miłości, która była nominowana do Oscara jako najlepszy film nieanglojęzyczny (i, kuźwa, nie dostała statuetki. No co za chamy w tej komisji). Uwielbiam i film, i książki (dzisiaj skończyłam czytać „Żelary”, wreszcie wpadły mi w ręce). Polecam każdemu, kto jest znudzony współczesnymi obrazami o miłości. Przy tym filmie można się wzruszyć.

3. Palacz zwłok

Książka powalająca, film jej dorównuje. Nie oglądać, jeśli nie lubi się wojennych filmów i rzeczy traktujących o tym, jak propaganda zmienia psychikę – opowieść o pracowniku praskiego krematorium, który pod wpływem ideologii nazistowskiej budzi w sobie Niemca, a co za tym idzie – psychopatę. Jeśli myślicie, że to balsam na duszę żydołaka, to się grubo mylicie – i na mnie „Palacz zwłok” zrobił niesamowite wrażenie. Skutki uboczne? Dziwne ciągoty do dzieł Ladislava Fuksa, autora. ^^’

4. Dzięki za każde nowe rano

Całkiem sympatyczny film na podstawie książki Haliny Pawlowskiej. Wielkim plusem i czymś, dla czego warto to obejrzeć, jest grający ojca głównej bohaterki Franciszek Pieczka _^_ I mówi po czesku! Słodkieeeeee xD

5. Mały Otik

Film, który obejrzałam w Walentynki (tym samym rozpoczynając nową świecką tradycję olewania tego święta i oglądania dziwnych filmów). Aga mnie do niego namawiała już chyba ze dwa lata, w końcu się przemogłam (w końcu to czeski!) i… Ludu, jeśli chcecie obejrzeć coś, co sprawia, że ciarki przechodzą po plecach i co się ogląda z zapartym tchem, polecam „Małego Otika”. Rzecz polega na tym, że pewne małżeństwo nie może mieć dzieci; któregoś razu on daje jej w prezencie kłodę, przypominającą niemowlę – ta ją tuli, kołysze, przewija, kąpie, troszczy się, aż pewnego razu kłoda ożywa… Na motywach czeskiej legendy.

6. Od początku do końca

Ten film jest niedorobiony. Przesłodzony, wyidealizowany, nierealny. Ale ta miłość… _^_ Zasada dobrego yaoica: nie musi mieć fabuły, oby była fajna para i jakoś się to potoczy. Osobiście przerobiłabym scenariusz – gdzie, w jakim kraju byłaby akceptowana przez otoczenie miłość między dwoma braćmi? Co z tego, że przyrodnimi, bracia i tyle. A tu jakoś nikt nie protestuje. Para piękna, miłość dobrze zagrana, jak ktoś chce, niech ogląda, ja się wzruszyłam z pięć razy. 🙂

7. Good morning, Vietnam

Genialny Robin Williams _^_ Już dawno planowałam się za to zabrać. Klimaty wojny w Wietnamie, Williams wyjeżdża, by prowadzić audycje radiowe, zakochuje się, uczy się wietnamskiego, raz się bije w knajpie i jest zajebisty. 🙂 Co tu dużo mówić… ^^’

8. Watchmen

Film na wszelkie smutki. Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie przeczytałam komiksu (obiecuję nadrobić), także nie mogę porównać tego z filmem. Mogę Wam powiedzieć za to jedno – naprawdę warto to obejrzeć, jeśli ma się ochotę na zajebisty film o superbohaterach. Jeśli się nie ma, to też warto. Takiego podejścia do tematu jeszcze nie widziałam.

9. Iron Man

Film znalazł się tutaj nieprzypadkowo – nie znam dokładnej historii Iron Mana, nie wiem, czy w komiksie tak było, ale jeśli tak, to chyba z wrażenia go przeczytam. Świetna rola Roberta Downeya Jr., szybka akcja, mnóstwo śmiechu i dowcipów – film w sam raz na nudę. Dwójki natomiast już zachwalać nie będę, ponieważ była średnia… Ale często tak bywa z kontynuacjami.

10. Purpurowa róża z Kairu

Obejrzane na wykładzie ze wstępu do filmoznawstwa. Wcześniej nie wiedziałam, że taki film istnieje (a to Woody Allen!), także dzięki wielkie dr Kwiatkowskiej za oświecenie mnie _^_ Kolejna dziwna miłość, mianowicie pewna młoda kobieta, która jest kinomanką, zakochuje się w postaci filmowej, której w którymś momencie nudzi się granie w kółko tego samego, wychodzi z ekranu w kinie… I co dalej? Przekonajcie się sami. Film na wskroś uroczy (za mało Allena oglądałam w życiu, muszę to nadrobić).

11. Żywot Briana

Była faza na filmy chrystusowe (jeszcze jeden mi został, ale to kobyła i jakoś chęci na obejrzenie nima… _^_). Było „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, było „Jesus Christ Superstar”, a potem właśnie Brian. Mistrzostwo w wykonaniu Monty Pythona. Niektóre akcje („Jehowa, Jehowa!!!”, Wielgas Kutas, etc.) były powalające i musiałam oglądać ten film na razy, ponieważ nadmiar dzikiego humoru mnie przerastał. Pewnie jeszcze z dziesięć razy wrócę do tego filmu. Polecam! I Św. Graala też, jakby ktoś nie widział (a nie widział?!).

12. Your Highness

Skoro już mowa o śmiesznych filmach – o tym przed seansem słyszałam różne bluzgi, różne niemiłe komentarze, no wiecie. Dlatego, jak Kuba zaproponował obejrzenie tego wraz z naszymi znajomymi po wypadzie do warszawskiego ZOO, byłam nieco sceptyczna. A potem? Kolokwialnie mówiąc, mało nie lałam po nogach ze śmiechu.
Ostrzegam – ten film jest głupi. Masakrycznie i patologicznie głupi. Twórcy jeżdżą po schematach rodem z filmu fantasy równo. I to jest chyba najlepsze xD Nie dla ludzi, którym się robi niedobrze, jak widzą kolejne obleśny żart z seksem Pozostali – go ahead. 🙂

13. Jeż Jerzy

Tego jeża chyba nie muszę Wam przedstawiać. O ekranizacji słyszałam, że jest średnia, mi się natomiast bardzo podobała – pp części przeniesiono na ekran jedną historię, po części dodano różne elementy z innych, efekt przyjemny i miły dla oka (powiedzmy xD). Rozwalił mnie dubbing – dwaj dresiarze o głosach Sokoła i młodego Koterskiego (z czego Koterskiego poznałam dopiero pod koniec filmu, tak zmienił głos!), wszechobecny Boberek (bo film bez Boberka istnieć nie może), całkiem niezła Maria Peszek i Szyc. Wybitnie głosu nie zmienił, ale pasował do Jerzego, także nie ma co się czepiać. Polecam wpierw zapoznać się z komiksem.

14. Piekło pocztowe

Ostatni! ^^ Cieszycie sę? xD Ekranizacja jednej z książek Terry’ego Pratchetta (pod tym samym tytułem: na ekrany przeniesiono też „Kolor Magii” i „Wiedźmikołaja”). Gdzieś na internetach widziałam słabe oceny i zastanawiałam się, po co ja właściwie mam obejrzeć ten film, ale stwierdziłam – w myśl mojej zasady „Lepiej obejrzeć i odradzać” – że co mi szkodzi. Żeby nie było niedomówień, przeczytałam potem książkę i pytam się – co ludziom nie pasuje w filmie?! Nie było źle! Zarwałam pół nocy na to, by go skończyć (wpierw chciałam obejrzeć połowę, ale mnie wciągnęło). Główny bohater jest tak uroczy, że aż mu tylko w ryj dać xD, golemy były naprawdę fajnie pokazane, cały urząd pocztowy robił niesamowite wrażenie (bo rzecz polega na tym, że genialny oszust dostał ultimatum: albo stryczek, albo ogarnięcie i uruchomienie urzędu pocztowego w Ankh Morpork. Zastanawiał się chwilami nad stryczkiem), właściwie niewiele rzeczy pominięto (to były jakieś drobne szczególiki, ale tak zawsze jest), Adora Belle… Adora… Ok, zaraz zacznę się zachwycać… Nieważne… Polecam! Jeśli chce się rozpocząć przygodę z Pratchettem, to fajnie jest zacząć od filmów. Ja zaczęłam od „Wiedźmikołaja” i jakoś to poszło dalej.

Kto dotarł do końca, temu gratuluję. 🙂 Za jakiś tydzień (tj. jak mi się przypomni) wrzucę wszystkie fotki z notki na fejsa wraz z króciutkimi opisami. Na razie jednak trzeba być cierpliwym i próbować zrozumieć mój dziwny tok rozumowania. ^^
Wasza
Cath
P.S. Nie obraziłabym się za polecenie jakiegoś filmu 🙂 Przyszło Wam coś do głowy? Piszcie, będę miała u Was dług wdzięczności.
P.S.2. Dług wdzięczności mogę spłacać, naprawiając księgozbiór -kupiłam sobie klej i już zaczęłam doprowadzać domową bibliotekę do kultury xD Macie coś do sklejenia? Trzy zło… Dobra, żartuję. ^^
C.R.

Hezký česky, czyli Kuby interpretacja… Niekoniecznie poprawna ^^’

Serio, nie radzę Wam tego robić.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mój język kierunkowy należy do najśmieszniejszych na świecie (wg Polaków), ale żeby randomowy przedstawiciel mojego narodu (czyli Kuba) wręcz przegina z przekręcaniem różnych słów i wyrażeń. Mianowicie przerabia je tak, że albo padam na łopatki, albo się załamuję. I załamuję ręce przy okazji. Macie, pośmiejcie się 🙂

1. řidičský průkaz (prawo jazdy) – żydowski przekaz
2. odhlásit se (czeska wersja „wyloguj się” na Facebooku) – odchlastaj się (Kubę niezmiernie wkurza fakt, że mam fejsa po czesku i się gubi, jak chce się zalogować na swoje konto. Co z tego, że wersja językowa to ustawienia dla konta, nie dla kompa, irytuje się i tak. ^^’)
3. Občanka (Občanský průkaz – dowód osobisty) – obciąga (to nie był popis Jego kreatywności, wymyślił na szybko)
4. příspĕvky (aktualności na Facebooku) – przyśpiewki

Na chwilę obecną to tyle, było tych tekstów od cholery i jakoś nam z głów wyleciały. Na zakończenie macie też to, że Moja Siostra z Narzeczonym się turlają ze śmiechu na dźwięk słowa „přítel”, czyli „przyjaciel” bądź „konkubent”. Przekręcili to (niech diabli wezmą moją wadę wymowy!!!) nas „psitel” i tak na siebie wołają. Jeśli kiedykolwiek pojadą do Czech i tak będą nadawać, to niech mnie Bóg ma w swojej opiece i sprawi, że nie powiedzą, kto ich poinformował o istnieniu czegoś takiego. _^_
Wasza
Cath
P.S. W tej chwili powinnam siedzieć i wkuwać czeski na test. Zamiast tego piszę dla Was notkę 😛
C.R.

Odkrycia roku 2011 – najlepsze anime

Przed Wami druga już notka o moich osobistych odkryciach tego roku. Oczywiście, nie ma tutaj mowy o jakichś rankingach tegorocznych serii bądź toplistach – wypisuję to, co mi się spodobało i tyle. Następna notka nie będzie o anime, także proszę się nie irytować i jej wypatrywać. A tymczasem – zapraszam do zestawienia najlepszych anime. 🙂

1. Angel Beats!

Że zacytuję recenzenta na MyAnimeList – It sucks to be dead. _^_ Pewien zwyczajny nastolatek znajduje się po śmierci w dziwnym świecie, gdzie o byciu martwym informuje go dziwna dziewoja, która mu zaraz to bycie martwym udowadnia, zabijając go. Uwierzcie, ta scena naprawdę człowieka zaskakuje, nawet, jak wie, że coś takiego nastąpi. A na serio – seria urzekła mnie fabułą (walka z wyżej wymienioną dziewczyną przez ludzi, którzy się nie godzą z tym, że znajdują się w czymś w rodzaju przedsionka do Nieznanego, gdzie ta ich pcha z uporem maniaka w nie wiadomo jakim celu), postaciami (TK moim ulubieńcem!!!), muzyką, grafiką, zakończeniem, no po prostu wszystkim. Gorąco polecam dla ludzi, którym tęskno do klimatów z Melancholy of Haruhi Suzumiya (chociaż tu jest o wiele spokojniej).

2. Ao no Exorcist

Polecił mi brat. Lubimy tak sobie polecać różne anime, ale to na marginesie. Jedna z lepszych serii tego roku – szkolne (a mi się już takie przejadły _^_), nadprzyrodzone, ciekawy główny bohater, naprawdę interesujące postaci drugoplanowe, historia nawet zaskakuje… Czekam na kontynuację. Musi być, bo zakończenie mi się nie podobało. Niemniej polecam. 🙂

3. Cybersix

Na Wanekonie (o którym była mowa przy omawianiu AMVek) oglądaliśmy też różne openingi. Zgadało się o klasyce anime, jakichś starociach i właściciel lapka, na którym wszystko oglądaliśmy, nagle puścił mi opening do Cybersix, który widziałam w zestawieniu najlepszych czołówek dzieciństwa (daawno temu). Popatrzyłam na tę dziwaczną, zamerykanizowaną kreskę, posłuchałam piosenki, przyjrzałam się bliżej ubranej na czarno postaci i stwierdziłam, że po powrocie do domu postaram się to znaleźć w odmętach Internetu. No i wpadłam…
By być dokładnym, muszę wspomnieć, skąd się to wzięło – jest to koprodukcja japońsko-kanadyjska (a wiadomo, koprodukcje to też anime. Przykład znany z własnego podwórka – „Pszczółka Maja”), na podstawie argentyńskiego komiksu (który czytam od jakiegoś czasu po angielsku). Główna bohaterka, którą widać na obrazku, to właśnie Cybersix – istota stworzona w ramach dziwnego projektu szalonego naukowca, by być idealnym żołnierzem bez uczuć. Projekt nie wypalił, powstało 5000 istot (Cyber), przypominających ludzi i posiadających uczucia. Wysieczono całą bandę – poza Cybersix oraz jej bratem, ale z nim jest inna historia akurat. Ta ucieka, przenosi się do miasta i pod przybranym nazwiskiem (chłopca, który zginął w wypadku) uczy się i zostaje nauczycielem literatury. W nocy zaś zwalcza to, co udało się jeszcze stworzyć temu, dzięki któremu ona żyje…
Co w tym fajnego, mogłabym dłuuuugo pisać. Nie mogłam się odkleić od lapka, kiedy to oglądałam, ciągle było mi mało. Teraz myślę, że trafiła do mnie jej ludzkość i chęć pokonania swojego stwórcy. Cybersix, mimo bycia nadczłowiekiem, nie jest idealna, miewa chwile słabości i zwątpienia, nie uważa się za lepszą. I nie jest ubrana w kolorowe ciuszki i nie macha berłem, potrafi sama się wyratować z opresji, co jest balsamem na mą zmęczoną standardowym magical girls duszę. Polecam, naprawdę warto to obejrzeć (w sieci krąży wersja z angielskim dubbingiem, da się obejrzeć).

4. Kawamo wo Suberu Kaze

Krótka, półgodzinna historia o pewnej kobiecie, która starała się zrobić coś mądrego ze swoim życiem i co jej z tego wyszło. Przyjemnie się ogląda, osobiście lubię taki okruchy życia.

5. Lovely Complex

Asia mnie przekonała, bym wreszcie się z tą serią zapoznała. W życiu nie widziałam tak pozytywnego anime 🙂 Oczywiście, wpasował się w letnią fazę na romanse (oglądałam podczas praktyk). Polecam wszystkim, którzy chcą się zdrowo pośmiać, a nie chce im się ciągle oglądać jakichś bishounenów czy super lasek. Albo słodkich dziewuszek. Oj, główni bohaterowie tacy nie są i za to autorce LC należy się co najmniej Nobel.

6. Usagi Drop

Można się zastanawiać nad wiarygodnością tej serii. Zobaczcie: mamy pewnego trzydziestolatka, któremu nagle umiera dziadek. I po jego śmierci cała rodzina się dowiaduje, że dziadek miał nieślubną, sześcioletnią córkę, która u niego mieszkała. Matka się ulotniła, nikt nie wie, kim jest. Wyżej wymieniony trzydziestolatek postanawia przygarnąć małą i stać się rodzicem. I co wy na to? Mnie to zaintrygowało („chała czy nie?” xD), obejrzałam i stwierdzam, że nie było źle. Twórcy wyszli z tego obronną ręką – widać, jak Daikichi się stara, jak załatwia przedszkole i szkołę dla małej, jak się nią opiekuje, ile trudu go to kosztuje (mimo, iż dziewczynka jest praktycznie idealna, nie złości się, nie grymasi, nie rozrabia. Nienormalne dziecko… Ekhm, trochę mnie przypomina. ^^’)… Warto obejrzeć, zwłaszcza, że ma to tylko 11 odcinków.

7. Mahou Shoujo Madoka Magica (Puella Magi Madoka Magica)

Najlepsze anime tego roku. Zdecydowanie. Dziwicie się? Już tłumaczę, dlaczego (i postaram się być zwięzła):
– bycie magical girls to nie tylko zajebista moc i zwalczanie wrogów – to też krew, pot, łzy i odpowiedzialność za każdy ruch, a tutaj byle co może sprawić, że umrzesz. Tak, tutaj bohaterki umierają. I nie jest to miły widok.
– kontrakty z magicznym stworzonkiem nie są piękne i różowe – może się okazać, że stworzonko jest tak naprawdę zimnym skurwysynem, który nie informuje cię o najważniejszych rzeczach, typu „nie poradzisz sobie, zwariujesz i zginiesz”.
– patrzysz na śmierć przyjaciół, których nic potem nie wskrzesi (jak było w Sailor Moon – nie czepiam się, inna konwencja)
– młode dziewczyny potrafią być zaskakująco dojrzałe jak na swój wiek i potrafią to udowodnić.
– nikt tych dziewczyn nie ratuje z opresji, są ranione, trafiane, jest im naprawdę ciężko.
– przyjaźń może być silniejsza niż śmierć.
– pod osłonką kolejnej serii o magical girls mamy zaskakujący tytuł o tym, co to znaczy być człowiekiem, przyjacielem, co to znaczy kochać.
Słów mi brak na opisanie tego anime. Dodatkowo jeszcze tragizmu tej serii dodaje fakt, że przed emisją przedostatniego odcinka była fala tsunami i trzęsienie ziemi w Japonii, w związku z czym wyświetlono te epki dokładnie miesiąc po tragedii. Możecie się śmiać, ale to anime potrafi wyzwolić w człowieku tak silne emocje, że taka sytuacja może przyprawić o solidnego doła i płacz. Nie umiem tego opisać, dla mnie oglądanie było jednocześnie męką, wywołaną przez tragedię, oraz męką, spowodowaną tym, że można pokazać, ile warte jest ludzkie życie tak naprawdę. Jestem zachwycona i zdania nie zmienię.
Poza tym grafika jest zajebista. xD

8. Millennium Actress

W tamtym roku w zestawieniu była Paprika, czas na inne dzieło Satoshiego Kona ^^ Film opowiada o historii pewnej japońskiej aktorki, o jej poszukiwaniu ukochanego mężczyzny; dzieje jej życia są pokazane przez pryzmat jej filmów – podążają za nią dwaj mężczyźni, chcący poznać jedną z najsłynniejszych aktorek. Klimaty Papriki, chociaż nie są oniryczne – tutaj rzeczywistość przeplata się nie ze snami, a z fragmentami filmów. Niesamowita rzecz, świetnie zrealizowana. Polecam! (Widziałam też w wakacje Paranoia Agent, ale mnie aż tak nie zachwyciło ^^’)

9. Toradora!

Kolejny romans z letniej fazy. _^_ Cóż by tu powiedzieć… Taiga wkurwia. Naprawdę. Chwilami nie mogłam jej znieść, jest rozpuszczoną gówniarą, której wszystko wolno. W miarę upływu czasu jednak można zobaczyć, jak bardzo jest nieszczęśliwa i jak bardzo Ryuugi jej pomógł pokonać ten smutek. Śliczne anime. Nie jest przesadnie słodkie, można się wzruszyć, pośmiać… Mi się podobała matka Ryuugiego xD Też polecam. Jeśli macie ochotę na romans, to w pierwszej kolejności obejrzyjcie właśnie Toradorę.

10. Sekaiichi Hatsukoi

Uhuhu xD Nie jest tak, ze wszędzie muszę wcisnąć yaoi. To anime jest naprawdę fajne! ^^
Może dlatego, bo to spin-off do Junjou Romantica, ale ciiii…
Eniłej: sytuacja taka, jak w JR – trzy pary, jedna niby pierwszoplanowa, wokół której się skupia zainteresowanie widza. Osobiście wolę właśnie tę pierwszą parę, OnoderaxTakano. Ich historia jest dość niezwykła, ale prawdopodobna (nie takie rzeczy w życiu się widziało) – Onodera podkochiwał się w Takano w liceum, coś im nie wyszło, nie widzieli się dziesięć lat, po czym nagle się okazuje, że szefem Onodery w nowej pracy jest właśnie Takano, który o nim nie zapomniał. I jest trochę bucowaty. I zapowiedział, że zrobi wszystko, by Onodera wyznał mu miłość po raz drugi. _^_ Niektóre sytuacje z nimi w roli głównej są czysto absurdalne, ale kocham ten wątek i nic na to nie poradzę.
Plusy: niezbyt krzykliwa grafika, projekty postaci znośne, wszyscy mają oddzielny charakter i właściwie można się czasem zastanawiać, który jest seme, a który uke, ale nie wnikajmy. ^^
Minusy: osobiście nie widzę, możne nadmiar różu przeszkadza. _^_

11. Supernatural The Animation

Był ostatnio cały wysyp anime, opartych na zachodnich produkcjach – załapało się też Supernatural. Uprzedzam, obejrzałam tylko pół pierwszego sezonu serialu. Niby nie powinnam tego recenzować, ale kij z tym xD (nie, serialu więcej nie tknę, nudzi mnie i zniechęcono mnie do niego).
Moje wrażenia? Pamiętam niektóre odcinki z wersji amerykańskiej i są wiernie odtworzone. Fabuła jest inna od któregoś epizodu, ale da się oglądać, jest przyjemnie, klimatycznie… Uważam, ze fani serialu powinni to obejrzeć, ale Kuba jakoś nie daje się namówić. Nie wiem, czemu. ^^’

12. Suzumiya Haruhi no Shoushitsu (Disappearance of Haruhi Suzumiya)

Film kinowy. Kyon budzi się któregoś dnia i po licznych przejściach stwierdza, że Haruhi zniknęła, a żaden ze znalezionych członków Brygady SOS nie wie, kim ona jest i czego Kyon od nich chce. I co dalej?
Historia w klimacie serii TV, dzieją się różne dziwne rzeczy, wszystko staje się logiczną całością w miarę oglądania, polecam fanom i tym, którzy oglądali – film fabularnie łączy się z jedną z serii!

13. Toki wo Kakeru Shoujo (O dziewczynie skaczącej przez czas)

Na koniec kolejna dobra kinówka z serii „chcesz znać klasykę, obejrzyj”. Film opowiada o… dziewczynie skaczącej przez czas (TADA!). Przyjemnie się ogląda, fabuła nie jest wydumana, bohaterowie i tła są naturalni, historia potrafi wzruszyć. 🙂

Przeżyliście i dotrwaliście do końca? Brawo xD Następne podsumowanie nie będzie takie długie, postaram się.
Wasza zarobiona i obecnie bezrobotna (jedno nie wyklucza drugiego)
Cath