Wstęp króciutki – nauczyciele w moim gimnazjum stanowili świetną i niepowtarzalną grupę. Sami z siebie. A to, że z dziewczynami bądź całą klasą dorabialiśmy różne teorie, przywary i tym podobne rzeczy, to już inna historia… Jedziemy! A, nie podzielę tego, także spodziewajcie się długiej listy. Ponumerowałam przedmioty, także można przeskakiwać. 
*będzie bez nazwisk, ponieważ mogę zostać podana do sądu bądź znowu ktoś mi bloga zablokuje, a tego nie chcemy
*
1. Matematyka – kochana nasza wychowawczyni, pani M. (zwana przeze mnie do tej pory “M.” – mówię o kimś po imieniu wtedy, kiedy mam do tej osoby wielki szacunek): nasza klasa co i rusz doprowadzała ją do szewskiej pasji (ale i tak po skończeniu szkoły nam opowiadała, że z następną klasą się bardziej użerała, musiała nawet na policję chodzić w ich sprawie.). Kobieta, przed którą rozstępowały się tłumy, zwłaszcza, gdy była w ciąży z pierwszym dzieckiem. Kroczyła dostojnie przez korytarz, było ją słychać z daleka (bo albo stukała obcasami, albo się na kogoś wydzierała).
Moje doświadczenia z M. sięgają piątej klasy podstawówki (wtedy się przeniosłam do innej podstawówki i trafiłam pod jej opiekuńcze skrzydła). Do gimnazjum przeniesiono w prawie kompletnym składzie całą klasę integracyjną wraz z wychowawczyniami (o drugiej pani za chwilę). Pod koniec trzeciej klasy zrozumiałam, że to, że się na nas darła, to było z miłości i byliśmy dla niej po trochu jak własne dzieci, których się doczekała trójki.
Anegdoty: nim wyszła za mąż (czasy mojej podstawówki) mówiła nam, że wchodzi w okres bycia wiedźmą i będzie się nad nami znęcała. Tępiła nas za bluzgi, za podskakiwanie nauczycielom, podskakiwanie innym w ogóle, potrafiła się na nas wściec kilka razy w ciągu jednej matmy, ale mimo tego lekcje u niej były naprawdę przyjemne i uważam, że lepszej wychowawczyni mieć nie mogłam (pozdrawiam panią M., którą mam w znajomych na Facebooku ^^’). Piękne podczas lekcji było to, że chodziła po sali i nas czymś częstowała (zdarzało się rzadko, ale jednak!). W naszej obronie potrafiła zrobić wiele i nie znam nikogo, kto by na nią narzekał.
2. Pedagog wspomagający – musiałam dla pani A. stworzyć oddzielną kategorię, by nikt jej nie posądził o uczenie matmy. Do mojej szkoły (i klasy zarazem) trafiła w tym samym roku, w którym ja się tam objawiłam. Tak btw. uważam, że samo istnienie czegoś takiego jak pedagog wspomagający to błogosławieństwo i bardzo mi tego brakowało w liceum. Pani A. (którą szanowałam tak samo, jak M., ale nigdy przez ten wtedy jeszcze nieżydowski mózg nie przeszło, by mówić o niej per “A.”, to nie ten typ osoby) była dla nas jak kolejna matka – pomagała, wspierała, potrafiła się wydrzeć (nie tak zjawiskowo, jak M., ale też) i naprawdę żałuję, że jej nie widziałam od kilku lat (a próbowałam! Pojawiałam się w szkole i nic! Wiecznie jej nie ma.)
Anegdoty: na matmie wiecznie plotkowała z M. Kiedy robiło się wśród nas za głośno, M. się odzywała i mówiła, że ma być cisza, bo chcą sobie w spokoju pogadać. I była cisza.
3. Język polski – pani E., mama lokalnej “cnotliwej niewiasty”, czyli D~Bogny (hahahaha, robię obciach i przypaaaaał xD). Kobieta, o której lekcje były naprawdę sympatyczne i w miarę luźne, ale jak ktoś podskoczył, to nie daj Boże znaleźć się w jej zasięgu, piorunowała wzrokiem i była tak zawiedziona, że aż się szkoda robiło. Potrafiła też się zezłościć, o czym sama się kilka razy przekonałam. Doceniała jednak oryginalność uczniowską (np. nie wywaliła mnie z sali za to, że całą lekcję siedziałam raz na ławce. Anarchia i tyle), ale tępiła moją i Agi twórczość karteczkową. Kiedyś postanowiłyśmy zrobić jej trochę na złość i pisałyśmy karteczkę na polskim, która była jednocześnie listem do niej – czekałyśmy, aż nas na tym przyłapie, pisałyśmy wręcz chamsko widocznie, szeleściłyśmy, nic. W końcu wsadziłyśmy tę kartkę w pożyczoną od niej książkę tak, by wystawała i odniosłyśmy triumfalnie. Efekt? Postawiona piątka dla mnie i Mel za umiejętność pisania listów. Nie o to chodziło, ale satysfakcja jest. xD Fajnie też wspominam klasowe dziady, gdzie paliło się świeczkę otoczoną liśćmi, były odczytywane “Dziady” wiadomego autorstwa, było klimatycznie i naprawdę ciekawie.
4. Język francuski – chodziło się do różnych grup językowych, mi przypadła grupa tzw. gorsza u madame Sz., ale pamiętajcie, że “gorsza” nie znaczyło właśnie “gorsza”, tylko mniej zaawansowana, a potem ta szczęśliwsza. Było nas kilka dziewczyn, jedna madame i gnieździłyśmy się w kantorku za salą od francuskiego, gdzie urzędowała inna romanistka, pani G.; otóż, nasze zajęcia często polegały na tym, że podsłuchiwałyśmy, co się dzieje w sali obok (a działo się wiele) i krztusiłyśmy się ze śmiechu, słysząc, co pani G. tam wygaduje i wyprawia. Madame była w porządku, wiecznie się ubierała na czarno i szaro i jak przyszła w czerwonym swetrze, to oczu od niej oderwać nie mogłam (bo to takie dziwne było). Najlepiej pamiętam z jej zajęć to, że się śmiała razem z nami z pani G. i bez przerwy wałkowaliśmy czas przeszły dokonany, co sprawiło, że na lektoracie na studiach nie miałam z tym czasem problemów, ale z każdym innym już tak. xD
5. Geografia – uuu, pan K., u którego cała Inteligencja stwierdziła niechybną obecność Voldemorta na szyi. Czemu? Bo swego czasu bez przerwy chodził w golfach. Dodajmy, że był łysy. xD Lekcje były fajne, chociaż geografia nigdy moją mocną stroną nie była.
6. Biologia – pani Z., z którą moja klasa co i rusz miała na pieńku, a ja ją znałam z poprzedniej podstawówki (bo się przeniosła niedługo po mnie) i wiedziałam, że tej pani podskakiwać nie wolno. Niska, po przejściach, bardzo surowa i wymagająca, co i rusz się na kogoś złościła i potem cała klasa chodziła wściekła. Wszyscy śmiali się z jej męskiego nazwiska (wyobraźcie sobie wszystkie męskie imiona na literę Z i pomyślcie, co ta biedna kobieta musiała przechodzić xD), co i rusz komuś od nas groziła poprawka, ale w końcu do siebie przywykliśmy. Najbardziej ją irytował Krysia, nasz kolega, który miał często problemy ze zrozumieniem nauczyciela i tylko ze względu na niego nie dyktowała nam notatek, a pisała je na tablicy (albo ktoś za nią), co kończyło się tekstem “Proszę pani, a co tu jest napisaneeeee?” – doprowadzało ją to do białej gorączki, bo cierpliwość nie była jej mocną stroną.
7. Historia i WOS – pani S., którą co i rusz widuję i się jej zawsze kłaniam. Kobieta o niezwykłej wiedzy, osobowości i roztrzepaniu. Na jej lekcjach robiło się wszystko, tylko nie uczyło – ja na zmianę pisałam karteczki i spałam. Często opowiadała nam przygody ze swojego życia. Klasową nudę urozmaicał wyżej wymieniony Krysia, który u niej pozwalał sobie na dosłownie wszystko – wywalanie kolegi z ławki, ściąganie z podręcznika na klasówce (żeby jeszcze umiał z niego korzystać xD), przesuwanie ławki, wrzaski, etc. A ona tylko siedziała i się głośno śmiała. Też przerabiała klasę integracyjną, znała ten ból xD
8. Chemia – pani S., kobieta ze świętą cierpliwością, która nas częstowała alkoholem na zajęciach. Kiedyś były lekcje o alkoholach i powiedziała, że jest jeden, którym może nas poczęstować (i jej za to nie wywalą z pracy). Chętni, czyli kilku chłopaków i ja, zostali uraczeni… gliceryną. xD Też alkohol! Powiedziała nam o tym po fakcie i żeśmy się zdziwili. Lekcje wspominam miło, to były czasy, kiedy rozumiałam chemię. _^_ Pamiętam też palenie magnezu, daje takie ładne światło…
9. Sztuka – pani Z., która chciała w nas zaszczepić zainteresowanie sztuką i rzeczami plastycznymi, ale średnio to jej wychodziło (nasza klasa się rwała za to do śpiewania). Lekcje u niej kończyły się różnie, było sporo śmiechu przy prezentacjach, ogólnie nie było źle.
10. Fizyka – haha xD Do tej pory się z tego śmieję. W pierwszej klasie uczył nas pan B., zwany przez nas Mario Brosem (skojarzenie z nazwiskiem i wyglądem – dorabialiśmy teorię, że inny fizyk od nas ze szkoły to Luigi). Świetny jako nauczyciel akademicki, w gimnazjum się nie sprawdzał. Ściągałam u niego na klasówkach z podręcznika, który leżał na podłodze. Nie wiem, jakim cudem tego nie zauważył. Później uczył nas techniki, gdzie robiło się wszystko i nic, a ja dzielnie sortowałam w kartonach na zapleczu nasze dzieła i dzieua. Wszyscy się ze mnie nabijali, że zostanę kochanką B., a ja to miałam gdzieś, bo nie mogłam patrzeć na ten bajzel na zapleczu.
Potem, wskutek naszych strasznych protestów (“On nie potrafi uczyć i się nad nami znęcaaaaa!!!”) przyszła do nas na zastępstwo późniejsza moja pani profesor w liceum, pani Ł., która wyglądała na starą babę, była dość stara, ale miała taki język i sposób mówienia, że laliśmy po nogach ze śmiechu. Od niej usłyszałam po raz pierwszy Prawo Łoma – Nigdy w nocy nie wychodź na Wołomin bez łoma. Najlepsze jest to, że znałam przypadki osób, które z łomem chodziły, ale to na inną okazję. xD Co było jeszcze na fizyce? Kurde, najlepszą anegdotę pamiętam niestety z liceum, kiedy dyżurowałam niedaleko sali fizycznej i słyszałam, jak pani profesor wykłada o wahadle: “Widzicie, to jest wahadło, ciężarek, zawieszony na nieważkiej nici. Ale równie dobrze możecie zawiesić na nici stary kapeć i to też będzie wahadło”. Tego typu teksty latały na fizyce. xD
11. Religia – co roku ktoś inny. Z racji bycia jedyną zadeklarowaną ateistką w szkole chodziłam na ten przedmiot jedynie w pierwszej klasie (a co, dla jaj), kiedy uczył pan H. – człowiek z twarzą jak u Leona Zawodowca, przerażający na pierwszy rzut oka, a tak naprawdę łagodny jak baranek. Lekcje u niego były luzackie, ciekawie prowadził zajęcia, a my się nad nim rozczulałyśmy, bo była taki biedny i w ogóle (a jakiś czas potem jego żona była w ciąży, to była istna plaga wtedy w szkole, co trzecia nauczycielka spodziewała się dziecka i się śmiałyśmy, że pan H. też zaciężył xD). Potem była pani Sz., do której nie chodziłam i nie wiem, co się na lekcjach działo. Za to w trzeciej klasie był ksiądz S., który był najbardziej zakręconym księdzem, jakiego wtedy widziałam – jeździł na motorze powypadkowym, grał na flecie poprzecznym (na lekcjach też mu się zdarzało) i miał Rękę Sprawiedliwości, tj. listwę. xD I łaził z tą listwą po klasie i nią groził przy okazji. Skąd wiem? Często mi zamykano bibliotekę i nie miałam gdzie się podziać, więc chodziłam, a ksiądz się cieszył, bo miał większe audytorium. Anegdot o nim krąży wiele, ale najbardziej epicka to ta, kiedy klasa równoległa (ogólna) po religii nie chciała iść na fizykę. Co zrobili panowie? Kiedy ksiądz pisał coś na tablicy, podpieprzyli klucz z biurka, zamknęli szybko drzwi, a klucz za szafę. S. się zdziwił, ale najbardziej się zdziwiła babka od fizyki i dyrektorka xD A my staliśmy nieopodal sali (bo plan mieliśmy z ogólną taki, że wpierw oni mieli religię, a my fizykę, a potem odwrotnie) i rżeliśmy ze śmiechu. Nie pamiętam, jak w końcu otworzono drzwi, ale sama sytuacja była niezapomnianym przeżyciem.
12. Informatyka – panowie grali w jakieś strzelanki, a dziewczyny na zmianę chatowały i przeglądały pierdółki. Inteligencja wypatrywała mangowych nowości, blogowała i czytała komiksy internetowe.
13. WF – nauczyciele się często zmieniali, ale najlepsza para to był pan St. i Strz. – pierwszy to były piłkarz Polonii, drugi syn rusycystki od nas ze szkoły. Pierwszy fajny, ciepły i kochany, drugi strasznie wredny i nikt go nie lubił. Była z nimi masa śmiesznych sytuacji, najlepiej pamiętam jednak swoją straszną gafę, kiedy nic nie robiłyśmy z dziewczynami na zajęciach i ja coś zaczęłam mówić o pedałach. Któraś z dziewczyn się zapytała, jak się pedał zachowuje, a ja założyłam nóżkę na nóżkę, rączki na kolanka i coś się wydurniałam… Okazało się, że genialnie sparodiowałam Strz., który siedział niedaleko i był strasznie wścieknięty. _^_
Tyle anegdot. Mam nadzieję, że się podobało
Jeśli ktoś mi o czymś jeszcze opowie, to wspomnę w następnej notce. A teraz lecę ogarniać pokój.
Wasza zarobiona
Cathryn
Filed under: Uncategorized | Otagowane: cathryn, codzienność | Komentarzy: 2 »